Nie wiem czy to zmęczenie wspinaczką po tych wszystkich stromych schodach w Ta Keo, czy niemiłosierny upał spowodowały, że jadąc dalej pomyślałem, że już żadna świątynia mnie nie zaskoczy i nie spowoduje szybszego bicia serca. Poczułem się zmęczony i chętnie zanurzyłbym się w chłodnym basenie hotelowym. W końcu po to „szarpnąłem” się na hotel z basenem aby właśnie odpocząć tam po zwiedzaniu świątyń. Tymczasem mój pobyt w Angkorze dobiegał końca a basen widuję tylko z restauracji podczas śniadania. Gdy wracam późnym popołudniem do hotelu mam tylko siły na prysznic i włączenie klimatyzacji w pokoju. Zastanawiałem się czy nie wracać już do hotelu i odpocząć po tych dwóch dniach zwiedzania.  Może to ten moment, że nawet ja – wielbiciel zabytków poczułem przesyt. Jednak tuk-tuk łagodnie podskakiwał na dziurawej drodze w tumanach kurzu a uśmiechnięty (jak zawsze) Sra Pon nie spiesząc się jechał dalej zapowiadając, że jeszcze wiele atrakcji przed nami. Czy Angkor może mnie jeszcze zdumieć, zachwycić, zaskoczyć?

Nawet nie chciało mi się pytać dokąd jedziemy. Już dawno wyleciały mi z głowy te wszystkie wiadomości, detale dotyczące poszczególnych zabytków, których tak pilnie uczyłem się przed samym wyjazdem. Miałem wrażenie, że aby pomieścić te wszystkie emocje jakie towarzyszą mi tutaj na miejscu musiałem opróżnić głowę, przewietrzyć ją, zrobić wolne miejsce. W miejsce wyuczonych książkowych informacji dotyczących historii Khmerów pojawiły się emocje o których nawet nie myślałem. Z tym było mi dobrze. Nawet z tym kurzem, potem i upałem było mi dobrze. Obraz fantazji i wyobraźni o tym jaki wspaniały musiał być to kiedyś świat zadomowił się w mojej głowie na dobre. Jakże bajkowym miastem musiał być Angkor Thom w czasach swojej świetności!

W kamieniu zrealizowano najbardziej fantastyczne marzenia. Świątynne wieże upodabniają się do istot ludzkich o czterech obliczach, mury ożywają dzięki wyobrażonym na nich procesjom, słoniom, garudom, wieżom strażniczym i kwiatom takim jak lotosy, kamienne budynki wznoszą się na sztucznych jeziorach – śmierć przestała istnieć. Fantazja budowniczych nie miała granic. Ambicje królów zdawały się nigdy nie być zaspokojone. Ludzki geniusz zaklęty w kamieniu – ziemia nasiąknięta krwią niewolników. Taki jest Angkor. Nigdy nie ma się go dosyć o czym miałem przekonać się już za chwilę.

W czasie kiedy powstawała wspaniała stolica – Angkor Thom, a król Dżajawarman VII postanowił, że zaćmi ona swą świetnością wszystkie poprzednie stolice imperium khmerskiego powstają między innymi dwie niezwykłe świątynie.  Pierwszą z nich oglądałem dwa dni temu jako pierwszą – była to Ta Prohm, którą król poświecił pamięci swojej matki, teraz przyszła kolej na świątynię Preah Khan – która poświęcona została pamięci ojca władcy – króla Dhaaranindrawarmana II. Nie spodziewałem się, że również ta świątynia okaże się tak niezwykła, że wrócą mi wszystkie siły i niesamowita energia do dalszego zwiedzania Angkoru.

