Kambodża jest jednym z tych krajów na świecie gdzie turystów z roku na rok pojawia się coraz więcej. Znajduje się w światowe dwudziestce krajów, gdzie ten dział gospodarki notuje od lat najwyższy wzrost. Przemysł turystyczny jest jednym z czterech głównych filarów wspierających kambodżańską gospodarkę. Pozostałe to przemysł odzieżowy, rolnictwo i nieruchomości. Jacek Pałkiewicz w swojej książce „Angkor” pisze: „Statystyki zagranicznego ruchu przyjazdowego mówią, że w 1986 roku zanotowano w pradawnej stolicy Khmerów obecność 560 osób, 13 lat później już 60 tysięcy, a w 2002 roku – 280 tysięcy, a rok później liczba wzrosła do 400 tysięcy. W 2006 roku było około miliona obcokrajowców”.

Kambodżański departament turystyki podaje (licząc jedynie kupujących bilety wstępu do Angkoru), że z roku na rok liczba turystów rośnie. Dwa lata po 2003 roku, statystyki pokazują, prawie 100% wzrost odwiedzających. Chiński serwis English.news.cn podaje, że tylko w pierwszym kwartale 2012 roku liczba zagranicznych turystów odwiedzających Angkor wyniosła 639 800 osób. Najwięcej przyjechało tutaj Koreańczyków, Wietnamczyków i Chińczyków. W 2011 roku świątynie przyciągnęły milion sześćset tysięcy zagranicznych turystów (wzrost do poprzedniego roku o 23 procent).

Turystyka rozkłada się głównie na dwa sezony: wysoki i niski. Niski sezon trwa siedem miesięcy (od kwietnia do października) podczas gdy wysoki sezon trwa od listopada a kończy się w marcu. Ten podział odzwierciedla jedynie ruch turystyki międzynarodowej (oczywiście w sezonie wysokim – czyli suchym jest najwięcej turystów).  Podczas Khmerskiego Nowego Roku (wypada w połowie kwietnia, czyli w porze deszczowej – niski sezon) liczba lokalnych turystów dochodzi nawet do 250 tysięcy. Gdy zatem policzymy oficjalne statystyki plus pielgrzymów buddyjskich i lokalnych turystów liczba odwiedzających co roku Angkor sięga 2 milionów osób !!! To ogromny tłok (wszystkim ciekawskim ilu w tych liczbach jest Polaków polecam stronę Ministerstwa Turystyki gdzie publikowane są statystyki z podziałem na przyjeżdżających z poszczególnych krajów – ciekawa lektura).

Niestety ze względu na tak olbrzymią popularność tego miejsca nie da się tutaj zwiedzać w samotności i względnym spokoju. To chyba przeszkadzało mi najbardziej. Ciągle ktoś wchodził w kadr, ciągle ktoś się rozpychał w wąskich korytarzach, ciągle ktoś krzyczał, wołał, śmiał się w głos. Zwłaszcza niewłaściwe zachowanie wielu turystów, którzy nie robili sobie absolutnie nic z faktu, że przecież są to świątynie (a często cmentarze) powodowało moją frustrację. Ogromny lunapark, wesołe miasteczko, park rozrywki chyba niestety w tą stronę idzie Angkor – szkoda. Znalezienie chwili spokoju na jakąś zadumę graniczyło z cudem a ja niestety tak mam, że zawsze w pewnym momencie wakacji potrzebuję chwili samotności. Gdziekolwiek jadę na wakacje zawsze robię sobie „dzień dobroci dla siebie”. Potrzebuję jednego dnia, gdy mogę pobyć sam ze sobą i zostawiam wówczas znajomych z którymi najczęściej razem wyjeżdżam i idę gdzieś przed siebie, unikam towarzystwa, ludzi i całego zgiełku wakacji. Lubię samotność. Tutaj w Angkorze na taki luksus nie mogłem liczyć ale postanowiłem choć przez chwilę zostawić za sobą tych wszytki ludzi z aparatami, przewodnikami i spróbować „odłączyć” się od rzeczywistości choć na godzinę. Samotność w Angkorze? Wydaje się nierealne!

