„Patrzyłem w górę na zarośniętą drzewami wieżę, która przytłaczała mnie swoją wielkością, kiedy nagle krew ścięła mi się w żyłach, ujrzałem bowiem gigantyczną twarz spoglądającą na mnie, potem następną na innym murze, trzecią, piątą, dziesiątą – ze wszystkich stron twarze i wszystkie z tym samym lekkim uśmiechem”. Powyższe słowa napisał francuski pisarz Pierre Loti gdy po raz pierwszy ujrzał świątynię Bajon. Dzisiaj tak wielkiego zaskoczenia już nie doświadczymy a to z prostej przyczyny, zdjęcia z tej fenomenalnej świątyni znane są na całym świecie i każdy, kto choć trochę interesuje się turystyką musiał je już widzieć. Wiadomo zatem czego się spodziewać. Mimo wszystko gdy stanąłem przed tą świątynią musiałem przystanąć, wziąć głęboki oddech i się „uszczypnąć” aby mieć pewność, że ten niezwykły widok nie jest tylko wytworem mojej wyobraźni. Pamiętam, że podobne uczucie towarzyszyło mi poprzednio tylko raz w moim życiu, gdy stanąłem u podnóża Kilimandżaro. Widok tej świętej góry również spowodował u mnie wrażenie snu i czegoś nierealnego. Tutaj w Angkorze zarówno przy Angkor Wacie jak i Bajonie równie silnie poczułem szczęście, radość na przemian z niedowierzaniem i pewnego rodzaju strachem, że to wszystko jest tylko snem i zaraz zniknie.

Na szczęście nie był to sen i przede mną w całej swojej okazałości wyłaniała się zza drzew jedna z najpiękniejszych świątyń na świecie – niezwykły Bajon. Zaraz po przejściu grobli gdy wszedłem na teren świątyni dobre kilkanaście minut zajęło mi nasycenie oczu tymi szarymi murami. Niezwykłe, niebanalne ale troszkę przytłaczające w swej surowości i posępności. Smutne mury sprawiają wrażenie bardziej jakiegoś lochu niż dostojnego miejsca kultu religijnego. Choć słońce świeciło niemiłosiernie to odczuwałem jakby lekki chłód bijący w tym miejscu. Nie mogłem pójść dalej bo jest w tej świątyni coś takiego co powoduje, że człowiek (przynajmniej ja) musi się oswoić z niebanalnością i atmosferą tej świątyni.  Wszedłem w boczny, ciemny korytarz, pośród porozrzucanych bloków kamiennych niemal nie połamałem nóg. Mimo strachu aby nie spadło mi coś na głowę jakaś siła ciągnęła mnie głębiej i głębiej. Po kilku minutach uświadomiłem sobie, że instynktownie szukam światła, jakiegoś okna, przejścia lub wyjścia z tego wąskiego korytarza – po prostu się boję. Przestraszyłem się, że zabłądzę, że coś się może wydarzyć złego ale też poczułem podniecenie samotnego spaceru tysiącletnimi galeriami i ogromną przyjemność własnego odkrywanie tej świątyni. Niezwykłe doświadczenie.

Bajon na początek, na pierwszy rzut oka robi wrażenie posępnej budowli, wrażenie ciemnego i mrocznego a nawet lekko przerażającego miejsca. Dzisiaj nie ma tutaj nawet odrobiny majestatyczności Angkor Watu. Jednak nie zawsze to miejsce wyglądało w ten sposób. Dzięki kronice chińskiego gościa w Kambodży Czou Ta – kuan’a, który był w tym miejscu w czasach jego świetności wiem, że Bajon przewyższał swoją urodą i znaczeniem nawet sam Angkor Wat. Dzięki niemu, jego kronice mogę wyobrazić sobie Bajon w dniach majestatycznej, barwnej świetności nawet spacerując w tych ciemnych, złowrogich korytarzach. Niezwykłe dzieło sztuki, bezcenny klejnot architektury światowej oszałamia swą koronkową kompozycją i jednocześnie budzi poczucie grozy swoją przygnębiającą atmosferą. Wydaje mi się, że tak właśnie miało być od początku istnienia tej świątyni, takie było założenie jej twórcy – przytłoczyć, stłamsić zwykłego człowieka i na pewno tak było. Atmosfera tego miejsca  przetrwała nawet w lepszej kondycji niż wielkie kamienne bloki z których budynek jest zbudowany. Jak pisze Jacek Pałkiewicz w swoje książce pt. „Angkor” – „…w porównaniu z klasycznym Angkor Wat Bajon jest wytworem barbarzyńskiego baroku”.

