Gdy kilka lat temu w okolicach Bangkoku oglądałem jak tajscy mistrzowie dłuta „wyczarowują” niesamowite płaskorzeźby w drewnie nie spodziewałem się, że równie piękne rzeczy można stworzyć z kamienia. Mało tego, nie zdawałem sobie sprawy, że kamień może dawać złudzenie drewna. Czerwony piaskowiec, z którego zbudowana jest świątynia Banteay Srey daje właśnie złudzenie miękkiego materiału niczym drewno. Misterne wzory pokrywają nie tylko portyki wejściowe czy kolumny ale całe ściany. Dopiero gdy dotkniemy ściany czujemy, że to kamień. Niezwykłe zderzenie naszych zmysłów. Oczy podpowiadają, że dekoracje są z drewna a dotyk sprawia, że czujemy twardość kamienia. Czuję się oszukany ale jakże w piękny sposób.

Już brama wejściowa do świątyni nico mnie zdziwiła. Nie ma tutaj takiej majestatyczności jak w innych świątyniach. Wsparta na czterech prostych kolumnach z kamienia brama wygląda niczym wejście do czyjegoś domu. Mała (jak wszystko tutaj) powoduje, że wszystko co jest dalej jest jakby bardziej ludzkie niż boskie jak gdzie indziej. Niezwykłe dekoracje dachowych belek sprawiają, że dałbym rękę sobie uciąć, że są to belki drewniane. Ściany pokryte wzorami niczym koronką świadczą o niezwykłym kunszcie i chyba boskiej cierpliwości pracujących tutaj przed wiekami ludzi.

Na otoczonym murem dziedzińcu, zamkniętym galerią, wzrok przyciągają miniaturowe budynki również z pięknego czerwonego piaskowca. Po przytłaczającej szarości, która dominuje w innych świątyniach tutaj ta niezwykła barwa murów jest czymś dziwnym, niezwykłym jakby nie pasującym do wyobrażeń o Angkorze. Mam wrażenie, że słońce świeci tutaj bardziej, że skrzy się swoimi promieniami i rozpala do czerwoności wszystkie te kamienne bloki. Budynki i kaplice zachowane są tu tak znakomicie, że można by pomyśleć, iż pozostały nietknięte przez całe stulecia. Niestety, tak nie było. Kradzieże na wielką skalę, o których pisałem w poprzednim wpisie bardzo uszczupliły wyjątkowość tego miejsca. Jednak zespołowi konserwatorów z Ecole Francaise d’Extreme – Orient, którzy tutaj pracowali udało się jednak naprawić większość szkód i restytuować część rzeźb.

Trzy kaplice stoją na wykończonym gzymsem tarasie, który ściśle oddaje zarys ich planu. Na szczycie jednej z kondygnacji schodów widnieją dwie małpy w takiej pozycji, że wyglądają na pełniących straż wartowników. Mogłyby to być posągi ludzi, gdyby nie małpie oblicza. Siedzą, wyprostowane, z jednym kolanem uniesionym i lewą ręką opartą na udzie. W jednym miejscu wyobrażony jest małpi generał – Hanuman (oddany sługa Ramy), w przepasce na biodrach i generalskim zapewne nakryciu głowy. Postaci te mają miny zawzięte i ponure, ale rozmaitość i osobliwość strojów oraz nakryć głowy łagodzi nieco posępne wrażenie. Niektóre poubierane w krótkie plisowane spódniczki wyposażono w maski zwierząt i ptaków, co sprawia doprawdy komiczne wrażenie, cała postać bowiem poza głową jest ludzka. Choć mijając wszystkie te rzeźby czasami mam wrażenie, że coś mnie zaraz zaatakuje zabroni wejścia dalej. Posągi te są również w znakomitym stanie. Dżungla tutaj nie zniszczyła, przeciwnie – otuliła swym płaszczem jak zasłoną większość budynków.

Dwie miniaturowe biblioteki z różowego piaskowca harmonizują ze świętymi przybytkami. Ich ściany pokryte są subtelnymi reliefami o niezwykle skomplikowanej i wyszukanej kompozycji. Zdumiewa wprost umiejętność, precyzja i cierpliwość ich twórców. Tu nie mogli sobie pozwolić na najmniejszy błąd, na tuszowanie choćby najmniejszego ześliźnięcia się dłuta, upływający czas zdemaskowałby każdą usterkę. Rzeźbiarze pracowali na ścieśnionej i ograniczonej przestrzeni i być może właśnie dlatego pragnęli udowodnić, iż im skromniejsze możliwości, im większe trudności muszą pokonać, tym wspanialsze będą ich dzieła.  Budynki stoją w niewielkiej odległości od siebie. Ich skupienie na małej przestrzeni podkreśla piękno całego zespołu świątynnego. Na pokrytych reliefami naczółkach bibliotek bardzo ładnie widoczna jest postać Hanumana i Ganesi – boga słonia. Nie brak tu i postaci nagów.