Gdy ostrożnie zszedłem stromymi schodami z najwyższej wieży Baphuon’u poszedłem w przeciwnym kierunku do tego gdzie podążył tłum turystów. Wąską ścieżką wszedłem do lasu i po kilku krokach zostawiłem za sobą cały ten gwar i byłem sam. Nie miałem pojęcia dokąd idę, gdzie zaprowadzi mnie ta ścieżka w dżungli ale to nie miało wówczas żadnego znaczenia. Wreszcie cisza i tylko odgłosy łamiących się gałązek pod moimi nogami przerywane „śpiewem kambodżańskich świerszczy”, których żyje tutaj chyba miliony! Dzisiaj taki spacer po dżungli ot tak przed siebie, gdzie oczy poniosą jest bezpieczny ale nie zawsze tutaj tak było.

W czasach Czerwonych Khmerów cały wielki teren Angkoru był zaminowany (jak zresztą niemal większość terytorium Kambodży). Do końca lat 80. ubiegłego wieku wchodzenie tutaj było pewnym kalectwem a bardzo często i śmiercią. Do dzisiaj spotkać można tutaj wielu ludzi, którym miny pourywały nogi, ręce, oślepiły i okaleczyły ich na całe życie. Umęczony kraj należał do najbardziej zaminowanych na świecie. Liczbę min pozostawionych przez Czerwonych Khmerów szacuje się na 4 – 6 milionów sztuk! Jeszcze na początku lat 90., poruszając się mniej znanymi ścieżkami po terytorium monumentalnego kompleksu, można było natknąć się na ostrzeżenia o minach. Dzisiaj czerwone tabliczki ostrzegające przed niebezpieczeństwem śmierci Danger! Mines! już zniknęły. Poruszanie się nawet poza szlakami po terenie Angkoru (tej części, gdzie znajdują się najbardziej znane świątynie) jest bezpieczne. Choć idąc tak przed siebie pomyślałem, że nie chciałbym spotkać się oko w oko z jakąś „zapomnianą niespodzianką”. Ciągle taki spacer gdzieś w odległych rejonach Kambodży może grozić kalectwem lub śmiercią. Tutaj na szczęście ta moja myśl bardziej dotyczyła tych wszystkich, którzy zginęli w tych lasach gdy życie po woli wracało do Angkoru.

Przeszedłem kilkaset metrów i dostrzegłem pomiędzy drzewami na wpół rozwalający się mur i piękną bramę (gopurę). Skoro jest brama to już wiedziałem, że musi prowadzić do jakiejś świątyni (tak jest zawsze). Bojąc się, że w końcu zabłądzę w tym lesie postanowiłem, że dojdę to tej świątyni i pewnie tak wrócę na szlak, między ludzi i zorientuję się gdzie jestem, bo jednak obszar Angkor Thom jest ogromny i łatwo tutaj zabłądzić. Przeszedłem bramą podobną do tych, które prowadziły do innych świątyń, choć ta była zdecydowanie mniejsza i stanąłem jak wryty.

Przede mną znajdowała się niewielka świątynia wznosząca się na usypanym wzgórzu. Niewielka stała samotna wprost przed mną. Nie było tutaj nikogo! Trzy wycięte drzewa, sterczące tylko pozostawione pnie olbrzymich drzew wyglądały jak „trzej muszkieterowie”, którzy strzegą spokoju tego miejsca. Nie mogłem wprost uwierzyć, że poza mną nie ma tutaj żywej duszy. Absolutnie nie spodziewałem się, że tak blisko głównych świątyń można znaleźć taką perełkę jakby zapomnianą i samotną. Wreszcie poczułem, że to jest właśnie ten moment o którym marzyłem. Znalazłem „swój Angkor”, świątynię gdzie mogę być zupełnie sam, gdzie nikt nie będzie mnie popychał, popędzał, gdzie nikt nie będzie piskliwym głosem wołał męża, czy przez megafon nawoływał Koreańczyków do autobusu. Absolutny spokój i samotność.