Po dojechaniu na miejsce mój kierowca uprzedza, że świątynię należy zwiedzać idąc cały czas prosto mrocznymi korytarzami i on będzie czekał na mnie właśnie po drugiej stronie. Jeżeli będę skręcał w boczne korytarze na pewno zabłądzę i będzie mi trudno trafić do wyjścia. Preah Khan to duży zespół świątynno – klasztorny tworzący prostokąt 700 metrów na 800 metrów otoczony fosami i zajmujący w sumie 56 hektarów. Nic dziwnego, że łatwo tutaj zabłądzić. Na dodatek plan świątyni na początku wydaje się przejrzysty jednak im dalej tym chaos architektoniczny się powiększa poprzez mnożenie się dodatkowych budynków umieszczonych zupełnie przypadkowo. Labirynt i plątanina w większości zawalonych przejść sprawia wrażenie, że nie wiadomo w która stronę iść. Dlatego Sra Pon uprzedzał aby iść tylko prosto. Oczywiście nie posłuchałem.

Już samo wejście do świątyni robi fantastyczne wrażenie. Aleja olbrzymów prowadzi przez groblę. Okaleczone posągi zapraszają do „Miasta Zwycięstwa”. Budzą grozę gdy przechodzi się tuż obok nich. Demony trzymają w rękach gigantycznego węża, większość z nich jest bez głów, niektóre tylko z połową oblicza. Kuszą aby iść dalej ale jakby mówią – „wchodzisz na własne ryzyko”. Wszystkie symbole religijne, umieszczone przy alei wiodącej do świątyni, zostały zniszczone. Nie zrobiono tego ukradkiem ani nie były to działania wandali czy handlarzy starożytna sztuką khmerską. Systematyczne usuwanie wszelkich wizerunków Buddy to wynik antybuddyjskich nastrojów, jakie zapanowały po śmierci Dżajawarmana VII. Czyniono to z premedytacją, tak zareagowała arystokratyczna klasa duchowieństwa, która najbardziej ucierpiała na skutek religijnego wyboru króla – przejścia z hinduizmu na buddyzm.

Świątynia leży w gruzach. Została oczyszczona z porastającej ją dżungli, wiele stropów i ścian podparto, umocniono ale nigdy jej nie odbudowano i to jest ogromna zaleta tego miejsca. Niemal tak samo jak ja dzisiaj musieli ją ujrzeć pierwsi XIX wieczni odkrywcy. Wiele zniszczeń to dzieło przyrody, przed wszystkim. Działanie tropikalnego klimatu oraz agresja podzwrotnikowej flory widoczna jest tutaj na każdym kroku. Dlatego ta świątynia tak bardzo przypomina słynniejszą Ta Prohm. Jest równie niezwykła a mniej zatłoczona. Prace konserwatorskie ograniczyły się tutaj jedynie do usunięcia najbardziej agresywnej roślinności, przywróceniu odpływu wody deszczowej oraz umocnienia niektórych sklepień i zabezpieczenia pochylonych ścian. Dzika przyroda sprawia, że ma się wrażenie jakby ta świątynia ciągle żyła, ciągle się zmieniała.

Z centralnego punktu świątyni odchodzą w cztery strony świata główne korytarze. Tutaj idzie się swobodnie ale jest dosyć nudno. Pokusiło mnie aby wejść pomiędzy stojące nieopodal małe kaplice,  różne pomocnicze pawilony, niewielkie dziedzińce a nawet grobowce rodzinne. To tutaj szukam ducha tego miejsca. Nie jest to łatwe, bo wiele przejść jest zawalonych i trochę strach tam wchodzić. Jednak dzięki podjętemu ryzyku łatwiej sobie wyobrazić jak niezwykłe było to miejsce. Wyryte na ścianach Preak Khan inskrypcje opisują fantastyczne wyposażenie tej świątyni. Było tutaj 436 posągów, ale na terenie otaczającym świątynię  znajdowało się dwadzieścia tysięcy posągów ze złota, srebra i kamienia!

Utrzymanie tej świątyni musiało być olbrzymim brzemieniem dla wielu tysięcy ludzi przez przeszło dwa stulecia. Zgodnie z jedną z inskrypcji pracowało tutaj trzysta tysięcy trzystu siedemdziesięciu dwóch służących z trzynastu tysięcy pięciuset wsi i rocznie zjadali oni trzydzieści osiem tysięcy ton ryżu. Na steli widnieje też spis dwudziestu trzech fundacji religijnych, określanych mianem Dżaja Buddhamahanatha. Umieszczono je w wielu miejscach całego imperium khmerskiego, również na terenach obecnej Tajlandii. Jeszcze inna inskrypcja głosi, iż: „zbudowano sto dwadzieścia jeden zajazdów wyposażonych w paleniska przy drogach prowadzących z Angkoru do stolicy Czampy, siedemnaście przy drodze z Angkoru do Pimai na równinie Korat” (w dzisiejszej Tajlandii).

