W drodze do kolejnej świątyni jest wolna chwila aby zapoznać się z czasami w które się za chwilę „przeniesiemy”. Jest mniej więcej rok tysięczny. Khmerskim imperium rządzi król Surjawarman I, który objął władzę po Dżajawarmanie V. Poprzedni król podczas trzydziestu lat swojego panowania pragnął pokoju i spokoju, lubił otaczać się artystami i muzykami i patrzeć, jak powstaje przepiękna świątynia zwana potocznie „Złotą Wieżą”. Imperium kwitło, rozwijała się kultura i sztuka. Ale te czasy mamy już za sobą. Po ponad pięćdziesięciu „złotych” latach spokojnego życia nadchodziła nowa era w królestwie khmerskim.

Surjawarman zdobywa tron ogniem i mieczem. Wyruszył ze swoim wojskiem z Malajów, wdarł się głęboko na teren imperium, ustanowił mniejsze księstwa z marionetkowymi władcami, zwerbował liczne zastępy najemników i niewolników. Kilka miesięcy później miał już tak silną pozycję, że zamarzył o tronie. Błyskawicznie i z nadzwyczajną łatwością osiągane zwycięstwa przyniosły mu miano niepokonanego. Kiedy bramy stolicy otwarto przed zwycięskimi wojskami, kapłani i szlachetnie urodzeni bez zwłoki uznali go za swego króla. Był to jeden z najbardziej dynamicznych władców w całej historii tego wielkiego imperium.

Zarządzał sprawami państwa z pozycji nie kwestionowanego autorytetu. Wszelkie poczynania przyniosły mu sukcesy i przyczyniały się do powstania legendy wokół jego osoby. Żadne powstania ani niepokoje nie odciągnęły jego uwagi od głównego zadania – umocnienia imperium. Wyruszył na czele wojsk przeciwko Syjamowi (dzisiejsza Tajlandia) i podbiwszy ten kraj w czasie mistrzowsko prowadzonej kampanii zapewnił Kambodży na długi okres pokój. Na jego polecenie wzniesiono wiele nowych budowli, ale rozbudowywano przede wszystkim stolicę, która zyskała jeszcze na wspaniałości. Przede wszystkim zainicjował budowę słynnego Wielkiego Pałacu Królewskiego (który nie przetrwał do dzisiejszych czasów, gdyż budowany był z drewna) z majestatycznymi wieżami górującymi nad wszystkimi innymi budowlami oraz siedzibą królewską. Kiedy umierał budowla jeszcze nie była zakończona, ale teraz stolica była miastem znacznie piękniejszym i bardziej okazałym, niż wtedy gdy do niej wkraczał triumfalnie, by zasiąść na tronie khmerskim.

Jedziemy właśnie do największej świątyni, którą wzniesiono właśnie na polecenie Surjawarmana I, do świątyni Ta Keo – zwanej „Kryształową Wieżą”. Za panowania tego władcy rozpoczęto wznoszenie świątyń z piaskowca. Ta Keo jest zatem pierwszą świątynią zbudowaną na terenie Angkoru właśnie z tego materiału. To niezwykła świątynia. Jak każda z poprzednich jedyna w swoim rodzaju, ale nigdy nie ukończona. Nie wiadomo, dlaczego prace przy budowie świątyni zostały przerwane. Zarzucono budowę tuż przed rozpoczęciem jej ornamentacji, więc nie na tutaj żadnych zdobień. Być może następca Surjawarman’a nie chciał umniejszać religijnych zasług swojego poprzednika przypisując sobie ukończenie tej świątyni, być może po prostu zaczął budować własne świątynie. Nieliczne inskrypcje jakie wyryto na nadprożach dotyczą informacji, że w roku 1007 złożono tutaj świątynne dary.

Ta Keo to wielopoziomowa piramida o całkowitej wysokości 22 metrów. Pierwsze dwie platformy są dosyć szerokie i otoczone prostymi ścianami i galeriami. Wyższe kondygnacje zwężają się ku górze aby na szczycie stać się tak wąskimi, że ledwo można je obejść. Trzeba uważać aby nie spaść na dół. Do tej pory świątynie również wznoszono w kształcie góry ale budowano je na naturalnych lub sztucznie usypanych wzniesieniach, które służyły za ich podstawy. Tutaj wszystko wzniesiono na płaskim terenie i zbudowano od podstaw z kamienia. Systematycznie i „czysto” cięte ogromne głazy układano jeden przy drugim a potem wyżej i wyżej w ten sposób wznosząc każdy z poziomów. Przez to, że nie ma tutaj na ścianach żadnych reliefów i płaskorzeźb ta struktura jest doskonale widoczna. Widać jak ogromna jest podstawa piramidy. Tworzy ona prostokąt o długości 120 metrów i szerokości 100 metrów. Ale to co widać przede wszystkim gdy spojrzy się z tego miejsca w górę to schody. Niebotyczne schody do nieba, chciałoby się powiedzieć.

