Przyszedł wreszcie tak bardzo lubiany czas gdy trzeba było zacząć planowanie kolejnych wakacji. Co za straszliwa robota! Zima coraz bardziej dokucza, szaleństwa sylwestrowej nocy już dawno wywietrzały z głowy. Jakby tu nie kombinować wychodzi zawsze na jedno – trzeba uciekać do ciepłych krajów! Nawet w pracy jakoś słabiej idzie, rano nie chce się wstawać, do domu jakoś szybciej ciągnie a komputer staje się najważniejszym „członkiem rodziny”. Ciągle moje myśli krążyły gdzieś w tropikach, podczas śniadania i podczas kolacji, podczas urodzin mamy i w bibliotece, czy w wannie lub w pubie przy piwie, nawet w kinie nie mogłem się skupić na hollywoodzkich pięknościach – tak już mam –  jak mnie dopadnie to nie odpuszcza. Przepadłem i mogę robić tylko jedno – planować. W głowie ciągle kołatało mi się marzenie o Birmie. Kraj tysiąca świątyń, niesamowitych krajobrazów i jeszcze niedotkniętych masową turystyką ludzi. Mimo wewnętrznego oporu, że każdy dolar tam wydany wspiera wojskową juntę, bo przecież to, że zamienili mundury na garnitury nie oznacza, że stali się dobrymi ludźmi, chciałem bardzo zdążyć pojechać do tego kraju zanim ruszy tam cały turystyczny świat. Niestety jeszcze nie tym razem. Jakoś zabrakło i chętnych i pomysłu a raczej kompromisu pomiędzy zwiedzaniem a leżeniem pod palmą. Birma musi poczekać. Może za rok?

Ale skoro nie Birma to po drugiej stronie naszej pięknej planety leży inne państwo również na „b” może tam? Minęło równo dziesięć lat gdy ostatni raz byłem w Ameryce Południowej, dużo! Czas najwyższy odpuścić Azji i zmienić klimat – decyzja zapadła – jedziemy do Brazylii! Szukam w głowie marzeń z dzieciństwa – tak, tak Amazonka, zawsze chciałem zobaczyć tą największą rzekę świata. Tym razem pojadę w głąb Amazonii obwieszczam uszczęśliwionej ekipie, która ma ochotę jechać ze mną, choć niekoniecznie tam. Niestety nikt nie podziela mojego entuzjazmu. Na placu boju zostałem sam, zupełnie sam. Nikt nie ma zamiaru pływać zdezelowanymi łodziami po Amazonce, odganiać się od komarów i innego świństwa, które żyje tam w ilościach nieskończonych i oglądać się za siebie, żeby coś ich nie ugryzło. Niestety muszę zejść na ziemię a raczej spojrzeć na mapę nieco bardziej na południe. Ok, wymyślę coś innego.

Wreszcie kupuję bilety lotnicze na trasie: Berlin – Madryt – Rio de Janerio – Iguasu – Buenos Aires – Madryt – Berlin!  Uf, udało się i nawet lodówki nie musiałem sprzedawać! Tym razem „powiezie” nas narodowa hiszpańska linia Iberia. Skoro daty wyjazdu wyznaczone i bilety w „kieszeni” to czas dograć milion drobiazgów typu: co zobaczyć, jak dojechać, gdzie spać, gdzie i co jeść itp. no ale to czysta przyjemność. Na tej przyjemności zleciało trochę czasu: dni, tygodni. Któregoś dnia chcąc nacieszyć oczy biletem lotniczym zalogowałem się na stronie Iberii. System ładnie przyjął mój numer rezerwacji i nazwisko i wyświetlił …. „zaszły zmiany w Twojej rezerwacji”! Serce zaczęło mi bić trzy razy szybciej niż zazwyczaj, patrzę a tam niespodzianka w postaci anulowanego lotu na trasie Berlin – Madryt! Nie ma i nic w zamian! Żadnego alternatywnego lotu, nawet żadnego smsa czy maila nie dostałem ot, po prostu anulowali i tyle! Dzwonię zatem do Hiszpanii do biura obsługi tej znamienitej linii lotniczej (niestety w Polsce Iberia zlikwidowała swoje biuro) a tam „maszynowa dziewczyna” nawija po hiszpańsku z taśmy non stop to samo a ja po hiszpańsku ni w ząb! No, nie nawet nie idzie się z nimi skontaktować. Nie ma także możliwości napisania żadnego maila bo Iberia nie posiada żadnego adresu elektronicznego do kontaktu z klientami. No tak, jak kupisz i zapłacisz to już nic dla Ciebie dobrego nie zrobią!!! Dwa dni upływają mi w nerwówce bo nie mogę w żaden sposób skontaktować się z Iberią. Z Polski do Madrytu jest zbyt daleko, żeby dojechać tam samochodem trzeba czymś dolecieć.

