Opuszczając Baphuon miałem zamiar poszukać Pałacu Królewskiego. Jednak zamiast do pałacu trafiłem do Preah Palilay. Nasyciwszy się spokojem i samotnością w tej małej świątyni znowu wróciłem na szlak pełen turystów z całego świata. Szeroka aleja wśród wysokich drzew prowadziła prosto do „Niebiańskiego Pałacu”. Choć to nie jest to miejsce gdzie król mieszkał a jedynie „kaplica” królewska to jest z nim związana jedna z najbardziej znanych legend khmerskich. Phimeanakas, bo o nim mowa, to jedyna zachowana do dziś pamiątka po siedzibie monarchów, leżąca na terytorium dawnego Pałacu Królewskiego.

Historia tej świątyni zaczyna się ponad tysiąc lat temu. W X wieku Dżajawarman V dziedziczy tron po swoim ojcu Radżendrawarmanie II, który to król podjął dzieło rozległej rozbudowy państwa i umocnienia jego pozycji w Azji. Po śmierci ojca Dżajawarman V, erudyta, którego rządy przyniosły rozwój kultury i sztuki postanowił utrzymywać pokojowe stosunki z sąsiadami i unikać wojen. Do stolicy ściągnęli tłumnie architekci, poeci, muzykanci i tancerki. Kobiety się wyemancypowały, kilka zasiadało nawet w ówczesnej radzie królewskiej. Dżajawarman V panował trzydzieści lat a królestwo kwitło. Mimo, że był zwolennikiem pokoju i prowadził politykę pacyfistyczną, królewscy propagandziści kreowali go na wojownika, co zapewne zdumiewało dworzan, ale w sercach wysłanników innych krajów zasiewało grozę.

Jedna z inskrypcji głosi: „Kiedy wyrusza do boju, ziemia i góry drżą ze strachu przed jego wojskami, tak jak morze miotane burzą… groza przejmuje wrogów. Gdy rozgniewany zaryczy jak lew, nieprzyjacielscy królowie szukają schronienia w ostępach leśnych”. Niewątpliwe propagandę król miał dobrą ale zdecydowanie sam pragnął pokoju i spokoju, lubił otaczać się artystami i muzykantami i patrzeć, jak powstaje przepiękna świątynia Phimeanakas, która po latach od swojego wybudowania weszła w skład nowej stolicy  Angkor Thom a mówiąc ściślej w skład wielkiej rezydencji królewskiej króla Dżajawarmana VII, który kazał ją odnowić.

To właśnie Phimeanakas jest ową Złotą Wieżą opisywaną przez Czou Ta-kuana, gdzie według legendy w nocy królewski wąż naga przeistaczał się w piękną kobietę. W cudownym pałacu na wierzchołku wieży znajdowała się sypialnia króla, do której nawet królewskie faworyty nie odważyły się wejść.  W tej samej wieży mieszkał duch pod postacią dobroczynnej kobry – naga. Każdej nocy wąż przeistaczał się w piękną kobietę i król był zobowiązany spełnić jej seksualne żądania. Dopiero potem mógł się oddalić, by resztę nocy spędzić z żonami lub konkubinami. Gdyby duch się nie pojawił, chociażby tylko jednej nocy, oznaczałoby to dla władcy wyrok śmierci. Ale, też gdyby chociaż raz król nie stawił się na spotkanie, jego kraj dotknęłoby nieszczęście. Król miął pięć żon, jedną we właściwych apartamentach prywatnych, a pozostałe w pomieszczeniach na każdej z czterech stron świata. Liczba konkubin i dziewcząt pałacowych sięgała od trzech do pięciu tysięcy, podzielone one były na wiele klas, ale rzadko opuszczały one swoje pałacowe komnaty. „Biedny” król, musiał mieć niesamowitą kondycję w czasach bez viagry.

Większość Kambodżan nie traktuje tej legendy zbyt serio, mimo, że uwielbiają wszystkie niesamowite opowieści. Ci, co wiedzą coś niecoś o ruinach Angkoru, zwracają uwagę na to, że Phimeanakas nie mógł być pałacem królewskim, jako że pałace, choć bogato zdobione, były drewniane i tylko świątynie wznoszono z kamienia. Król z pewnością przebywał tutaj ze swoją świtą, ale w celach religijnych. W związku z legendami warto pamiętać, że wielu Khmerów czciło duchy lub bogów rzek, lasów i pól. Jeszcze dziś w Kambodży znajdziemy bardzo wielu animistów i powszechną wiarę w świat duchów. Niech nas nie zdziwi zatem oddawanie czci Buddzie i przy okazji jakiemuś własnemu duchowi.