Inna inskrypcja dostarcza danych o rzeszach pracowników, jakie zatrudniano niegdyś w tej świątyni, a także o liczbie przeznaczonych dla nich pomieszczeń. Wylicza: „…osiemnastu oficjantów głównych, dwa tysiące siedemset czterdzieści oficjantów, dwa tysiące dwustu trzydziestu dwóch pomocników, sześćset piętnaście tancerek, w sumie dwadzieścia tysięcy sześćset czterdzieści osób mających prawo do zakwaterowania, sześćdziesiąt sześć tysięcy sześćset dwudziestu pięciu mężczyzn i kobiet w służbie bogów. W sumie 79 365 osób”!!! W inwentarzu świątyni znajdował się komplet naczyń ze złota o wadze pięciuset kilogramów (!), komplet naczyń ze srebra mniej więcej tej samej wagi, trzydzieści pięć brylantów, 40 620 pereł, 4 540 kamieni szlachetnych, wielka złota czara, osiemset siedemdziesiąt sześć zasłon przywiezionych z Chin, pięćset dwanaście kompletów bielizny pościelowej z jedwabiu, pięćset dwadzieścia trzy parasole i dwa tysiące trzysta osiemdziesiąt siedem szat przeznaczonych do ubierania posągów!

Mimo, że Preah Khan to świątynia, która dzisiaj nie prezentuje się tak okazale jak dawniej to spowita całunem z korzeni, łapczywych konarów i gałęzi, podobnie jak galerie, na których zapuściły korzenie drzewa szybko rosnące w górę – to widok pełen osobliwego piękna. Gigantyczne, harmonijne rozrośnięte drzewa dają ruinom życia i niezwykłej tajemnicy. Świątynia obejmuje trzy koncentryczne place. Centralne sanktuarium znajduje się pośrodku. Jego założenia i konstrukcja różnią się dość znacznie od Angkor Watu. Ta najbardziej znana na świecie khmerska świątynia otoczona jest jednym pasem murów, Preah Khan – dwoma. Galerie Angkor Watu pną się stopniowo w górę, podczas gdy tu znajdują się na jednym poziomie. Różnice te wywodzą się stąd, że król Dżajawarman VII, gorliwy buddysta, wyzwolił się spod wpływów mitologii hinduistycznej, zgodnie z którą centralny kompleks świątyni musiał mieć kształt piramidy zwieńczonej pięcioma sanktuariami symbolizującymi pięć wierzchołków góry Meru. Kompleks Preah Khan zbudowano na planie krzyża, o jednym pomieszczeniu w każdym z jego ramion.  Dzisiaj niestety większość pomieszczeń jest niedostępna. Liczne oznaki wandalizmu wskazują na to, że padły ofiarą antybuddyjskich nastrojów po śmierci Dżajawarmana VII.

Chodząc pomiędzy tymi cudami mam wrażenie, że świątynie takie jak ta czy Ta Prohm oddają całą magię Angkoru i szkoda, że pozostałe świątynie tak pieczołowicie odbudowano. Sam nie wiem czy ładniejsza jest wspaniale odrestaurowana Banteay Srei czy te pozostawione na pożarcie dżungli? Widok tutaj jest wspaniały. Korzenie i konary, głównie dzikich figowców i banianów o kolumnowych korzeniach zwieszających się z konarów i otaczających macierzysty pień. Wyrastają z wierzchołków wież, ze szpar w budynkach, i odnosi się wrażenie, iż musiały reagować na zew ziemi, bo zmierzają ku niej zewsząd – olbrzymie, grubaśne korzenie ciągną się daleko od pni przemierzając potężne skały i bloki kamienne albo je omijając, by wreszcie dosięgnąć żyznej gleby – eliksiru życia, a sięgnąwszy korzeniami głęboko w ziemię, rosną ze zwiększonym wigorem. Z fasady zwisają korzenie niby gigantyczne frędzle.

