Za dnia Lapa wygląda zgoła inaczej. Pozamykane kluby i bary straszą obdrapanymi roletami, puste ulice ale to jest niedzielny poranek, trudno się dziwić bo zabawa się skończyła wraz ze wschodem słońca. O tym, że coś dziać się tutaj musiało świadczą tylko tony śmieci i przepełnione uliczne toalety. Rozwalone chodniki nie ułatwiają poruszania się, czasami trzeba wdepnąć w kałuże moczu, który smętnie spływa szerokim strumieniem z uliczek pnących się w górę. Co się wypiło trzeba oddać! Mimo, że jest jeszcze wcześnie już jest bardzo gorąco a unoszący się przykry zapach wykręca nos w drugą stronę. Z każdej dziury leniwie wyłaniają się chude koty a bezdomni w śmietnikach szukają śniadania. Obraz nędzy i rozpaczy. Gdyby nie kolorowe graffiti na ścianach wielu budynków to chyba bym usiadł i płakał. Mam ogromną ochotę wejść w którąś z tych wąskich, pnących się w górę uliczek i zobaczyć jak wygląda ten „zakazany” świat a może odnaleźć jego lepsze oblicze z najbliższym zakrętem? Jednak ciążący na ramieniu aparat fotograficzny przypomina mi, że to nie jest najlepszy pomysł, no chyba, że chcę się go pozbyć.

Nie jestem jakiś przesadnie strachliwy, ale chyba jeszcze nie przestawiłem się na tryb „brazylijski”. Jeszcze nie pozbyłem się europejskich zachowań i nie obyłem z tutejszą „atmosferą”. Mam wrażenie, że bezpieczniej czułem się na ulicach Nairobi czy Mombasy w tej „strasznej” Afryce niż tutaj. Próbuję jeszcze skręcić  w kolejną ulicę ale w zaułku natykam się na parę bezdomnych chyba uprawiających sex na swoim brudnym materacu, który jest chyba jedynym ich dobytkiem. Może mi się tylko wydawało, że to była miłość, może tylko układali się wygodniej, chowali przed promieniami słońca? Jednak gdy nadepnąłem na strzykawkę leżącą na chodniku dałem sobie spokój. Może później, jeżeli uda mi się poczuć tutaj nieco swobodniej, bez aparatu, telefonu i pieniędzy w kieszeni? Szkoda…

Właściwie turyści zaglądają tutaj tylko po to aby zobaczyć jeden z najbardziej znanych zabytków Rio a znajdujący się w tej części miasta – Arcos da Lapa, zwany inaczej Carioca Aqueduct. To jeden z najstarszych zabytków kolonialnych w mieście. Duży otwarty plac wokół akweduktu sprawia, że czuję się tutaj bezpieczniej, bo którz by się przejmował jakimś pijaczkiem gadającym sam do siebie, straszą panią naprawiającą jakiś wózek ze złomem, wymiotującym bosym młodzieńcem czy kilkorgiem bezdomnych, którzy „obalają pierwsze śniadanie”? Takie widoki to przecież można spotkać w każdym dużym mieście po sobotniej nocy. Gdyby coś się działo, zawsze mam gdzie uciekać – przed siebie :). Kilkanaście minut chodzę pomiędzy białymi łukami i robię z siebie idiotę. Wydaje mi się, że jak tak pochodzę to całe towarzystwo  „mieszkańców” placu pomyśli, że ja też tutaj „mieszkam” i przestanie zerkać w moją stronę z zainteresowaniem a ja wówczas wyciągnę aparat i cyknę parę fotek. Spokojnie wykadruje, sprawdzę światło, kąt i inne pierdoły aby fotka była ładna! Niestety moja naiwność jest jeszcze większa niż smród moczu unoszący się wszędzie. Wiadomo, że jestem gringo i nawet gdym spał na ulicy to i tak gringo zostanę, to widać, słychać i czuć!