Na szczęście chyba już każdy Polak ma kogoś mieszkającego w Anglii. Proszę zatem rodzinę z wysp o pomoc a co tam niech dzwonią do londyńskiego biura Iberii i załatwiają. Udaje się w ten sposób nawiązać kontakt z linią lotniczą. Nigdy nie dzwońcie do hiszpańskiego biura Iberii, szkoda czasu i pieniędzy – nic nie załatwicie. Niestety to co proponują to jakieś koszmarne loty z przesiadkami w różnych miastach Europy. Sam dolot z Berlina do Madrytu trwałby dwa dni! Odpada, proszę więc o zwrot pieniędzy za skasowany lot. Nie ma problemu pieniądze będą w ciągu 7 dni na moim koncie. Szybko znajduję dosyć dobre połączenie tanimi liniami EasyJest z Berlina do Madrytu i kupuję sobie dolot sam. Co prawda muszę polecieć do Madrytu trochę wcześniej ale za to co ma oddać Iberia wystarczy na pokrycie tych biletów i jeszcze na zapłacenie za dwa dni w hotelu w hiszpańskiej stolicy! Uf, wszystko się udało, choć było przez kilka dni nerwowo.

Mijają kolejne dni a tutaj zwrotu z Iberii ani widać ani słychać. Mija 7 dni i kolejne 7. Konto na debecie jak było tak jest. Znowu telefon do Anglii i odpowiedź, że ok nie ma problemu na pewno oddadzą. Niestety nie oddali! Pomyślałem, że skoro Iberia jest w grupie razem z British Airways to zadzwonię do nich i zapytam czy jakoś mogą pomóc. Mam to szczęście, ze trafiam na przemiłą Panią Anię, która usiłuje połączyć mnie z biurem Iberii w Hiszpanii jakąś swoją wewnętrzną linią. Najpierw sama tłumaczy Iberii w czym problem, potem „wraca” do mnie i przekazuje wiadomość, że okazało się, że nikt moją sprawą się nie zajmował przez 3 tygodnie ale teraz na pewno dostanę zwrot za odwołane loty. Serdecznie dziękuję i postanawiam czekać dalej. Po kilku godzinach Iberia dzwoni do mnie z przeprosinami i informacją, że pieniądze będą na koncie mojej karty kredytowej w ciągu kilku najbliższych dni ale będzie mniej niż mówili na początku bo się pomylili w obliczeniach! Nie mam siły się spierać, więc się zgadzam z nadzieją, że teraz pójdzie to już szybko. Rzeczywiście po trzech dniach mam wpłatę na koncie i jak obiecywali o 100 euro mniej – w tym zdania dotrzymali!

Mam znowu wszystko pod kontrolą i wszystko ogarnięte. Jednak jak się okazało nie na długo. Tydzień przed wyjazdem dostaję wiadomość od rodziny z Anglii (chyba tak się chcieli odwdzięczyć za koszty na jakie ich naciągnąłem) czy słyszałem o strajku jaki zapowiedziała Iberia, że mają nadzieję, że ja 18.02. nie lecę, bo to pierwszy dzień strajku? Co!? Właśnie, że lecę!!! Kur….a to znaczy, że mogę nie polecieć! Informacja o strajku się potwierdza. Oficjalnie Iberia informuje, że loty w tych dniach można przekładać na inne terminy albo ubiegać się o zwrot pieniędzy! Dramat! Co mi po oddaniu pieniędzy za bilety skoro przepadnie mi cała pozostała reszta rezerwacji, bo już za większość zapłaciliśmy!?  Nerwówka straszliwa, co teraz!? Lecieć do Madrytu i liczyć na to, że jednak strajku nie będzie czy żądać zwrotu za bilety i machnąć ręką na pozostałe straty? Przesunięcie terminu o tydzień czy dwa nie wchodzi w ogóle w grę. Przez dwa dni dzwonię do różnych biur Iberii rozsianych po Europie. W Anglii, Niemczech, Holandii wszędzie mówią jedno i to samo, że trzeba czekać bo na razie nie wiadomo, które loty odwołają. Tylko, że ja nie mogę czekać bo do Madrytu mam 2500 tysiąca kilometrów i nie dostanę się tam i z powrotem ot tak, po prostu! Biuro British Airways niestety też nie może pomóc, choć Pani Ania robi co może. Nie mam pojęcia jaką decyzję podjąć. Może się okazać, że jeżeli polecę do Madrytu a lot do Rio będzie odwołany to zwrot pieniędzy wystarczy tylko na nowy bilet lotniczy z Madrytu do Berlina. Jakiś koszmar! Mogę utknąć w Madrycie na minimum tydzień i wówczas już nie będzie po co lecieć dalej. Nie mam pojęcia co robić! Kolejnego dnia (cztery dni do wylotu) nie wytrzymuję i wchodzę na fecebookowy profil Iberii i tam wylewam swoje żale (jak zresztą około 1000 innych osób z całej Europy) domagając się konkretnej informacji. O dziwo dostaję odpowiedź i prośbę o wysłanie swoich danych w prywatnej wiadomości. Już w prywatnych wiadomościach Iberia podaje mi kolejne nr telefonów gdzie mam dzwonić nie przyjmując do wiadomości tego, że obdzwoniłem już pół Europy i wszędzie mówią mi to samo. Przepychanka trwa kilka godzin. Stanowczo domagam się, aby ktoś z hiszpańskiego biura do mnie oddzwonił, bo ja nie mam takiej możliwości aby dodzwonić się do nich. Po kilku kolejnych godzinach dzwoni telefon z Hiszpanii! Udaje się przełożyć wylot do Rio z Madrytu z poniedziałku 18.02 na sobotę 16.02. Uf, czyli uciekniemy przed strajkiem, który zaczyna się w poniedziałek 18 lutego.