Usiadłem na jakimś kamieniu i przez dłuższą chwilę po prostu siedziałem. Była to dla mnie najbardziej magiczna chwila jaką przeżyłem w Angkorze. Choć świątynia Preah Palilay (bo właśnie tutaj trafiłem) jest mała i nie zachwyca swoją architekturą jak pozostałe, to niesamowicie wygląda sceneria wokół tego miejsca. To jest również jedno z tych miejsc, gdzie widać jak żarłoczna jest natura. Olbrzymie drzewa kapokowe (inaczej zwane puchowcami), deszcze, porosty, drobnoustroje bardzo mocno zniszczyły tę świątynię. Aby ją ratować ścięto trzy największe drzewa, które wyrosły na skarpie gdzie wznosi się wysoki świątynny „komin”. Korzenie tych drzew zapewne zapewniają stabilność podłoża i choć roślinność przyczyniła się do upadku świątyni to także podtrzymuje ją ciągle przy życiu. Niesamowita nierozerwalna symbioza. Przeleciało mi myśl przez głowę, szkoda że ścięto te drzewa byłoby tutaj jeszcze piękniej, ale chyba tylko dzięki temu można było uratować Preah Palilay.

Dostałem się tutaj wschodnią bramą (gopurą), która została odbudowana w 1937 roku przez Maurice’a Glaize. Wcześniej niestety wszystko było tylko stertą kamieni. Dzięki temu, że dokonano jej rekonstrukcji mogłem ją dostrzec i trafić w to miejsce. W reliefach umieszczonych na bramie widnieją buddyjskie sceny, co sugeruje, że mamy do czynienia ze świątynią poświęconą Buddzie. Widać, na wschodniej stronie północnego skrzydła „ofiarę zwierząt w lesie” (słonie, małpy, pawie). Na zachodzie jest widoczna postać Buddy otrzymującego „ofiary z Sujata”, a na ścianie szczytowej, „uspokojenie rozwścieczonego słonia Nalagiri”. Wszystkie te sceny można odnaleźć w mitologii buddyjskiej. Jest legenda, która mówi, że Preah Palilay zawdzięcza swoją nazwę pewnemu wydarzeniu z życia Buddy. „Parilyyaka” to nazwa cudownego lasu, gdzie Budda schronił się po opuszczeniu Kosambi. Jednak nie brakuje tutaj również (jak zwykle w Angkorze) elementów hinduistycznych. To przemieszanie religii przysporzyło nieco trudu w ustaleniu daty powstania tej świątyni. Powszechnie przypisuje się jej powstanie Dżajawarmanowi VII (ze względu na charakterystyczny styl Bayonu, w jakim ją wybudowano). Często jednak mówi się o tym, że świątynia powstawała w różnych okresach. Główne sanktuarium wybudowano w pierwszej połowie 12 wieku, podczas gdy gopurę na przełomie 13/14 wieku. Odnowienie i rekonstrukcję tej świątyni zawdzięczamy Henri’emu Marchal’owi, który pracował tutaj w latach 1918 – 19.

Centralne sanktuarium jest na tyle w dobrym stanie, że wchodzę do środka. Jest ciemno i wilgotno i troszkę mam obawy, że zaraz jakiś kamień spadnie mi na głowę i zostanę w tej świątyni już na zawsze. Jednak poczucie, że jestem tutaj zupełnie sam zamiast mnie powstrzymywać dodawało mi skrzydeł. Wspiąłem się na szczyt wzniesienia do samej podstawy wieży z piaskowca. Uszkodzona, rozsypująca się bardziej przypomina komin niż zdobną wieżę świątynną. Do wnętrza wieży prowadzą schody z czterech stron świata ale nie miałem już odwagi iść wyżej (zresztą wewnątrz jest zasypana gruzem). Usiadłem na szczycie wzniesienia i pomyślałem, że jednak cuda się zdążają. Można i w Angkorze spędzić samotnie chwile pełne zadumy wśród murów starożytnej świątyni. Siedziałbym tak pewnie w nieskończoność bo znalazłem w Angkorze to czego szukałem. Jednak nic nie może trwać wiecznie nawet takie chwile szczęścia. Musiałem ruszać dalej. Z żalem opuszczałem to miejsce.