Od czasów Dżajawarmana VII, fundatora Bajonu, aż do porzucenia stolicy w dwieście lat później, Bajon był klejnotem architektonicznym Angkoru, chlubą Khmerów i racją bytu Angkor Thomu jako stolicy. Oszałamiał przepychem i wspaniałością, lecz zawsze budził też grozę i napawał lękiem. W fosie okalającej świątynię roiło się od krokodyli, co nawet u najodważniejszych musiało wywołać gęsią skórkę, mimo, że kroczyli dostojnie i z godnością szeroką, bogato zdobioną groblą. Po obu stronach grobla zamknięta była balustradami z nagów, które chiński wysłannik opisywał tak: […] Balustrady mostów są z kamienia, wyciosane w formie węży o dziewięciu głowach. Ręce pięćdziesięciu czterech posągów podtrzymują węża, jak gdyby przeszkadzając mu w ucieczce. Na końcu grobli znajdowało się wejście do miasta i wielkiej świątyni. Tu z grubego muru występowały do przodu trzygłowe słonie, tutaj znajdował się złoty most (najprawdopodobniej pozłacany, metoda ta stosowana była powszechnie w dekoracji), osiem złotych posągów Buddy i Bajon, skąd olbrzymie posągi Buddy obserwowały miasto ze wszystkich stron. I gdziekolwiek jego mieszkańcy popatrzyli, dokądkolwiek się udali, zawsze spozierał na nich Budda. Nie spuszczał z nich wzroku od rana do wieczora, Budda, wizerunek króla – boga i przyczyna ich istnienia […]

Przekraczając szerokie kamienne schody dzisiaj nie doświadczymy już tak spektakularnego widoku, ale to co zobaczymy i tak powala na kolana. Nadal stoją tutaj kamienne lwy, strażnicy czuwający nad spokojem tego miejsca. Nie ma już co prawda złotych wież, złotych posągów Buddy czy pozłacanego mostu. Nie umiem sobie wyobrazić jak bajeczne musiało to być miejsce w czasach swojej świetności i największej chwały imperium. Mam wrażenie, że współczesny człowiek nie ma aż tak bogatej wyobraźni aby choć w ułamku wyobrazić sobie bogactwo, przepych i skale tego co uczynili w XII wieku Khmerowie. Jednak Bajon ma też swoją bardzo mroczną historię. Jest to świątynia grobowa jednego z największych władców Khmerów Dżajawarmana VII ale jednocześnie jest to miejsce kaźni i śmierci tysięcy ludzi. Swoisty obóz koncentracyjny. Budowana mozolnie w pocie i krwi przez dziesiątki tysięcy niewolników, którzy za megalomanie króla – boga zapłacili własnym życiem. Owi nieszczęśnicy, pojmani podczas wielu wypraw wojennych króla dostarczali tu ciężkie, nieporęczne bloki z kamieniołomów oddalonych o ponad trzydzieści kilometrów, holowali je, przymocowywali liny i podnosili w górę, aby umieścić na wymaganym miejscu, popędzani przez okrutnych, wymagających i nieubłaganych dozorców, których zresztą zmieniano, jeśli praca nie postępowała tak szybko, jak sobie życzyli zwierzchnicy.