Jednak to nie koniec problemów, bo niestety skoro z Madrytu musimy wylecieć już 16 lutego to nasze bilety kupione w EasyJet na trasie Berlin – Madryt musimy zmienić również na wcześniejszy wylot. Na szczęście jest samolot dzień wcześniej ale… opłata za zmianę wynosi 340 euro od osoby!!! Niestety nie ma wyjścia to jest jedyny sposób dostania się do Madrytu na czas! Zaciskając zęby i powstrzymując złość wklepuję numer swojej karty kredytowej!!! Szczerze mówiąc to, że okazało się jeszcze, że Iberia zmieniła także wylot powrotny z Buenos Aires z godziny 14.00 na 22.00 już po mnie spłynęło jak po kaczce. Zmienili już wszystko co mogli więc mi zwisa!

Tak więc, na dwa dni przed wyjazdem wszystko się uspokoiło. Wyjeżdżamy z Polski jeden dzień wcześniej niż planowaliśmy w Madrycie spędzimy tylko jedną noc a za to będziemy w Rio dwa dni dłużej niż mieliśmy zarezerwowaną kwaterę :). No właśnie już nie piszę o gorączkowym poszukiwaniu dodatkowego noclegu w Rio. Mam nadzieję, że nigdy nie będziecie musieli szukać taniego, dobrego hotelu w Rio de Janeiro na trzy dni przed wyjazdem. Niewykonalne!!!

Przyszedł piątek i ruszyliśmy samochodem w drogę na lotnisko do Berlina. Pierwszy odcinek podróży to tylko 1,5 godziny spokojnej jazdy autostradą. Zima odpuściła, śniegu nie ma jedzie się idealnie. Mniej więcej w połowie drogi dostaję sms’a od EasyJet, że jest im przykro ale z powodu wypadku, jaki się wydarzył lotnisko jest zamknięte! Co?!! No nie, to niemożliwe!!! Po tym wszystkim teraz to! Jeszcze tylko meteoryt powinien w nas uderzyć! Akurat w nas, w nasz mały samochodzik na środku pustej niemieckiej autostrady! Niech pierdoln……K…U…R…W…A!!!!!! Jedziemy jednak na lotnisko i sprawdzimy na miejscu co się dzieje. Przecież po tym wszystkim nie wrócę do domu! Rzeczywiście okazało się, że lotnisko zamknięte do godziny 17.00 a o 15.00 powinniśmy już lecieć do Madrytu. Nikt nic więcej nie wie, trzeba czekać. Po mniej więcej 3 godzinach czekania okazuje się, że nasz samolot poleci!!! Niestety nie wiadomo tylko o której, bo muszą się znaleźć wszyscy pasażerowie, więc jak przyjdą to polecimy!!! Tego jeszcze nie grali, jak w afrykańskich autobusach! Jak nazbiera się komplet to pojedzie!!!

Jeżeli jeszcze liczycie na niemiecką solidność, zorganizowanie i rzetelność to zapomnijcie! To już było i nie wróci. Takiego chaosu informacyjnego nie spotkałem jeszcze na żadnym lotnisku, sam czułem się bezradny w pewnych chwilach a przecież jestem zaprawiony w bojach! Po jakiś 5 godzinach opóźnienia udało mi się dolecieć do Madrytu. Niestety nie potańczyłem flamenco, bo czasu wystarczyło tylko na krótki sen, ale dobre w tym to, że o godzinie 11.25 wystartowałem w stronę brazylijskiego słońca już bez problemów. Po prawie dwunastu godzinach zawieszenia pomiędzy niebem a ziemią powinienem wylądować w Rio de Janeiro a skoro to czytacie to tak się stało :). To co opisałem nie jest wynikiem wypitego wina na pokładzie samolotu ani zmiany ciśnienia w kabinie ani też nie jest wynikiem palenia czegokolwiek, bo w samolotach palić nie wolno, niczego. To szczera prawda, choć ja sam mam wrażenie, że to to zbyt dużo jak na jedną rezerwację zwykłych biletów lotniczych!