Wyruszając w dół ukośnej ścieżki doszedłem do Tep Pranam małej kapliczki z olbrzymim posągiem siedzącego Buddy (posąg ma 3 metry wysokości, znaleziono go w 1934 roku). Budda przez długi czas nie miał głowy (pewnie ją skradziono) ale obecnie uzupełniono ubytek. Niedaleko od tego miejsca znajduje się klasztor buddyjski dlatego często można spotkać tutaj mnichów, którzy odbywają w tym miejscu modły. Gdybym do świątyni trafił od strony północno – zachodniej, czyli wszedł do niej głównym wejściem musiałbym przejść wspaniale zachowanym tarasem prowadzącym do Preah Palilay. Taras w kształcie krzyża ma około 30 metrów długości i osiem metrów szerokości. Strzegą go oryginalne rzeźby dwóch lwów i oczywiście balustrada dziewięciogłowych węży naga.

Zatrzymuję się na chwilę przy kapliczce Tep Pranam i obserwuję niezwykła scenę w pobliskim domu. Na schodach przed domem siedzi trójka młodych ludzi. Nad nimi stoi buddyjski mnich i odprawia jakieś nieznane mi rytuały. Młodzi ludzie są bardzo skupieni i nie zwracają na mnie uwagi nawet gdy podchodzę bliżej (choć staram się „podglądać” scenę bardzo dyskretnie). Na koniec mnich w szafranowych szatach oblewa ich kilka razy wodą a resztkami wody z wiaderka oblewa również stojący pod domem samochód. To pewnie rodzaj jakiegoś błogosławieństwa, oczyszczenia. Ta cena uświadomiła mi, że tutaj gdzie ja przyjechałem podziwiać tysiącletnie zabytki ciągle mieszkają normalni ludzie. Potomkowie tamtych wielkich Khmerów. Na co dzień mają te wszystkie ślady własnej historii pod nosem i pewnie dla nich, to co mnie tak bardzo ekscytuje jest zwykłą codziennością. Zazdrościłem im tego. Spojrzałem na tych młodych ludzi z myślą, że chętnie bym się tutaj zatrzymał i zapytał o wydarzenie, którego byłem świadkiem ale musiałem „pędzić” dalej, bo i tak byłem już spóźniony. Czas uciekał a ochotę na zwiedzanie miałem z dnia na dzień coraz większą. Nabrałem nowej energii dzięki tym kilku chwilom samotności. Zmęczenie tych liku dni upału i zwiedzania minęło jak ręką odjąć.

Ostatniego dnia mojego pobytu w Angkorze poprosiłem swojego kierowcę Sra Pon’a (mimo napiętego planu) aby zawiózł mnie jeszcze raz do Preah Palilay, czyli „mojej świątyni trzech muszkieterów” (tak nazwałem to miejsce ze względu na te trzy ścięte drzewa). Znowu nikogo tutaj nie było, znowu mogłem w ciszy i samotności spojrzeć na wysoką wieżę i się zadumać, rozmarzyć. Choć wiele jest piękniejszych świątyń, to ja właśnie w tym miejscu przeżyłem najwspanialsze chwilę podczas całej tej azjatyckiej podróży. Mimo trzech tygodni, trzech różnych krajów, wspaniałości nowoczesnego Singapuru a potem jeszcze niezwykłych wrażeń, których doświadczyłem w Delcie Mekongu, to właśnie te samotne godziny przy tej małej świątyni zapamiętałem najbardziej. To był mój własny Angkor. To była magia…

 

Preah Palilay

  • cenralne sanktuarium pierwsza połowa XII wieku, gopura przełom XII/XII wieku
  • Król – Dżajawarman VII
  • kult – Buddy

 

2 komentarze do “Mój własny Angkor”

  1. WYobrażasz sobie Adam jaką przygodą musiało być podróżowanie po Kambodży w latach osiemdziesiątych?..:)

    Wesołych Swiąt Adam dła Ciebie i rodziny:)

  2. Och Moniko, gdyby można było znaleźć się w Angkorze te kilkadziesiąt lat temu to byłoby to jak gwiazdka z nieba 🙂 Niestety, wszytko się zmienia. Choć dzięki tym zmianom właśnie możemy my, zwykli ludzie odwiedzać takie miejsca. Nie ma co marudzić 🙂 Jednak obiecałem sobie, że jak wrócę do Angkoru to „zrobię” taki poza szlakiem. Jest tam jeszcze wiele zakamarków, gdzie możńa poczuć się jak odkrywca 🙂

    Dziękuję za życzenia i również życzę Miłości, Spokoju, i wiele, wiele Radości 🙂

Skomentuj