Wspinaczka po stromych, dość wysokich stopniach na każdy kolejny poziom świątyni wcale nie jest tak prosta i bezpieczna jakby się wydawało. Nie ma tutaj drewnianych pomostów (jak w wielu świątyniach, gdzie są ułatwienia dla turystów), nie ma żadnych lin czy poręczy. Pierwsze kroki stawia się odważnie ale im wyżej tym większość turystów przybiera pozycję „na czworaka”. Tak bezpieczniej bo łatwo zlecieć z wydeptanych i śliskich kamiennych stopni. Pokonanie tych schodów dla wielu staje się niemożliwe. Strach przed upadkiem jest większy i rezygnują pozostając na dole. Na dodatek w palącym słońcu pot po prostu zalewa mi całą twarz. Mam wrażenie, że ktoś stoi nade mną i leje mi ciepłą wodę na głowę. Jeszcze chyba nigdy w życiu, nawet na południu Etiopii nie lał się ze mnie pot ciurkiem!

Ani palące słońce, ani strome i niebezpieczne schody nie przeszkadzają za to miejscowym dzieciom w bieganiu w tę i z powrotem, w górę i w dół. Kontem oka widzę jak mały chłopiec niemal spada na złamanie karku z tych schodów mniej więcej z połowy ich wysokości i nie wiem czy mam go łapać czy pilnować żebym sam nie połamał nóg?! Na szczęście policjant, który chyba pilnuje tutaj porządku szybko łapie chłopca i wcale na niego nie krzyczy, że to nie jest miejsce na zabawy ale bezpiecznie wnosi go na sam szczyt. No to już wiemy jakie zadanie pełni tutejsza policja, pomaga dzieciakom, mam nadzieję, że turystom również :). Dobrze wiedzieć, że w razie czego można poprosić o asystę bo przecież trzeba będzie jeszcze zejść po tych „przeklętych” schodach. Schody są na dodatek bardzo różnej szerokości i wysokości. Trudno złapać rytm, wymierzyć krok bo jedne stopnie są niemal na dziecięcą nogę a następny na nogę olbrzyma.

Jednak warto wspiąć się na samą górę. Może nie dla samych widoków z wysokości 20 metrów ale dla doświadczenia wrażenia wyrastającego niby z nikąd, tuż nad nami na szycie centralnego sanktuarium. Wysokie na14 metrów stoi na najwyższej platformie o powierzchni 44 metrów kwadratowych. Zajmuje niemal całą wolna powierzchnię. Jest niedokończone. Otwarte na cztery strony świata ozdobione jedynie narożnymi wieżyczkami. Mam nadzieję, że wewnątrz będzie trochę chłodniej bo jest cień. Niestety jest jeszcze bardziej gorąco bo kamienne ściany kumulują w sobie ciepło i jest tutaj gorąco jak w piekarniku. Zapach dziesiątek palących się kadzidełek zwala niemal z nóg. W jednym z przedsionków ustawiono posążki Buddy a przy nich modli się jakaś mniszka. W ciszy i skupieniu niemal nie zwraca uwagi na nielicznych tutaj turystów. Chyba poza mną nikogo nie ma wewnątrz. Przystanąłem z boku nie chcąc jej przeszkadzać w modlitwie. Jednak podnosi wzrok i składając ręce wykonuje ukłon w moja stronę. Zmieszany odwdzięczam się tym samym.

