W obrębie murów starej stolicy znajduje się mnóstwo zabytków. Nie sposób zwiedzić przy trzy dniowym pobycie wszystkiego. Opuściwszy Baphuon stanąłem na olbrzymim placu przy którym kiedyś pysznił się swoim pięknem pałac królewski a widoczne z tego miejsca wizerunki króla umieszczone na wieżach Bayonu każdemu przypominały o potędze tego królestwa. Kiedyś był to najbardziej ruchliwy i najbardziej malowniczy plac w stolicy. Rozległa, otwarta przestrzeń także dzisiaj tętni życiem. Co prawda zupełnie innym niż przed wiekami ale nadal są tutaj tłumy ludzi, choć nikt nie może już dzisiaj wziąć udziału w królewskiej audiencji. Zazwyczaj turyści tutaj przysiadają w cieniu aby chwilę odpocząć i nacieszyć oczy tą niezwykła otwartą przestrzenią otoczoną niezwykłym murem a kierowcy tuk tuków odpoczywają w swoich pojazdach na parkingu pod starymi drzewami.

Olbrzymi mur biegnący przez środek Angkor Thom pełnił funkcję trybuny podczas audiencji udzielanych przez króla. U jego stóp odbywały się tryumfalne defilady wojskowe i barwne widowiska. Słynny Taras Słoni nadal jeszcze istnieje – mur o długości przeszło ośmiuset metrów, a na nim olbrzymi relief (cała płaskorzeźba mierzy 365 metrów) przedstawiający te potężne zwierzęta idące w orszaku lub w czasie łowów w dżungli. Centralna część tarasu znajduje się naprzeciw wschodniej bramy pałacu królewskiego na osi Bramy Zwycięstwa i Phimeanakas. Ozdobiona jest wielkimi garudami o uniesionych w górę skrzydłach. Garudy przekształciły się tutaj w kariatydy, podtrzymujące zgodnie z wierzeniami pawilon królewski długości niemal dwustu metrów umieszczony na środku tarasu.

Znowu dzięki niezwykłym kronikom Czou Ta-kuan’a, wysłannika chińskiego cesarza do Kambodży możemy się dowiedzieć jak wyglądała jedna z takich barwnych procesji odbywająca się na tym olbrzymim placu. Takie procesje urządzano często. Dostarczały one wspaniałego i niezwykle barwnego widowiska. „ Na czele jechali jeźdźcy, za nimi niesiono setki sztandarów i proporców. Następnie szły orkiestry. Za nimi szło od trzystu do pięciuset dziewcząt pałacowych, ubranych we wzorzyste szaty z kwiatami we włosach i z długimi świecami w rękach, świece te były zapalone nawet w dzień. Potem szła następna grupa dziewcząt z pałacu, niosąc królewskie utensylia ze złota i srebra oraz masę rozmaitych ozdób, których zastosowanie nie jest mi znane. Za nimi kroczył oddział gwardii królewskiej złożony z dziewcząt pałacowych wyposażonych w tarcze i włócznie”.

Imponujące wrażenie sprawiał sznur wozów ozdobionych złotem, zaprzężonych w kozły i w konie. Następnie nadjeżdżali szlachetnie urodzeni – liczni książęta, ministrowie i dworzanie. Wyglądali niezwykle malowniczo, jechali bowiem na słoniach, pod czerwonymi parasolami. Za nimi jechały małżonki i konkubiny królewskie również na grzbietach słoni. Wszystkie były pod parasolami, bogato zdobionymi złotem. Najwyżsi dygnitarze używają baldachimu ze złotym drążkiem i czterech parasoli ze złotymi rękojeściami, ci którzy stoją w hierarchii społecznej nieco niżej, posiadają baldachim ze złotym drążkiem oraz jeden parasol ze złotą rękojeścią. Za nimi idą ci, którzy mają tylko jeden parasol ze srebrną rękojeścią.

Kiedy orszak żon i konkubin zbliżał się ku końcowi, widzów ogarniało podniecenie, ponieważ wiedzieli, że zaraz pojawi się król. Jechał na słoniu o złoconych kłach, stojąc pod czerwono – złotym baldachimem, trzymając w ręku cenny miecz. Władca zazwyczaj miał na głowie złoty dziadem, na szyi sznur pereł, na rękach i nogach złote bransolety wysadzane „kocimi oczami”, na palcach mnóstwo pierścieni. Widzom nie wolno było patrzeć na króla. Musieli paść na twarz i dotykać czołem ziemi dopóty, dopóki władca ich nie minął.

Straż królewska składała się z oddziałów jeźdźców i piechurów niosących wysokie białe parasole. Wbrew przekonaniu o własnej boskości król-bóg troszczył się osobiście o swoje bezpieczeństwo, mimo że zapewniano go o jego wszechmocy, nieśmiertelności i czujności strażników. Czou Ta-kuan pisze: „Miał na sobie tak znakomitą zbroję, iż nie zdołałby jej przebić żaden nóż ani strzała”. Widział króla kilkukrotnie w czasie uroczystych przejazdów przez miasto w ciągu roku, jaki spędził w Angkorze i zauważył również, że straż przyboczna była świetnie uzbrojona. Jeżeli jednak władca udawał się do miejsca niezbyt oddalonego od pałacu, używał wówczas złotego palankinu (dawny środek transportu w formie krytego krzesła lub lektyki) niesionego przez cztery dziewczęta pałacowe.

Władca bóg z diademem na czole zasiadał na wysokim tarasie w cieniu parasoli odbierając defilady wojskowe. Króla otaczała świta duchownych, dygnitarzy i dyplomatów. W ich towarzystwie władca oglądał oddziały piechoty i kawalerii zmierzające w stronę centralnego placu. W złotym okresie królewska kawaleria składała się z 200 tysięcy słoni, stanowiących chlubę armii, a także z dużej liczby koni, wołów i wozów. Często rezultaty bitwy zależały właśnie od liczby słoni, które brały w niej udział. Żołnierze byli uzbrojeni w kopie, miecze, łuki i strzały. Jedynie król i najwyżsi dostojnicy przywdziewali hełmy i kolczugi. Oprócz armii lądowej istniała również flotylla łodzi. Każda łódź mierzyła 30 metrów długości i miała 42 wiosła.

To wszystko wyryte jest w kamieniu. Wiele scen wiernie oddaje zwyczaje panujące na dworze. Przedstawia bitwy, defilady i sceny zabawy. To wielka kamienna księga. Ja swoją uwagę skupiam oczywiście na przepięknie wyrzeźbionych słoniach i garudach ale warto poświęcić więcej czasu aby dokładnie obejrzeć całość reliefów umieszczonych w tym miejscu. Poza płaskorzeźbami umieszczonymi w samym Angkor Wat te tutaj są chyba najpiękniejszymi jakie można obejrzeć na terenie całego Angkoru. Kolejne miejsce gdzie poczułem, że mam za mało czasu aby nacieszyć się pobytem tutaj. W Angkorze zawsze czasu jest zbyt mało…

Skomentuj