Czy w wymarzonym od lat miejscu, do którego wreszcie dotarłem  mogło mi czegoś brakować? Czy taki Angkor sobie wymarzyłem? Mimo trzytygodniowego pobytu w Azji na Angkor mogłem przeznaczyć tylko pięć dni. Choć z tych pięciu, zaledwie trzy dni to zwiedzanie tego co po wielkim imperium Khmerów zostało. Wiele osób twierdziło, że wystarczy jeden dzień aby zwiedzić świątynie inni mówili, że potrzeba tygodnia. Ja nie mogłem zostać tutaj tak długo jakbym chciał, wiec trzy dni miały mi wystarczyć. Dzisiaj już wiem, że nie wystarczyły. Brakowało mi chwili dla siebie. Chwili, którą mogłem poświęcić nie na zwiedzanie ale na zatopienie się we własnych myślach o tym miejscu. Chwili gdy pośród tych ruin mógłbym usiąść gdzieś w cieniu i pomyśleć o historii, o tamtych czasach i ludziach wówczas żyjących.

Bez chwili refleksji nad historią tego miejsca to są tylko mury. Piękne, zdumiewające ale tylko mury. Kamienne bloki, które ktoś kiedyś poukładał jedne na drugich i zbudował z nich budynki. Choć przed wyjazdem przeczytałem niemal wszystko co napisano na temat Angkoru (polecam zwłaszcza książkę John’a Audric’a, „ Angkor i imperium khmerskie” – z której zresztą dużo korzystam opisując poszczególne miejsca), to cała ta wiedza gdzieś wyparowała ze mnie niczym woda z mojego organizmu w tym upale. Choć starożytni Khmerowie mają się nijak do Polskiej przeszłości to zarówno bieda, wojny, płacz jak i bogactwo, piedestał i dobrobyt jest wspólne dla nas wszystkich, każdy naród musiał stawić czoła tym samym przeszkodom. To nasze wspólne doświadczenie, dziedzictwo, wszystkich ludzi którzy mieszkają na NASZEJ planecie. To nasza ludzka część wspólna. Ludzie są wszędzie jednakowi i dzielą się jedynie na dobrych i złych. Często moje podróże są właśnie śladami historii ludzkości, są próbą doświadczenia (choć minimalnie) tego co ludzie dokonali zarówno złego jak i dobrego na przestrzeni dziejów. Historia zawsze była czymś czego nie potrafiłem  zostawić za sobą i zawsze była częścią mnie i zawsze jechała ze mną na wakacje.

Niestety, tutaj gdy już jestem w tym miejscu, gdzie ludzie zbudowali nieprawdopodobny świat, który przetrwał w swej materialnej postaci tysiące lat, zabrakło mi czasu na poznawanie tego co z biegiem czasu zostało zapomniane, uleciało bo działo się tylko w określonej chwili w przeszłości. Odkrywanie tamtych wydarzeń, poznawanie zwyczajów ludzi wówczas żyjących to właśnie ta część wiedzy, która nadaje niezwykłej magii Angkorowi. To lekcja historii , którą musiałem odrobić aby kamienie mogły stać się świątyniami. Chodząc po Angkor Wat spotkałem młodego chłopaka zatopionego w lekturze jakiejś książki. Gdy ja ocierałem pot z czoła on siedział w cieniu galerii i wczytywał się właśnie w tamte czasy. Zupełnie nieobecny i poza czasem. Zazdrościłem strasznie, bo gdzie czytać o tamtych czasach jak nie w tamtych murach? Niestety ja musiałem iść dalej. Obiecałem sobie, że znajdę również kilka chwil aby to właśnie w otoczeniu tych świątyń przeczytać dziennik wysłannika chińskiego cesarza Timura, który w roku 1296 posłał do wielkiego imperium swoje poselstwo. Na czele tej niewielkiej grupy był Czou Ta-Kuan, który w Kambodży spędził ponad rok, a jego raport przeleżał długie wieki w archiwum cesarskim. Dopiero w roku 1902 sławny sinolog Paul Pellot opublikował ten raport i dzięki temu odkrył dla nas tamte ulotne czasy, obyczaje i wydarzenia.