Oblicza kamiennych postaci wydają się wykrzywiać w grymasie bólu wywołanego naporem korzeni. Kamienne podłoże użyźniły ulewne deszcze przenikając przez solidny zielony dach dżungli i zraszają gnijącą roślinność i glebę. Niektóre drzewa puściły korzenie na wysokości dwóch tarasów od ziemi. Wśród ruin królują drzewa wełniakowate i puchowce strzelając w górę na powitanie nieba. Filary, tarasy, szczyty budynków i wieże oplatają pnie, konary lub korzenie drzew i nie zawsze się można zorientować, który z elementów tej plątaniny zapewnia właściwie stabilność całości i czy gdyby je usunąć całość po prostu nie rozpadła się w pył.

Przed prawie ośmiuset laty musiała to być wspaniała świątynia. Dżajawarman VII był zagorzałym wyznawcą buddyzmu i wierzył, że jest wcieleniem samego Buddy, który stanowił „wyższą drogę wiodącą do najwyższego oświecenia, jedyną doktrynę umożliwiającą osiągnięcie zrozumienia rzeczywistości, prawo, które czczą nieśmiertelni trzech światów, miecz trzebiący dżunglę namiętności”. Niezwykłego uczucia doświadcza się patrząc na efekty pojedynku między siłami przyrody a kamiennym arcydziełem architektury, pojedynku trwającego setki lat. Budowla zachowała swój nieodparty urok, a tu i ówdzie również niezwykłe piękno. Nie ma jednak cienia wątpliwości, że gdyby nie interwencja człowieka, zwycięstwo w końcu odniosła by dżungla.

Preah Khan

  • druga połowa XII wieku (1151)
  • Król – Dżajawarman VII – Syn Dhaaranindrawarmana. Nazywany pośmiertnie: Maha Paramasznagata pada. Urodził się między 1120 a 1125, zmarł między 1215 a 1219. Panował w Angkorze w latach 1181-1218.
  • kult – buddyjski

5 komentarzy do “Miasto Zwycięstwa”

  1. Twoja wiedza jest przytłaczająca Adam, na twoich materiałach studenci będą bazować. Jesteś niesamowity..;)

  2. Monika normalnie jestem czerwony jak burak 🙂 Strasznie dziękuję za miłe słowa ale ten Angkor tak jakoś mnie „złapał” i już ponad rok trzyma 🙂 Ciągle mi mało, więc szukam, czytam, oglądam… a potem piszę 🙂

  3. Mariusz - marinik :

    Adam – komentarzy co prawda nie za wiele, ale nie myśl sobie – grono stałych czytelników jednak jest. Z niecierpliwością czekam na każdy nowy post i wiedzę właśnie. Nawet jeśli już kilka źródeł tej wiedzy znam – to jednak jej wsparcie tak bogatym zbiorem fotografii sprawia, że zupełnie inaczej odbiera się każdą ze świątyń. Już nie wspomnę jak to pomocne dla mojego knutego planu. :))))
    Pozdrowienia i oczekiwania.

  4. Mariusz musimy szybko planować, bo jak dłużej będziemy się zastanawiać to zastaniemy tam SuperHiper Market i kamienie ze światyni będziemy sobie mogli w promocji kupić razem z tuk tukiem..:)

  5. Rzeczywiście jak w każdym popularnym miejscu turystycznym komercja robi swoje. Jednak zawsze będzie można pośród tego fantastycznego dziedzictwa ludzkości odnaleźć magię i odrobinę mistycyzmu. Będzie tylko o to trudniej, więc nie czekajcie zbyt długo 🙂

    Spieszcie się odwiedzić Angkor 🙂

    Mariusz, nie o ilość na szczęście chodzi 🙂 Nie knuj zbyt dużo tylko pakuj walizkę i fruń 🙂

    pozdrawiam serdecznie 🙂

Skomentuj