Nerwy już minęły, staram się nie myśleć co Iberia jeszcze mi zafunduje podczas podróży powrotnej?! Oby wszystko co złe miało się zdarzyć już się zdarzyło, teraz tylko dobre przed nami. Trzy tygodnie przygody, odpoczynku i oglądania piękna tego świata. Zaglądajcie tutaj czasami może jak oderwę się od szklaneczki caipirinh’i to Wam pokażę odrobinę Ameryki Południowej :). Trzymajcie za nas kciuki!!! 🙂 🙂 🙂

A nad Rio ciągle huczą fajerwerki, to ostatnia noc karnawału!!!

12 komentarzy do “Miało być easy!”

  1. Filos ale przygody..z każdym zdaniem , czytając Cię robiłam coraz większe oczy, rany ale stresy !!!trzymam kciuki za piękne wakacje, które pozwolą zapomnieć o tych stresach i przygodach związanych z dolotem , Ps. Trzymam kciuki za punktualne loty powrotne. bepi

  2. Krystyna :

    Adam, chyba tu opisałeś jakiś koszmarny sen !!!
    Ale pamiętaj- co się zle zaczyna…dobrze się kończy:)))
    Pięknych wakacji !!!!!

  3. Zaglądam zaglądam….:) Co za przygoda!!! Będziesz miał co opowiadać na stare lata:) Bawcie się dobrze i czekam na piękne zdjęcia i cudne opowieści i dreszczykiem i pieprzykiem:)

  4. Monika z tymi zdjęciami to szały nie będzie. Wyciągnąć taką „lufę” na ulicy w Rio to jak krzyczeć: „patrzcie tutaj jest do wzięcia 1000$!!!!” Dzisiaj zrobiłem może z 10 i to raczej na szybko, ale i tak jest bosko 🙂

  5. Krysiu to był niestety koszmar i to nie sen! ale wszytko dobre co się dobrze kończy! pozdrawiam serdecznie

  6. Bepi, nawet nie chce mi się myśleć co się może zdarzyć na powrocie, ale na razie co mi tam – jest słońce, ocean i boska Caipirinha 🙂 a po niej wszytko jest ładniejsze 🙂

  7. Mariusz - marinik :

    Ja pierdykam – Adam – wszystko co bylo wczesniej chcialem dac do poczytania J. – niechby sie rozmarzyla przy tym Angkorze, a teraz…. teraz sie boje, ze jak przeczyta to, co powyzej, to za zadne skarby nie bedzie chciala leciec.
    Ufff – ja calkiem niezaprawiony w tego typu atrakcjach.
    Ale i tak karnawalu w Rio zazdroszcze, bo caipirinie to sobie tu skosntruuje czasem.
    3maj sie i wracaj spokojniej :)))

  8. Mariusz takie „przygody” to tylko z Iberią 🙂 Unikaj tej linii a wszytko będzie dobrze 🙂 Spokojnie planuj swoją podróż bo limit „nieszczęść” jak wykorzystałem już za wszystkich 🙂 Pozdrawiam z upalnego Rio!

  9. Adam o matulu, przerobiłeś wszystkie możliwe komplikacje, na 100 lat do przodu !!!!!! Teraz musi już być tylko regulaminowo, w końcu swoją złą ” karmę podróżnicza ” przerobiłeś tym razem, wiec reszta będzie już z górki, innego wyjścia nie ma 🙂

  10. Oj Mara ja mam nadzieję, że zła karma już odejdzie 🙂 Na szczęście po tych „przygodach” dalej już było gładko, sprawnie i przyjemnie.
    pozdrawiam serdecznie 🙂

  11. Bardzo proszę o informację, jak dodzwonić się akurat do pani Ani, bo kontakt z klientami Iberii jest bez zmian pomimo upływu czasu.

  12. Paulina,
    niestety nie mam bezpośredniego telefonu do Pani Ani. Dzwoniłem bezpośrednio na info linię British Airways i przedstawiłem swój problem z ogromną prośbą o pomoc. Spróbuj może i Tobie nie odmówią pomocy!

    Z Iberią próbuj kontaktować się jeszcze przez Facebooka tą drogą po wielu próbach również mi udało się skontaktować z nimi.

    pozdrawiam serdecznie
    Adam

Skomentuj