Majestatyczność większości khmerskich świątyń na początku sprawiała, że czułem się nieco przytłoczony. Nie umiałem znaleźć w sobie sposobu na opanowanie emocji a przez to nie potrafiłem skupić się na detalach, szczegółach.  Gdzieś w całym tym zachwycie nad bryłą, architekturą, „szerokim planem” umykały mi te wszystkie drobne rzeźby, misterne ornamenty, wykute na ścianach napisy, eteryczne Apsary a przecież bez tego wszystkiego , tych efektów mozolnej pracy tysięcy rąk dawnych artystów świątynie te nigdy nie byłyby tym czym są. Wszystko zmieniło się gdy dotarłem do miejsca, które jeszcze 10 lat temu było odwiedzane tylko przez nielicznych zapaleńców kochających zabytki.  Zmieniło się gdy dotarłem do Banteay Srei – dzisiaj jednej z najchętniej odwiedzanych świątyń przez tych, którzy w Angkorze zatrzymują się na więcej niż tylko jeden dzień.

Do perły architektury khmerskiej jaką jest urocza świątynia Banteay Srei, oddalonego od Siem Reap o trzydzieści kilometrów, prowadzi nierówna, pełna czerwonego pyłu droga. Jazda naszym tuk – tukiem jest trochę niewygodna i powolna ale kto zwracałby uwagę na dziurawe drogi gdy dookoła tyle się dzieje. Teren Angkoru, który zajmuje obszar kilkuset kilometrów kwadratowych nie jest tylko archeologicznym muzeum na świeżym powietrzu. Ciągle tutaj mieszkają normalni ludzie w swoich miasteczkach i wioskach. Pokonując te trzydzieści kilometrów do świątyni mija się właśnie kilka takich typowych, lokalnych wiosek.

Wszystkie one położone są przy samej drodze, bo jak to zwykle bywa droga daje możliwość zarobienia pieniędzy. Mijamy mnóstwo straganów, restauracji (nie we wszystkich miałbym odwagę zjeść posiłek), kawiarni itd. Jednak w oczy rzucają się przede wszystkim poustawiane przed domami duże tablice informujące o tym, że dana rodzina jest sponsorowana przez zachodnich turystów. Najczęściej są to amerykanie, którzy w jakiś sposób (finansowy) pomogli zbudować dom, czy przesyłają pieniądze na utrzymanie rodziny w danej wiosce. Takich tablic jest dużo zarówno w wiosce Pradak czy dalej położonej wsi Khna. Jestem jak najbardziej za pomaganiem ubogim społecznościom ale mam jakieś nieodparte wrażenie z obserwacji tutejszych mieszkańców, że trochę to jest tak, że ze swojej biedy uczynili sposób na zarabianie pieniędzy.

Każdego z nas łapie za serce widok lichej chatki i półnagich, brudnych dzieci. Każdy z nas w odruchu współczucia chciałby coś zrobić, jakoś pomóc. Na pewno bezpośrednio po czasach straszliwego ludobójstwa Czerwonych Khmerów taka bezpośrednia pomoc była na tych terenach niezbędna. Gdy zaczęli pojawiać się tutaj pierwsi turyści wielu z nich postanowiło pomóc. Dzisiaj ich nazwiska i adresy widnieją na tych wszystkich  tablicach informujących o sponsoringu. Zapewne powstały za zachodnie pieniądze mijane przez mnie domy. Tylko, że nic więcej się nie zmieniło. Lokalna bieda skryła się teraz pod mniej lub więcej prowizorycznymi dachami i nadal czeka na pomoc z wyciągniętą ręką .