Tym bardziej było to dla mnie ważne, że właśnie zmierzałem w stronę świątyni, która jest jedną z najważniejszych w Angkorze. Piękna i straszna. Ponoć zachwyca i zniewala ale również przeraża. To właśnie odniesienie do kontekstu historycznego miało sprawić, taką przynajmniej miałem nadzieję, że spojrzę na ten cud świata trochę z innej perspektywy niż z perspektywy pocztówki dla turystów. Celowo wybrałem popołudnie na odwiedzenie tego niesamowitego miejsca aby w ciepłym zachodzącym słońcu stanąć w obliczu Buddy a nawet 216 jego twarzy! Zanim jednak tam dotarłem musiałem odrobić lekcję historii na którą i Was zapraszam razem z Czou Ta-Kuan’em.

Mówiąc Angkor zazwyczaj mamy na myśli Angkor Wat, czasami rozumiemy szerzej i mamy na myśli stolicę imperium Khmerskiego  – starożytne, święte miasto Angkor ale dzisiaj określenie to oznacza ogromny teren gdzie budowano wiele miast i zakładano kolejne stolice. Stolice się zmieniały, imperium rozrastało jednak nazwa Angkor stała się z wiekami synonimem całego państwa. U szczytu rozwoju w XII wieku stolica imperium Khmerów była najrozleglejszym kompleksem miejskim na świecie. Posługując się obrazowaniem radarowym i innymi narzędziami, naukowcy stwierdzili, że Wielki Angkor zajmował obszar   ponad 1000 km2, czyli dwa razy tyle co Warszawa, więcej niż Paryż, i miał aż 750 tysięcy mieszkańców (niektórzy twierdzą, że nawet milion). W tym czasie w Krakowie mieszka 12 tys. osób, w Paryżu i Londynie po 25 tys., w Rzymie 30 tys., w Mediolanie i Florencji po 70 tys. a w Konstantynopolu 200 tys. Większość z mieszkańców była rolnikami i robotnikami ale nie brakowało też niewolników. W centrum być może 40 tysięcy ludzi (zarówno elita, jak i chłopi) żyło w obrębie murów Angkor Thom – nowej stolicy imperium. To właśnie jadąc do tego miasta zatapiam się w historię.

Król Dżajawarman VII przeszedł do historii jako największy ze wszystkich królów khmerskich. Wielki reformator, społecznik, największy budowniczy i prawdziwy król – bóg. Pisałem o nim więcej przy okazji wizyty w niezwykłej świątyni Ta Prohm – również jego dzieła czy „królewskiego basenu” Srah Srang. Zastając Angkor (starą stolicę) w ruinie po najeździe Czamów w 1177 roku król wstępując na tron postanowił odbudować khmerską potęgę i przywrócić Kambodży dawną wielkość i dumę. Przystępuje do wypędzenia najeźdźców ze swego kraju. Do wojny przygotował się bardzo starannie i między innymi dzięki wojskom lądowym, flocie i oddziałom bojowych słoni wkrótce w królestwie znowu zapanował pokój. Król przystąpił do budowy nowej stolicy, która miała być jeszcze bardziej niezwykła niż dotychczasowa. Nowa stolica – Angkor Thom – w ciągu zaledwie kilku lat prześcignęła wspaniałością Angkor sprzed inwazji Czamów. Dżajawarman VII zajmował się rozbudową miasta, powstawało więcej świątyń i budowli niż za panowania dwunastu poprzednich władców. Jeszcze nigdy w imperium khmerskim nie budowano tak wiele i tak intensywnie. Z perspektywy stuleci wydaje się, że zmobilizowano chyba wszystkich jego mieszkańców do wznoszenia w gorączkowym tempie świątyń, mauzoleów, „bibliotek” i pomników. Można przypuszczać, że król nigdy nie otrząsnął się z wrażenia, jakie wywarła na nim zrównana niemal z ziemią stolica, która dumnie reprezentowała Khmerów przez poprzednie 350 lat i tylko wznoszenie coraz większej liczby okazałych budowli – wyższych, masywniejszych i bardziej świętych niż kiedykolwiek – mogło wymazać z jego pamięci ten straszny widok.