W dekoracji biblioteki północnej dominuje Wisznu, w południowej Śiwa. Niekiedy cały naczółek przeznaczono jednemu z bogów. Biblioteki są tak małe, że od wielu lat trwają ożywione spory co do ich przeznaczenia. Istnieje domniemanie, że prawdopodobnie były to skarbce. Wydaje się, że pogląd  ten można uznać za słuszny. Elewacje bibliotek są bogato zdobione, nad wejściem umieszczono osłonięte przez gzymsy naczółki z mnogością maleńkich figurek. Główny motyw stanowi scena, w której olbrzym Rawana (czarny charakter w indyjskim eposie Ramajana, który podstępnie zagarnął tron Lanki i porwał żonę Ramy, Sitę. Przedstawiany jako demon o dziesięciu głowach i dwudziestu rękach) potrząsa górą Kailasa (na tej górze Śiwa tulił swoją żonę Parwati). Z tych gzymsów można dosłownie uczyć się mitologii hinduskiej.

Jeden z bardzo pięknych naczółków zapełniają figurki ludzi i sceny leśne. Potrójny fronton wyrzeźbiono tak przemyślnie, że trudno wprost uwierzyć, iż to kamień, a nie drewno sandałowe. Na najwyższym i największym tympanonie (wewnętrzne trójkątne pole frontonu) umieszczono nagę, sięga on w dół aż do dolnego rogu, gdzie widnieje wachlarz wielu głów kobry. Po przeciwległej stronie widnieją znów głowy kobry zdobiące dach. Naczółki gopur, nadproża i główne sanktuaria zdobią sceny z legend lub legendarne żywoty Wisznu i Śiwy. Reliefy te odznaczają się rozmaitością tematyczną i różnorodnymi przedstawieniami zmiennych nastrojów bogów.

Czasami bogowie siedzą na uboczu w majestatycznym odosobnieniu, albo też tańczą lub walczą w asyście dewatów (tancerek) i dwarapalów (bramowych strażników w postaci człowieka lub potwora). W sanktuariach natomiast bogowie przebywają w samotności pod opieką strażników o zwierzęcych głowach. Zdumiewa różnorodność ich strojów i nakryć głowy. Wisznu wyobrażano niekiedy w diademie, w wieńcu z kwiatów lub włosami upiętymi w wysoki kok. Dewatom dodają uroku kwiaty upięte wokół zwiniętych w węzeł włosów. W tej świątyni uderza to, że dwarapalowie, wszędzie indziej przyozdobieni mnóstwem drogich kamieni, tu są pozbawieni zupełnie ozdób. Bogów na reliefach i w sanktuariach przedstawiono również bez ozdób. Być może, zgodnie z rozkazami dworu gotowe posągi miano przyozdabiać prawdziwymi klejnotami i naszyjnikami. W efekcie zarówno tancerki jaki i strażnicy sprawiają wrażenie młodszych i bardziej promiennych i trudno się oprzeć wrażeniu, iż obwieszeni klejnotami i sznurami pereł wyglądaliby mniej dostojnie.

Banteay Srei inaczej zwana jest  „Twierdzą kobiet” lub „Cytadelą piękności”. W budowli tej jest coś specyficznie kobiecego – czar, subtelność i filigranowość a nawet pewien erotyzm. W przeciwieństwie do potężnych świątyń khmerskich, o masywnych wieżach dominujących nad całą okolicą, tu wszystko jest niewielkie, łagodne. Budyneczki nie są jednak kopią dużych budynków w zmniejszonej skali. Wieże sanktuariów mają niecałe dziesięć metrów wysokości, ale teren całego zespołu świątynnego jest duży. W czasach gdy budowano Banteay Srei, Khmerowie cieszyli się krótkim okresem pokoju. Dwór królewski pędził życie wystawne, kwitła też sztuka. Stolica stała się ośrodkiem nauki, zewsząd ściągali tutaj uczeni i artyści. Zaprzestano podbojów, nie trzeba więc było uwieczniać zwycięstw. Banteay Srei odzwierciedla ducha epoki i kobiecą duszę. Nie spodziewałem się tylko, że tak bardzo spodoba mi się to miejsce. Ale cóż, widocznie jest we mnie coś z kobiety a odkryć to mogłem dopiero w Angkorze :).

Skomentuj