Nie wiem, być może się mylę odnosząc wrażenie, że bieda to doskonały pomysł na biznes tutaj w okolicach świątyń. Jednak moje przypuszczenia potwierdzą się jeszcze bardziej następnego dnia gdy odwiedzę jedną z największych atrakcji  poza samymi świątyniami w tych rejonach. Kambodża to jeden z najbiedniejszych krajów świata to fakt niezaprzeczalny. Jednak te rejony wokół świątyń należą do najbogatszych w kraju. Miliony turystów zostawia tutaj ogromne ilości pieniędzy. Tych pieniędzy tutaj nie widać. Pisałem już wcześniej o tym, że ilość luksusowych samochodów na ulicach Siem Reap bardzo mnie zaskoczyła. Jak wiem od naszego kierowcy ich właściciele to w większości kiedyś złodzieje antyków a dzisiaj lokalni mafiozi zajmujący się nielegalnym handlem egzotycznym drewnem. Zwykły człowiek nie doświadcza dobrodziejstwa mieszkania w tak znanym miejscu. Rzeka dolarów, która płynie tutaj cały rok od lat omija szerokim łukiem przeciętnych mieszkańców współczesnego Angkoru. Jednak większość z nich też chyba bardziej woli czekać aż ktoś coś im da niż samemu próbować zarobić własne pieniądze na tym „międzynarodowym przyjęciu”. Zamiast dawać kilka dolarów czekającej pod lichym domem starszej pani (notabene fundatorem i sponsorem tej rodziny jest jakiś Pan i Pani z Texasu) zatrzymuję się przy lokalnym straganie i kupuję kiść przepysznych bananów. Wolę taką formę pomocy niż uwłaczające dla obu stron wciskanie w wyciągniętą rękę banknotu z wizerunkiem jednego z prezydentów USA. Dawanie ludziom pieniędzy tylko dlatego, że ich potrzebują nie rozwiązuje problemu. Takie zachowania turystów pogłębiają tylko ubóstwo i uzależnienie miejscowych od takiej pseudo pomocy. Co prawda nam – tym „dobrym” zmiętolony i oddany 1$ znakomicie poprawia samopoczucie. Tylko, że to nie my potrzebujemy pomocy a mieszkańcy mijanych wiosek.

Na takich przemyśleniach i obserwacjach minęła mi prawie dwugodzinna podróż w stronę niezwykłego skarbu – perły w khmerskiej koronie – świątyni Banteay Srei. Czerwona ziemia dookoła przypomniała mi momentalnie widoki z kenijskiego parku Tsavo – tylko czerwonych słoni tutaj nie ma. Tuż przed świątynią zbudowano nowoczesne punkty informacji, kawiarnię, toalety a nawet sklep z pamiątkami. Jest jakoś tak nowocześnie zupełnie jak nie  w Kambodży. Wszystko przygotowane dla turystów łącznie z dużym parkingiem gdzie niestety stoją jakieś autobusy. Minęły bezpowrotnie czasy gdy do tej świątyni zaglądali tylko i wyłącznie najbardziej zapaleni wędrowcy. Dzisiaj, mimo dużej odległości od głównych świątyń tłum tutaj taki sam jak wszędzie. Jakoś sceptycznie podchodzę do tego miejsca. Nie podoba mi się cały tez nowoczesny „przepych” zorganizowany tutaj, na ale cóż widocznie koreańskie biura podróży tak sobie „zażyczyły”. Nie wiedząc czego się mogę spodziewać ruszyłem czerwoną drogą prowadzącą bezpośrednio do bram świątyni. Po tym szyku dookoła bardziej spodziewałem się „lunaparku” niż mistycznej świątyni. Gdy jednak zobaczyłem pierwsze świątynne mury wiedziałem, że warto było tutaj przyjechać!

Banteay Srei to jeden z najpiękniejszych i najwspanialszych zabytków architektury Khmerów. Nie zniszczyli go Czamowie ani Syjamczycy, bez wątpienia dlatego, że znajdował się z dala od ówczesnej stolicy , w miejscu wyraźnie odosobnionym. Odkryto go dopiero w roku 1914, kiedy to natrafił nań francuski archeolog Henri Marchal. Widząc niemal nieprzeniknioną ścianę dżungli, która kryła świątynię tak długo przed ludzkim wzrokiem, trudno się temu specjalnie dziwić.  Do roku 1924 świątynia stała nadal zupełnie nietknięta ludzką ręką nie licząc szabrowników, którzy po odkryciu świątyni mogli tutaj bez przeszkód wyrządzać ogromne straty. Właśnie te grabieże spowodowały, że postanowiono zająć się świątynią i podjąć próbę jej uratowania. Co ciekawe, część skradzionych rzeźb z tego miejsca udało się na szczęście odzyskać.

