Ciągle zadziwiające jest dla mnie to, że pomimo upływu ponad 1000 lat niektóre budowle ciągle istnieją. Ba! Nadal potrafią zachwycić człowieka, który przecież żyje w XXI wieku w zupełnie innym świecie. Dzisiejsza architektura jest przecież zupełnie inna. Bo jak tu porównać singapurski hotel Marina Bay Sands ze świątyniami Angkoru?! Niesamowite jak wielkim geniuszem musieli odznaczać się khmerscy architekci i jak olbrzymią wizją khmerscy królowie. Jedne z najciekawszych świątyń, które przetrwały ponad tysiąc lat i ciągle zachwycają to odwiedzona już wcześniej Pre Rup (wybudowana w roku 961) oraz świątynia Wschodni Mebon, która powstała nieco wcześniej, bo zbudowano ją w roku 952. Kiedyś ze wszystkich stron oblana wodą znajdowała się na wyspie. Dzisiaj wielkie sztuczne jezioro już nie istnieje w takim rozmiarze i do świątyni można dojechać bez żadnego problemu. Ono nie przetrwało ale świątynia owszem.

Pre Rup jak i Wschodni Mebon to zapewne ostatnie khmerskie świątynie wzniesione z cegły. W czasach późniejszych świątynie budowano już tylko z kamienia. Obie są, zatem wybudowane w tym samym charakterze architektonicznym i obie znakomicie oddają ducha tamtych czasów. Mają kształt piramidy o pięciu wieżach wznoszących się z górnego tarasu. Pięć wież, które tworzą sanktuarium, stoi na imponującym cokole z laterytu, który pokryty jest wieloma inskrypcjami.

We wschodnim Mebonie żarliwy hołd złożono trójcy hinduistycznej, a szczególnie Śiwie. Jedna z inskrypcji umieszczona na steli głosi: „Śiwie, Panu wiekuistych myśli, Bogu jedynemu, który, aby zadowolić sam siebie poprzez tworzenie, zachowanie i zagładę, przeistoczył się w trzech najwyższych bogów: Brahmę zrodzonego z lotosu, Wisznu o oczach z lotosu i Śiwę o trzech oczach. Trzej bogowie najwyżsi, opoka mocy niebieskich”. Kończy się hołd następująco: „Błogosławionemu Śiwie niech będzie hołd złożony. Oby obdarzył cię pomyślnością”.

Inna inskrypcja, którą wyryto na murach Wschodniego Mebonu głosi: „Jak dobrodziejstwo wiosny w ogrodzie, jak dzień z pełni księżyca stanęła czarowna i doskonała w pięknie swej olśniewającej młodości. Gdzież znaleźć można lepszy przykład jej doskonałej piękności? Nieszlachetne lustro jej zwierciadła niegodne jest tego oblicza, które odbija… ustawicznie i bez trudu przenika do serc mężczyzn, jakby pragnąc porazić rozbójnika – Miłość, czającego się w nich”.

Zakładając, że inskrypcje odnalezione we Wschodnim Mebonie oddają niezafałszowany obraz ówczesnej rzeczywistości, można na ich podstawie stwierdzić, że król Radżendrawarman, fundator obu tych świątyń nie miał nic przeciwko temu, by opiewano w nich innych. Zazwyczaj wszystkie inskrypcje umieszczane w poszczególnych świątyniach wznosiły peany tylko i wyłącznie na cześć władcy, który kazał świątynię wybudować. Tutaj postąpiono inaczej, ale Radżendrawarman był władcą tolerancyjnym i łaskawym w porównaniu z innymi królami khmerskimi, dlatego zapewne artyści mieli tutaj więcej swobody.

Tutaj we Wschodnim Mebonie, kiedyś samo jego położenie było już fantastyczne, dzisiaj uwagę zwracają przede wszystkim rzeźby umieszczone na rogach każdego poziomu świątyni. Są piękne, choć wiele z nich nie przetrwało w całości. Najczęściej przedstawiają zwierzęta, zwłaszcza słonie i często brakuje im bądź głowy bądź którejś  z nóg. Nic już dzisiaj nie zostało z długich pomieszczeń, niegdyś pokrytych drewnianym dachem, które ciągnęły się wzdłuż galerii. Nie oszczędziły ich żywioły i czas ale nie ma co się dziwić w końcu drewniane dachy nie miały szansy przetrwać tak długo. Co cenniejsze rzeźby z brązu zostały skradzione lub znajduję się w muzeach na całym świecie, ostały się tylko kamienne. To właśnie w tej świątyni znaleziono olbrzymi posąg Wisznu – jeden z największych khmerskich brązów. Gdybyście byli kiedyś w Paryżu to w Musee Guimet możecie podziwiać ten bezcenny zabytek.

Niezwykle fotogeniczna jest ta świątynia, choć nie jest tak piękna jak te budowane wcześniej. Jednak odniesienie do piramidy, mitycznej góry Meru sprawia, że mam wrażenie, iż to właśnie w przypadku hinduistycznej świątyni jest to jej esencja. Dobrze było na koniec zwiedzania świątyń Angkoru wrócić do klasyki. Wschodni Mebon to niestety ostatnia świątynia jaką mogłem zwiedzić podczas tego pobytu w Kambodży. Wielka szkoda, ale też wieka przygoda – spełnienie moich marzeń. Miałem ochotę na więcej jednak czas jest nieubłagany i jak zwykle mija zbyt szybko. Siedząc na samym szczycie tej świątyni patrząc na otaczającą ją dookoła dżunglę, aż nie chce mi się wierzyć, że to wszystko przetrwało ponad tysiąc lat. Jak wyglądała Polska ponad tysiąc lat temu? Czy w 952 roku, gdy tutaj kwitło niezwykło królestwo i budowano fantastyczne świątynie, na ziemiach pomiędzy Bałtykiem a Tatrami ktokolwiek myślał w ogóle o państwie w takiej formie jak w dalekiej Kambodży? Z tymi pytaniami zostawiam na razie Kambodżę, choć to jeszcze nie wszystko co udało się zobaczyć w tej niezwykłej krainie…. Wrócę w to miejsce na blogu za kilka tygodni – tymczasem robimy przerwę na ……… Amerykę Południową!

2 komentarze do “Świątynia na wyspie której nie ma”

  1. azjaodkuchni :

    Skoro nikt nic nie powiedziałam to ja powiem, że opis Kambodży tak nam się spodobał, że już za miesiąc jedziemy właśnie tam na kilkudniowe wakacje. Już nie możemy się doczekać 🙂

  2. Kuro znakomity wybór 🙂 Mam nadzieję, ba! Jestem pewien, że jeżeli chodzi o zabytki i kuchnie to z Kambodży wrócicie zachwyceni! Pozdrawiam serdecznie

Skomentuj