Szerokim uśmiechem i gestem otwartej dłoni zaprasza mnie abym usiadł naprzeciwko niej na brudnym jak smoła dywaniku. Lekko się waham ale jestem tak zasapany, że chętnie korzystam z jej zaproszenia.  Mniszka zaczyna jakieś modły, zapala następne kadzidła i macha mi nimi przed nosem co powoduje, że mam wrażenie że zaraz zemdleję od tego silnego zapachu. Po twarzy dosłownie leje mi się pot, ledwo widzę co się dzieje. Mniszka nie mówi po angielsku, więc nie mogę się o nic zapytać. Rozumiem jedynie, że powinienem pomyśleć o czymś ważnym dla mnie a ona się o to pomodli do Buddy. Nie jestem Buddystą ale przecież mi to nie zaszkodzi, więc pomyślałem sobie o….. nie, nie nie napiszę o czym :). Cały ceremoniał trwa może z 10 minut na koniec wręcza mi kolejne kadzidełka i gestem ręki pokazuje, ze mam je podpalić i umieścić koło pozostałych. Czuję się lekko zakłopotany, bo raczej nie lubię brać udziału w żadnych ceremoniałach religijnych, których nie rozumiem. Znacznie lepiej czuję się jako obserwator niż uczestnik. Ale trudno, muszę już zachować twarz do końca. Macham kadzidełkami i nie mogę powstrzymać ataku śmiechu gdy uświadamiam sobie jak surrealistyczna jest dla mnie cała ta scena. Ocierając strugi potu z twarzy macham kadzidełkami na szczycie tysiącletniej świątyni poświęconej hinduskiemu bogowi Shiva w towarzystwie buddyjskiej mniszki a turyści robią mi zdjęcia. Mam nadzieję, że nikt tych zdjęć nie umieścił na swoim Facebooku! Mniszka jednak wybaczyła mi chyba niestosowne zachowanie bo na koniec zawiązuje mi czerwono – pomarańczową nitkę na przegubie prawej dłoni. Tłumaczy, że nie wolno mi jej zerwać bo wówczas modlitwa nie przyniesie skutku. Muszę poczekać aż nitka się przetrze i sama spadnie z ręki, będzie to znak, że modlitwy przyniosą oczekiwany efekt.

Nie wierzę w takie znaki ale posłusznie nitka „dyndała” na moim prawym przegubie prze kilka miesięcy. Jakoś nie chciała się przetrzeć a i mi nie przeszkadzała choć kilka osób pytało mnie, widząc czerwoną nitkę, czy aby przypadkiem nie stałem się wyznawcą kabały? Przetarła się zupełnie niespodziewane w dzień, który jest dla mnie ważny – w moje imieniny a przy okazji w Wigilię Bożego Narodzenia! Przez sekundę pomyślałem, że to jednak jakiś znak. Nie wiem czy owa ważna dla mnie rzecz za którą modliła się do Buddy mniszka, rzeczywiście się spełni ale nabrałem nadziei i ciągle czekam z wiarą tak dużą jak wówczas gdy wspinałem się po tych niebotycznych schodach i powtarzałem sobie dasz radę, nie spadniesz, nie połamiesz nóg, dojdziesz do góry. Wówczas bezpiecznie wszedłem na sam szczyt Ta Keo, więc dlaczego Budda miałby nie posłuchać modlitwy starej mniszki, którą tą samą drogę bezpiecznie pokonuje codziennie?

Ta Keo

  • pierwsza połowa XI wieku
  • Król – Surjawarman I
  • kult – Brahmy (Śiwaizm)

10 komentarzy do “Budyjska mniszka, czerwona nitka i polska Wigilia”

  1. Ładna opowieść na początek Roku…, 🙂 ..niech się spełni !

  2. Gosiu bardzo dziękuję 🙂

  3. Mariusz - marinik :

    Niesamowita przygoda z tą mniszką. Spełni się – na pewno !!!!
    Ja – ateista Ci to mówię.
    :)))
    A fotki z góry światyni wyglądaja jak znad przepaści.

  4. Teraz to już musi się spełnić 🙂

  5. Super historia, a jak się schodziło w dół? Niesamowite zdjęcia, dają duże wyobrażenie o pięknie tego miejsca.

  6. Natala, jak się schodziło? ha, ha tyłem i na czworaka 🙂 To jedyna bezpieczna pozycja. Widok z dołu na wypięte pośladki z całego świata – bezcenny 🙂
    pozdrawiam serdecznie Adam

  7. Ja tak sobie właśnie pomyślałam, ze jakby się człowiek na tych schodach z aparatem usadowił na pare godzin to by uzbierał niezłą kolekcję pozycji na kota, na tygrysa, na pajaka, na meduze…:) Kiedyś czytałam taki opis własnie jaka pozytcję przyjąć aby nie spaść 🙂

  8. Wspaniały blog. Tyle tu starego świata, tyle tajemnic. Rewelacja. Zaczęłam dopiero wędrówkę po stronach 🙂

  9. Zosiu dziękuję za miłe słowa 🙂 Zapraszam zatem na wędrówkę 🙂
    pozdrawiam serdecznie
    Adam

  10. Jedno zdjęcie mnie tutaj przyprowadziło i przyznaję, nie żałuję.
    Świetny, ciekawy, wciągający – kontynuuję podróż, poznając i ucząc się jednocześnie.
    Dziękuję i pozdrawiam 🙂

Skomentuj