Kamień transportowano drogami zbudowanymi na nasypach, by w razie powodzi nie dochodziło do przymusowej zwłoki. Dla niewolników, którzy dostarczali piaskowiec z kamieniołomu położonego bliżej świątyni, praca była nieco lżejsza. A jednak nieszczęśnicy marli tysiącami, głównie z powodu malarii, z wycieczenia lub przywaleni głazami. Ich ciała rzucano na wozy i wywożono niedaleko, gdzie pozostawiano na pastwę szakali i dzikich zwierząt. Bajon to świątynia śmierci i niewątpliwie wiedza ta ma ogromne znaczenia dla spostrzegania tego miejsca. Tyle tutaj cierpienia, tyle bólu, tyle przelanej krwi. Jakoś to wszystko zostało zaklęte w te ściany i ciągle woła o współczucie, prosi o pamięć i chwilę modlitwy. A może to tylko moja wyobraźnia podpowiada mi tak posępny obraz? Obok mnie przecież przetacza się „kolonia” roześmianych i głośnych Koreańczyków, którzy pewnie myślą, że są w Angkorlandzie!

Czou Ta-kuan poświęcił wiele uwagi w swoim raporcie niewolnikom, zapewne olbrzymia ich liczba zrobiła na nim duże wrażenie. […] Ci, którzy mają wielu niewolników, mają ich ponad stu, ci, którzy mają niewielu – mają od dziesięciu do dwudziestu niewolników, tylko bardzo biedni nie posiadają żadnego. Młodego i krzepkiego niewolnika można nabyć za sto kawałków tkaniny, starego za trzydzieści – czterdzieści[…]. Większość niewolników pochodziła z plemion zamieszkujących tereny górskie. Wszystkich niewolników obowiązywała surowa dyscyplina. Mieszkali pod schodami (domy były budowane na palach), jeżeli wzywano ich na górę, musieli paść na twarz i oczekiwać na rozkazy. Jeśli dopuścili się przewinienia byli bici – w czasie wymierzania kary nie wolno im było się poruszyć. Zazwyczaj ignorowano ich całkowicie, dostrzegano dopiero wówczas gdy uznawano, że pracują źle. Traktowano ich jak bydło, kupowano i sprzedawano  po niskich cenach. Tych, którzy pokusili się o ucieczkę, znaczono niebieską farbą na czole albo zakuwano w kajdany. Nie jest żadną nowość w historii świata, że bogactwo jednych budowano na krzywdzie innych. Azja w tym nie różniła się niczym od Europy i Ameryki, które przez setki lat wykorzystywały na przykład Afrykę.

Bajon to przede wszystkim jednak pomnik ludzkiego mozołu oraz wielkie dzieło sztuki. Trzeba było generacji, by go ukończyć, ale też wzniesiono go tak, by przetrwał długie wieki. Dziś, po niemal tysiącu lat, stoi nadal wyzywająco nie uszkodzony i jakby drwiący z upływu czasu. Ciągle niezwykle, uderzająco piękny. Jednak to co w nim najcenniejsze znajduje się na jego ścianach. Jedną z najwspanialszych rzeczy w Bajonie są reliefy na najniższym tarasie. Ciągną się na długości prawie półtora kilometra i pokrywają całą powierzchnię ścian od góry do dołu. Odznaczają się ogromną różnorodnością, na ogół też subtelnością rysunku i dbałością o detale, co świadczy o talentach rzeźbiarzy. Zdumiewa i przyprawia wręcz o zawrót głowy zarówno wspaniałość tych kompozycji w kamieniu, jak i liczba rzeźbiarzy, których musiano zatrudnić przy tak gigantycznym dziele.

