Na przedłużeniu Tarasu Słoni znajduje się pochodzący z XII wieku, wysoki na siedem metrów Taras Trędowatego Króla. Oba tarasy stanowią najbardziej fascynujące „wodowisko” w kamieniu na tym placu. Nazwa tego tarasu wywodzi się od znajdującego się na szczycie okaleczonego posągu króla (prawdopodobnie Jaśowarmana, wielkiego twórcy Angkoru). Posąg ten to jednak replika oryginalnego, który kiedyś stał w tym miejscu. Poza tym do dzisiaj nie ustalono kim tak naprawdę był owy tajemniczy Trędowaty Król.

Posąg ma rzekomo przedstawiać władcę dotkniętego trądem, jednak znawcy historii i sztuki khmerskiej twierdzą, że nie ma on znamion tej choroby, a przecież rzeźbiarze tak dbali o szczegóły byliby z pewnością uwiecznili deformacje w wyglądzie postaci. W każdym razie pomnik tego króla ma unikalny charakter, nie przypomina bowiem posągów innych władców czy dygnitarzy khmerskich. Jest to posąg mężczyzny, naturalnej wielkości, pozbawionego genitaliów, siedzącego na kamiennej płycie z uniesionym prawym kolanem, na którym opiera prawy łokieć, lewa ręka odwrócona dłonią w dół spoczywa na drugiej nodze. Według innej wersji pomnik przedstawia założyciela Angkor Thom – króla Dżajawarmana VII, który miał chorować właśnie na trąd. Choroba ta rozbudziła w królu współczucie dla cierpienia innych i w efekcie przyczyniła się do realizacji zdumiewających planów budowy szpitali i systemu świadczeń socjalnych, które rzeczywiście funkcjonowały w królestwie za jego rządów.

Jak to zwykle bywa w Kambodży, ludzie odwołują się do legend, szukając w nich wyjaśnienia rzeczy nie notowanych przez historię albo pomijanych przez nią milczeniem. Następująca legenda jest być może bardziej prawdopodobna. Trędowatym Królem był pewien władca khmerski, który w popłochu opuścił stolicę umykając przed dwoma spiskującymi przeciwko niemu dowódcami wojskowymi – Wajonską i Thonnitem – zamierzającymi pozbawić go życia. Spiskowcy poróżnili się między sobą. Tymczasem król spotkał w dżungli świętego męża, a ten przepowiedział, że pokona obu buntowników, ale zwycięstwo przyniesie mu nieczystość. Nie powinien jednak poddać się rozpaczy, w nieczystości tej znajdzie bowiem bezcenne klejnoty. Władca, przebrawszy się za wojownika, udał się do Wajonski i pod jego dowództwem wyruszył do boju z Thonnitem, zabił go, następnie rozprawił się z drugim buntownikiem – Wajonską. Wtedy dopiero ujawnił, kim jest, i na czele wojsk triumfalnie ruszył z powrotem do stolicy. Do miasta wjechał przez Północną Bramę. Mieszkańcy zgotowali mu gorące przyjęcie, był bowiem władcą ogólnie lubianym. Wówczas właśnie zdarzyło się nieszczęście.

Przed konia, na którym jechał król wyskoczyła nagle jakaś niewiasta. Wierzchowiec się przestraszył, stanął dęba, zrzucając króla na ziemię. Kobieta objęła i ucałowała młodego władcę. Rozentuzjazmowani widzowie zamarli z przerażenia, po czym rzucili się do ucieczki. W mgnieniu oka opustoszała triumfalna aleja. Nawet straż przyboczna porzuciła króla. Wszyscy bowiem wiedzieli, że to trędowata. Zwyczajny człowiek mógł być dotknięty tą chorobą, ale nie król! Wkrótce go zdetronizowano i zamknięto w celi więziennej, tu gdzie obecnie znajduje się taras. Wszystko skończyło się stosunkowo szczęśliwie – wierne małżonki wykopały tunel, którym dotarły swego pana i towarzyszyły mu aż do śmierci. I tak oto miłość i wierność okazały się bezcennymi klejnotami obiecanymi władcy przez świętego męża.

Znowu odniosę się do kroniki Czau Ta-kuana który w swoich kronikach pisał wiele o chorobach, z trądem włącznie. trudno jednoznacznie zgodzić się na wysuwane przez niego przyczyny chorób trapiących ludzi. Wywoływały je, jego zdaniem, głównie zbyt częste kąpiele i mycie głowy. Wśród Khmerów wielu było trędowatych, ale nikt nie oponował przeciwko jedzeniu czy spaniu wraz z nimi. Khmerowie mieli nawet Trędowatego Króla, którego ludzie bynajmniej nie unikali z powodu jego straszliwej choroby. Czou Ta-kuan zamyka swoje uwagi na temat ważkim stwierdzeniem, a można sobie wyobrazić, iż napisał je po dokładnym rozważeniu i z odpowiednią powagą: „Według mojej skromnej opinii człowiek nabawia się tej choroby przez nadużywanie uciech płciowych i kąpieli”. W kontekście powyższych uwag kronikarza, który był naocznym świadkiem życia w Angkoże wydaje się, że legenda w którą tak wierzą Khmerowie raczej nie ma szans się obronić. Skoro nikt nie bał się trędowatych to dlaczego króla uwięziono?

Kambodżanie jednak uważają, że skoro historycy nie potrafią ustalić, kim był Trędowaty Król, można równie dobrze przyjąć to, co mówi legenda, tym bardziej że to opowieść piękna i tak romantyczna. Przebywając w murach gdzie większość opowieści przewija się wokół bitew, walki o tron i śmierci ta historia o miłości dodaje Angkorowi nieco jaśniejszych kolorów. Ten romantyczny Angkor spotyka się tutaj rzadko, dlatego tym bardziej warto odwiedzić Taras Trędowatego Króla.

Skomentuj