Najsłynniejszym złodziejem w historii Angkoru był nie kto inny, jak światowej sławy pisarz, autor fundamentalnej historii sztuki, minister kultury w rządzie de Gaulle’a, Andre Malraux. W 1924 roku 23 – letni intelektualista przyjechał wraz z żoną, Clarą Goldschmidt, oraz przyjacielem Louisem Chevassonem, do Kambodży z zamiarem poszukiwania dzieł sztuki. Celem tych szabrowników stała się właśnie świątynia Banteay Srei. Położenie z dala od siedlisk ludzkich i dostępnych tras była znakomitym miejscem. Tam piłą do metalu, dłutem i młotkiem kamieniarskim zdemontowali kilkanaście dużych fragmentów subtelnych płaskorzeźb o niezwykle skomplikowanej i wyszukanej kompozycji. Zamierzał przewieźć je do Europy i tam spieniężyć.  Zadenuncjowany, został zatrzymany w areszcie przez francuskie władze kolonialne z całym 800 kilogramowym materiałem dowodowym, po czym skazany w Sajgonie za bezprawne wywiezienie zabytków na trzy lata więzienia. Uratowała go żona, która po powrocie do Paryża znalazła wpływowych przyjaciół, wybitnych ludzi kultury, dzięki interwencji których zdołał sześć miesięcy później wyjść na wolność. Świat dowiedział się o tej historii z wydanej w 1930 roku książki pt. „Droga królewska”, która stała się pierwszym sukcesem literackim pisarza – złodzieja khmerskich antyków.

Odkrywca świątyni Henri Marchal podjął się niezwykłego dzieła odrestaurowania świątyni. Wykonał niesamowitą pracę. Niemal tytaniczny trud najpierw rozłożenia świątyni kamień po kamieniu i ponownego jej złożenia przyniósł niesamowite efekty. Francuski archeolog zastosował tutaj technikę odbudowy stosowaną na Jawie w Indonezji. Dzięki niewielkiej wielkości świątyni i tego, że zbudowana została z małych bloków piaskowca, które są bogato rzeźbione i świetnie się zachowały było je łatwiej dopasować i ułożyć w pierwotne miejsca. Mimo tego praca wykonywana przez Francuza niemal z hiobową cierpliwością zasługuje na najwyższe uznanie. Zostawił dla potomnych arcydzieło w niemal oryginalnym stanie. Henri Marchal w rekonstrukcję tej świątyni włożył swoje serce i duszę i da się to odczuć tutaj w każdym centymetrze kwadratowym czerwonego piaskowca.

Majestatyczne sanktuarium stoi na w otoczeniu zielonej dżungli. Otoczone palmami, orzechami kokosowymi i liśćmi bananowców pięknie kontrastuje swoją niezwykła barwą z zielenią drzew. Piękne posągi strażników świątynnych umieszczone wzdłuż dróg prowadzących na grobli do bram wejściowych na murach budowli nadają jej dodatkowego dostojeństwa. Banteay Srei to zespół sanktuariów i bibliotek otoczonych fosą i w zielonym gąszczu wszystko wygląda niczym zaczarowany świat jak obiekt z odległego, nieznanego nam wszechświata.

Wszystkie budynki są tutaj niewielkie i, co jest zgoła niezwykłe, zbudowane z różowego piaskowca o niekiedy przepięknym czerwonym odcieniu. Wejścia do sanktuariów są niskie i wąskie, biblioteki również zbudowano w tej samej zmniejszonej skali. Miniaturowe dziedzińce to architektoniczne cacka odznaczające się doskonałością proporcji. Takie wrażenie sprawia Banteay Srei od pierwszego wejrzenia. Później już będzie tylko napięcie rosło. Zwiedzanie tej świątyni wzmaga tylko mój zachwyt. Proporcje tutaj uchwycone w kamieniu pozostają nadal niewyjaśnione. Bardziej przypomina to jakiś kaprys architekta gdzie detale są wonniejsze niż cała bryła. Chociaż wszystkie peryferyjne świątynie nie są tak duże jak te główne to jednak tutaj zupełnie nie ma odwzorowania tego co w kulturze khmerskiej było najważniejsze a mianowicie nie ma tutaj odniesienia do świętej góry Meru, oceanu, który ją oblewał czy gór w zewnętrznych murach. Tutaj standardy zostały „zniekształcone” do tego stopnia, że nawet kapłani nie mogli wejść do wnętrza świątynnych kaplic bo wejścia są za małe.