Świątynia Phimeanakas ma 12 metrów wysokości i składa się z trzech kondygnacji z laterytu. Najwyższą kondygnację otoczono z czterech stron galeriami o sklepieniach z piaskowca. Jest to jedna z pierwszych świątyń wzniesiona w kształcie góry całkowicie z kamienia. W czasach Surjawarmana (następcy Dżajawarmana VII) musiała to być piękna budowla, o wysokich tarasach i zdobionych reliefami galeriach. Do dzisiaj na tarasach przetrwały upływ czasu rzeźby siedzących lwów oraz małych słoni ustawionych na kamiennych cokołach. Zbudowano ją w centrum malowniczego parku. W pobliżu świątyni król zlokalizował własną siedzibę. Oficjalna rezydencja znajdowała się od frontu, budynki administracyjne i mieszkalne z tyłu, ogrody a licznymi pawilonami otoczone były laterytowym murem i szeroką fosą. Mieszkały tutaj kiedyś jego żony, konkubiny i dzieci. Z jednej z inskrypcji dowiadujemy się, że poprzedni władca uczył księżniczki tańca. Były tutaj szkoły  taneczne i muzyczne. Wokół Phimeanakas toczyło się życie barwne, ożywione i bardzo urozmaicone. Małżonki i konkubiny królewskie nie mogły się uskarżać na brak rozrywek, sławny monarcha bowiem przed własną siedzibą zlokalizował rzeczywiście imponujący Wielki Pałac. Późniejsi królowie uzupełnili go rozmaitymi budynkami, dodali tarasy, powstały szerokie aleje ocienione drzewami jednak dzisiaj bramy wejściowe i mury to ruiny. Zasypane na pół ziemią, rozrzucone na terenie dawnej siedziby królewskiej kamienie świadczą o ogromie tej budowli i śmiałym układzie budynków świątynnych – gdzieś w końcu musiały mieszkać te tysiące kobiet!

Po drewnianym królewskim pałacu oczywiście nie ma już dzisiaj nawet śladu. Setki lat mogły przetrwać tylko kamienne budowle. Jednak dzięki kronice Czou Ta-kuana wiemy jak wyglądała siedziba władcy. Płac królewski, budynki urzędów i domy warstwy rządzącej były zwrócone ku wschodowi. Pałac znajdował się na północ od złotej wieży (Phimeanakas) i złotego mostu i składał się z budynków licowanych żółtymi porcelanowymi płytkami o dachach krytym żółtymi glazurowanymi dachówkami. Rezydencje arystokracji miały dachówki ołowiane. Dachówki zastrzeżone były dla warstw wyższych; rozmiary i okazałość rezydencji określały szczebel, jaki w hierarchii arystokratycznej zajmują mieszkańcy. Biedni musieli zadowolić się strzechami.

W pałacu królewskim było wiele przestronnych werand i krytych dachem galerii. Czou Ta-kuan opisuje go w sposób liryczny i zauważa z żalem, iż tak wiele pięknych rzeczy ukryto przed okiem zwykłego śmiertelnika. „Mówiono mi, że w pałacu znajduje się mnóstwo wspaniałych zakątków. Pałac jednak jest tak pilnie strzeżony, że nie można dostać się do środka”. Mimo to opisał audiencje w pałacu, podczas których król zasiadał przed złoconym oknem na tarasie, gdzie czterdzieści czy pięćdziesiąt zwierciadeł umieszczono na słupach. Kiedy zbliżała się pora nadejścia władcy, rozlegała się muzyka i natychmiast zaczynano dąć w konchy (muszle). Dwie damy dworu zbliżały się do okna w złoconych ramach, rozsuwały zasłonę i ukazywał się król z mieczem w dłoni. Dopiero po umilknięciu konch ministrowie mieli prawo podnieść pochylone głowy. Jeżeli władca zezwolił, mogli się przybliżyć i usiąść.

Szkoda, że pałacu dzisiaj już nie ma. Nie ma żółtych domów, sztucznych jezior, złotego mostu i złotej wieży. Dzisiaj można usiąść na omszałym kamieniu i spojrzeć tylko w głąb swojej wyobraźni. Szeroką aleją nie idzie wystrojona arystokracja ani orszak królewski ale tłumy turystów. Jednak muzyka gra tutaj nadal. W cieniu drzew (może tych samych od wieków) na lichych matach siedzą miejscowi grajkowie i niezwykłym brzmieniem swoich instrumentów próbują wskrzesić choć odrobinę atmosferę tamtych czasów gdy było tutaj pięknie i wesoło. Zostawiony im pieniążek nie jest już ofiarą dla bogów ale datkiem na ich przeżycie.

 

 

Skomentuj