Za panowania Dżajawarmana VII imperium khmerskie osiągnęło szczyt swojego rozwoju, jednakże fantastyczna rozrzutność króla doprowadziła je do zubożenia i ostatecznie do upadku. Setki twarzy widnieją wciąż na kruszejących murach lub też wyłaniają się spośród roślinności, na której legły a wszystkie są twarzami Dżajawarmana VII, stylizowanego na Buddę. Za jego panowania buddyzm stał się religią dominującą. Surjawarman II połączył kult Wisznu i Śiwy – w Angkor Wacie a Dżajawarman VII wprowadził buddyzm w Bajonie. W roku 1933 francuski archeolog odnalazł w Bajonie gigantyczny posąg Buddy w jamie pod centralną wieżą. Uważa się powszechnie, że ukryli go tutaj mnisi buddyjscy w czasach nawrotu do siwaizmu po śmierci króla, kiedy to kult lingamu wyparł kult Buddy.

Angkor Thom stawał się coraz piękniejszy i bardziej majestatyczny, jego założenia świadczą o tym, że król był nie tylko wizjonerem i szaleńcem, ale i realistą. Miasto zbudowano na planie kwadratu, otoczono trzynastokilometrowym murem z laterytu, zamiast zwyczajowych nasypów ziemnych, tak charakterystycznych dla układu i sytemu obronnego khmerskich stolic za rządów poprzednich władców. Król polecić zachować te budynki, które nadawały się do odbudowy, i wznieść wiele nowych, tak że w rezultacie nowa stolica, powstała na tym samym miejscu, w małym stopniu przypominała starą. W środku miasta, na południe od dawnego pałacu, znajduje się Bajon uważany z najbardziej fantastyczną budowlę khmerską, słynący ze wspaniałych reliefów, obfitujących w niezmierne bogactwo detali. Pokrywają one całą powierzchnię ścian. Khmerscy rzeźbiarze znani byli z poczucia humoru, toteż nietrudno sobie wyobrazić, że jeden z nich mógł powiedzieć królowi, który stykał się z poddanymi częściej niż jego poprzednicy: „Dżajawarmanie, królu – boże i Buddo, oto twoje życie!” Dwieście masywnych twarzy z kamienia, wyobrażających króla – boga, spogląda bez wyrazu w dal. Wydarzenia historyczne, wojny, życie dworskie, kampanie, triumfalne parady, a także nader ziemskie sceny, jak towarzysząca wojsku prostytutka, chłopiec podkradający owoce ze straganu śpiącego sprzedawcy, cielę ssące krowę. W centralnym sanktuarium król polecił umieścić posąg Buddy i wizerunki przestawiające najwyższych urzędników kraju oddających cześć królowi-bogu.

Barwnie i szczegółowo wygląd nowej stolicy opisuje Czou Ta-Kuan. Oto co napisał: „W murze otaczającym miasto jest pięć bram, każda potrójna. Na wschodnią stronę wychodzą dwie bramy, na pozostałe strony świata – po jednej. Za murem rozciąga się szeroka fosa, do której prowadzą drogi dojazdowe; nad fosą przerzucono ogromne mosty. Po obu stronach mostów znajdują się pięćdziesiąt cztery kamienne posągi bóstw, przypominające generałów z kamienia, gigantyczne i przerażające. Wszystkie bramy są identyczne. Kamienne balustrady mostów wyciosano w formie węży (nagów) o dziewięciu głowach. Ręce pięćdziesięciu czterech posągów przetrzymują węża, jak gdyby przeszkadzając mu w ucieczce. Miało to być najbardziej ekspresyjne przedstawienie znanego mitu Ubijania Morza Mleka. Nad bramami murów znajduje się pięć kamiennych głów Buddy o twarzach zwróconych na zachód, środkowa jest pozłacana. Po obu stronach bram wyrzeźbiono kamienne słonie. Mury zbudowane są wyłącznie z bloków kamienia ustawionych jeden na drugim. Bloki z kamienia połączono bardzo starannie i solidnie, tak że nie rośnie między nimi dzika trawa. W pewnych odstępach od siebie stoją puste domki.