Mimo dosyć dużej ilości turystów stłoczonej na tak małej przestrzeni czuję tutaj specyficzną atmosferę, nieco inna niż w poprzednich wielkich świątyniach. Panuje tutaj mimo wszystko jakiś spokój ale przede wszystkim nie myślę tutaj o wielkim imperium khmerskim ale bardziej o ludziach, którzy stworzyli to cacko. Nie ma tutaj nic z atmosfery twierdzy Angkor Wat czy tajemnicy Ta Prohm. Nie ma nic z atmosfery wojen, podbojów i wielowiekowej walki o zachowanie potęgi Angkoru. Banteay Srei to niemal świątynia „kieszonkowa” , to misterne dzieło najlepszych „złotników” – to klejnot. Wielu znawców twierdzi, że jest to nie tylko najpiękniejsza świątynia ze wszystkich zbudowanych w tej epoce , lecz że właśnie tutaj znajdują się najwspanialsze dekoracje ścienne jakie kiedykolwiek powstały na świecie. Jest to świątynia jedyna w swoim rodzaju, w całej architekturze khmerskiej nie znajdziemy niczego, co by dorównało tym uroczym miniaturowym budynkom.

Ciekawe, że kwestia, kiedy powstał ten miniaturowy kompleks świątynny, wywołała prawdziwą burzę wśród archeologów. Banteay Srei nie jest zresztą jedyną świątynią khmerską wzbudzającą kontrowersje. Niekiedy trwały one dłużej i były nawet ostrzejsze, jednakże do tej pory w żadnym sporze nie pojawiły się tak wielkie dysproporcje czasowe jak w przypadku Banteay Srei – różnica w szacowaniu czasu powstania tej świątyni wynosiła 300 lat! Można by wyjaśnić owe kontrowersje częściowo, ale naturalnie niezupełnie, tym, że niektórzy archeolodzy datowali powstanie Banteay Srei zbyt pochopnie i poczuli się zawstydzeni, kiedy późniejsze dane podważyły te ustalenia – błędnie odczytano inskrypcje lub popełniono błędy w przekładach. Nowe znaleziska skłoniły ekspertów do wyrażenia opinii, które w świetle następnych wydarzeń okazały się nieprzemyślane.

W gruncie rzeczy można im to wybaczyć. Ruiny Angkoru znaleziono w roku 1861 i francuskie zespoły prowadzące prace rekonstrukcyjne  były chyba przekonane nie bez powodu, że do końca XIX wieku zdołały odsłoni wszystko, co dżungla ukrywała tak długo. Fenomenalne znalezisko Henri Marchala w roku 1914 zelektryzowało  archeologów, zagłębili się raportach i zapiskach. Dziś ogólnie przyjmuje się rok 967 jako datę powstania owej pięknej świątyni – krainy cacek, jak niektórzy nazywają Banteay Srei. Ta świątynia jest jeszcze niezwykła z innego powodu. Jako jedyna w całym Angkorze została zbudowana nie przez khmerskich władców, król ów – bogów, ale przez dwóch dworzan. Yajnavaraha i jego młodszy brat Vishnukumara byli bogatymi braminani (kapłanami) i właścicielami ziemskimi w regionie zwanym wówczas Ishanapura. Starszy z barci był wybitnym filantropem, nauczycielem i estetą. To wiele tłumaczy dlaczego ta świątynia jest tak niezwykła i zarazem inna od pozostałych.

Banteay Srei

  • Druga połowa X wieku – kwiecień – maj 967 rok.
  • Fundator  – Yajnavaraha (podczas panowania  Rajendravarmana II i Jayavarmana V)
  • kult – Brahmy (Wiszyzm)

Plan świątyni:

 

 

 

2 komentarzy do “Kraina cacek”

  1. Są takie dwa przysłowia, które wg mnie pasują to tego tekstu:
    - diabeł tkwi w szczegółach – to o tych pięknych, drobnych elementach, szczegółach, często ukrytych, ale które niewątpliwie są ozdobą budowli,świątyń,
    - i drugie – lepiej dać wędkę niż rybę – to o pomocy dla biednych mieszkańców różnych rejonów świata, a czasami niedaleko nas.
    Pozdrawiam.

  2. Stare zasady o których często zapominamy niestety. Zwłaszcza ta wędka znana jest od tysięcy lat a jednak ciągle łatwiej wszystkim dać tylko rybę i „uciszyć” własne sumienie. Cóż, nie jesteśmy jako ludzie idealni ale na szczęście coraz bardziej świadomi i chyba mimo wszytko lepsi :)
    pozdrawiam serdecznie

Skomentuj