Na szczęście pojawia się jakaś grupka roztańczonej młodzieży. Ach to Rio! Nawet w niedzielny poranek samba….. Dzieciaki malują sobie na biało twarze, puszczają z magnetofonów głośna muzykę i szaleją w tańcu. Zapominam o bezdomnych, którzy pewnie i tak nic by mi nie zrobili i wreszcie mogę zrobić kilka zdjęć ale bardziej interesuje mnie obserwowanie tej młodzieńczej witalności, radości i zabawy! Przysiadam na jakimś kamieniu w cieniu palmy, wcześniej upewniając się, że nikt tu nie mieszka, bo głupio komuś wejść bez zaproszenia do domu i zastanawiam się jak wyglądało to miejsce 200 lat temu?

Na wczesnym etapie rozwoju Rio de Janeiro otoczone było przez stawy oraz bagna z powodu bliskości oceanu wypełnione słoną wodą. W żadnym wypadku nie nadawała się do picia. Zaopatrzenie miasta w wodę było jedną z najważniejszych kwestii do rozwiązania jeżeli miasto miało się rozwijać. Już na początku XVII w. powstały plany utworzenia sytemu kanałów doprowadzających słodką wodę ze źródła rzeki Carioca, znajdującego się kilkanaście kilometrów na zachód od miasta, na porośniętych lasem wzgórzach Tijuca. Władze kolonialne kilkukrotnie przystępowały do budowy, ale za każdym razem porzucaną ją ze względu na trudności techniczne i brak wystarczających środków finansowych. Pod koniec XVII w. położono zaledwie kilkaset metrów rur kanalizacyjnych, a prace przy wodociągu nabrały tempa dopiero po 1706 roku. Konstrukcja pierwszego akweduktu ukończona została w 1723 roku. Wtedy też po raz pierwszy popłynęła czysta woda z gór do pięknej, barokowej fontanny, która kończyła akwedukt.

Ten pierwszy akwedukt służył mieszkańcom rozrastającego się miasta stosunkowo krótko. W 1744 r. był on już w tak złym stanie, że ówczesny gubernator Gomes Freire de Andrade polecił wznieść o wiele większą budowlę. Nowy akwedukt zaprojektował portugalski inżynier wojskowy Jose Fernandes Pinto Alpoim. Inspirację do swej pracy czerpał z podobnych obiektów powstających wówczas na Półwyspie Iberyjskim, wzorując się szczególnie na zbudowanym w latach 1731 – 1744 słynnym lizbońskim Aguas Livres. Akwedukt Carioca oddano do użytku w 1750 roku. Wybudowano go ogromnym nakładem pracy niewolników i Indian. Najbardziej imponującym jego odcinkiem jest kamienny most, składający się z dwóch kondygnacji monumentalnych łuków (jest ich 42) o maksymalnej wysokości 17,6 m, łączących wzgórze Santa Teresa z położonym w centrum wzgórzem Santo Antonio. Jego długość wynosi 270 metrów. Przetrwał praktycznie w niezmienionym stanie do dzisiaj.

To niezwykłe, że ta konstrukcja przetrwała gdy znacznie młodsze od niej kolonialne  kamienice leżą w gruzach. Widok niezwykle pięknych (kiedyś) domów teraz często już bez dachów a czasami nawet jest to już tylko frontowa ściana sprawia, że Lapa bardzo dużo traci. Za dnia widać, że to mimo wszystko jedna z najbiedniejszych dzielnic miasta choć Brazylia biednym krajem nie jest. O ile dewastację kolonialnych pałaców i rezydencji w Hawanie można sobie wytłumaczyć nienawiścią komunizmu do kapitalizmu o tyle tutaj tuż obok jest dzielnica szklanych wieżowców i finansowe centrum a Lapa to nie jest slums tylko historia tego miasta, bez której Rio stanie się tylko „plażowiskiem” Ameryki Południowej. Historia, która mam nadzieję, kiedyś odżyje i będzie można ją oglądać w pełnej krasie nie tylko gdy zajdzie słońce i rozbłysną kolorowe neony setek barów i dyskotek.

Skomentuj