Wewnętrzna strona wału tworzy jakby wysoką rampę, na której znajdują się wielkie bramy, zamykane na noc, otwierane rano. Bram tych pilnują wartownicy, tylko psy nie mają prawa przechodzić przez te bramy. Mury miejskie tworzą regularny kwadrat, na którego czterech rogach wznoszą się cztery wieże z kamienia. Przestępcy z obciętymi palcami u nóg także nie mogą przekroczyć bram. Złota wieża otoczona ponad dwudziestoma kamiennymi wieżami i setkami domków z kamienia wyznacza środek królestwa. Po stronie wschodniej znajduje się złoty most, po obu stronach mostu umieszczono dwa złote lwy i ośmiu złotych Buddów w kamiennych niszach. Na północ od złotej wieży stoi jeszcze wyższa wieża miedziana, sprawiająca naprawdę imponujące wrażenie. U podnóża wieży jest ponad dziesięć kamiennych domków. Dalej na północ mieści się siedziba władcy. Wewnątrz apartamentów rezydencjonalnych jest jeszcze jedna złota wieża. Należy przypuszczać, że właśnie te budowle przyczyniły się do tego, że kupcy wysławiali bogactwo i wspaniałość Kambodży”.

Olbrzymia inskrypcja u wejścia do miasta oznajmiała wszystkim, że: „Miasto Jaśodharapura [Angkor Thom] zaślubione zostało przez króla, aby zrodzić pomyślność wszechświata”. Od wieków naga miał dla Khmerów mistyczny urok. W czasach Dżajawarmana VII widziano w nim cudowny most lub schody wiodące do siedziby bogów. Świątynię uważano z pałac unoszący się w powietrzu. Zwykły człowiek wierzył, iż przechodząc między kamiennymi bramami – tęczami przybywa do rezydencji Buddy. Jak wynika ze znanej legendy, dawni Khmerowie uważali nagę za bóstwo zamieszkujące wśród lasów Tonle Sap. Był to wąż odznaczający się niezwykłą pięknością i wspaniałą barwą, lubiący się wylegiwać na brzegach jezior. Pewnego dnia do lasu zawitała córka Indry i zatrzymawszy się nad jeziorem podziwiała stadko czapli brodzących w wodzie. Wąż ocknął się tymczasem z drzemki, ujrzał prześliczną dziewczynę i natychmiast się w niej zakochał. Serce mu powiedziało, że długie poszukiwania dobiegły końca, bo znalazł wreszcie godną siebie partnerkę. Naga i córka Indry pobrali się i w ten sposób wąż stał się ojcem wszystkich Khmerów.

Królestwo khmerskie zasłynęło bez wątpienia jako centrum kultury, nauki i sztuki, a tę godną zazdrości reputację zdobyło dzięki Dżajawarmanowi VII. Uczonych z wielu krajów przyciągała wysoka cywilizacja Angkoru, rodzimi uczeni cieszyli się teraz większym prestiżem niż przedtem. Powstało nowe określenie – „król profesorów”, z całego imperium przybywali uczniowie, by zasiąść u stóp sławnych mędrców. Król wierzył święcie, że obdarował swój wielki naród wiarą. Świadczyły o tym przepych świątyń, które zbudował i które stać będą jeszcze długo potem, kiedy on odejdzie, by połączyć się ze swoim bogiem. Wiara ta będzie osłaniała niby tarcza. Śmierć Dżajawarmana VII nastąpiła około 1218 roku i oznaczała koniec całej epoki i niechybnie nadchodzący koniec imperium. Jednak to co zostało z jego wielkiego dzieła do czasów nam współczesnych, mimo braku złotych wież, złotych lwów, złotych mostów i złotych posągów Buddy nadal jest niesamowite i olśniewające. Świątynia Tha Prohm stała się już ikoną Angkoru na całym świecie a niesamowity Bajon ciągle powoduje ciarki na plecach u osób przekraczających jego bramy. Zatem jedziemy do Bajonu…

Skomentuj