Khmerowie nie mieli historii pisanej, toteż reliefy te mają charakter przekazu dla potomności. Tu uwiecznili swoje dzieje, mity i legendy. Ukazują one pełne zbytku życie klas uprzywilejowanych. Oto piękne dziewczęta spędzają próżniaczo czas na barkach i statkach. Łodzie w kształcie nagi o uniesionym wachlarzu głów, inne wyposażone w daszki, haftowane markizy i poduszki pływają na specjalnie w tym celu wybudowanym sztucznym jeziorze. Rydwany z brązu zdobione płaskorzeźbami i drogimi kamieniami. Królewskie siodło na słonia. Tancerki w czasie zabiegów upiększających. Arystokraci strzelający zatrutymi strzałami do dzikich zwierząt. Są tu też sceny batalistyczne, żołnierze walczą na okrętach lub dosiadają słoni bojowych. Odpowiednio dostojnie przedstawiono na reliefach tematykę religijną. Długie orszaki kapłanów, wśród których łatwo odróżnić wpływowych braminów po brodach i szatach, grające orkiestry, zdążające do świątyń apsary.  Te ostanie zresztą, a bardziej współczesne dziewczęta stylizowane strojem i makijażem na średniowieczne tancerki można spotkać właśnie w Bajonie. To bardzo popularna usługa dla turystów – zdjęcie ze współczesnymi apsarami.

Wszystko co wyryto na tych ścianach jest świadectwem tamtych czasów. To swoista kronika. Wszystko to zdarzyło się w Angkorze przed dziesięcioma lub więcej wiekami. Bajon wprawdzie zbudowano później – w latach 1181-1218 ale życie niewiele się wówczas zmieniało wraz z upływającym czasem. Czou Ta – kuan dostarczył mi fascynującego obrazu życia w wielkiej stolicy. Poznałem dzięki niemu zwyczaje – niektóre zresztą dość drastyczne, jak obrządek defloracji młodych dziewcząt, upuszczanie żółci, a także stosowane kary. Znalazłem w tych opisach rzeczowy obraz sytuacji politycznej, wymiaru sprawiedliwości, życia osadników, arystokracji, rolnictwa, parad królewskich, jedzenia, wina, religii, zwierząt i ptaków i tak dalej. Wiedza z tej kroniki połączona z reliefami sprawiła, że Bajon dla mnie ożył i wciągnął w swoje mroczne korytarze bez litości, ale spacerować w Bajonie to jak słuchać najlepszych bajarzy świata gdy zaczynają swoją opowieść od słów „Dawno, dawno temu….”

4 komentarzy do “Baju, baju w Bajonie”

  1. Usmiech,ktory skrywa tajemnice….usmiech ,który sobie kpi z upływającego czasu, tak jak napisałeś.

    Wszyscy w świecie zachwycają się uśmiechem Mona Lizy, dla mnie jest zwyczajnie przereklamowany, ktos kiedys okrzyknął to dziełem sztuki i jak echem rozniosło sie po świecie. Dla mnie dziełem sztuki są te bajońskie twarze z tym subtelnym drwiącym uśmiechem. Ach kiedy ja dojadę do tej Kambodzy..;/

  2. Chyba powinnaś się spieszyć 🙂 Z biegiem lat coraz mniej tam tajemnicy i mistycyzmu a coraz więcej „parku rozrywki”. Jednak wystarczy skręcić nieco w bok z utartego szlaku a można znaleźć jeszcze miejsca zupełnie magiczne a co najważniejsze miejsca gdzie w świątyniach nie ma nikogo. Samotne zwiedzanie świątyni jest niemal darem… ale o tym już za chwilę na blogu 🙂

    pozdrawiam serdecznie!

  3. Piękne zdjęcia, ileż to cudnych miejsc jest na świecie, które warto zobaczyć na własne oczy
    p.s. Bycie na takim blogu to prawdziwa przyjemność. Gratuluję!

  4. Dziękuję i zapraszam zatem do bywania i oglądania 🙂

Skomentuj