Na ten widok, który miałem przed sobą przygotowywałem się od lat. Tysiące obejrzanych wcześniej zdjęć, kilka filmów i programów dokumentalnych, kilka przeczytanych książek a mimo wszystko stanąłem jak wryty. Widok przepiękny, zadziwiający i wspaniały.  Stanąć u wrót Angkor Wat to doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Niezwykłe odkrywanie historii ale przede wszystkim, przynajmniej dla mnie, to przeżycie niemal mistyczne. Po raz kolejny przekonałem się, że rzeczywistości nic nie zastąpi.

Nie ma chyba człowieka, którego nie uderzyłby ogrom Angor Watu – niesamowitego kompleksu, zbudowanego na planie prostokąta o wymiarach tysiąc pięćset na tysiąc trzysta metrów. Zajmuje powierzchnię niemal 20 hektarów. Jedyna w swoim rodzaju i z niczym nieporównywalna piramida schodkowa, zajmująca obszar pięciokrotnie większy od Watykanu, ma dla khmerskiej sztuki podobne znaczenie jak Partenon dla kultury helleńskiej. Ktoś wyliczył, że w obwodzie Angkor Wat można by pomieścić sporą część monumentów starożytnej Grecji, ktoś inny porównał tą budowlę do Wersalu, podkreślając doskonale wyważony wymiar płaszczyzn i otwartych przestrzeni. To nie jest tylko świątynia ale całe miasto. Miasto, które żyło ponad tysiąc lat temu niezwykle barwnymi wydarzeniami ale również miasto, które nigdy nie przestało istnieć w wyobraźni, wierzeniach, legendach samych Khmerów.

Żeby dostać się do właściwej świątyni, trzeba przejść groblą wznoszącą się nad olbrzymią fosą, a właściwie wielkim jeziorem. O talentach matematycznych i umiejętnościach khmerskich budowniczych świadczy fakt, iż obmurowana fosa w każdym punkcie ma szerokość dokładnie stu osiemdziesięciu trzech metrów oraz, że na obwodzie prawie sześciu kilometrów tolerancja błędu jest mniejsza niż dwa i pół centymetra!

Wysepki kwitnących lotosów, lilii wodnych, dzikich storczyków i innych kwiatów dodają  jej niezwykłej malowniczości. Było tu bez wątpienia tak samo pięknie przed wiekami i przodkowie dzisiejszych Khmerów zapewne zatrzymywali się w tym miejscu w drodze do świątyni, by nacieszyć oczy wspaniałą scenerią. Tylko do tego miejsca mogli dotrzeć zwykli mieszkańcy królestwa. Dostęp do samej świątyni był zarezerwowany dla bardzo nielicznych. Jednak sam spacer groblą musiał robić ogromne wrażenie zarówno wówczas jak i teraz.

Choć zazwyczaj wszyscy turyści chcą jak najszybciej wejść do wnętrza niezwykłej budowli i bardzo szybko pokonują tą drogę, to warto przystanąć gdzieś z boku, zmrużyć oczy i zerknąć na wznoszący się przed nami Angkor Wat. To jeden z tych widoków dla których warto pokonywać tysiące kilometrów. Widok, którego nigdy nie da się zapomnieć . Niezwykły. Zastanawiałem się , czy architekci celowo tak to wymyślili aby nas onieśmielić, aby pokazać nam jacy jesteśmy malutcy wobec potęgi króla – boga? Jeżeli tak to udała im się to w 100% i działa nawet w XXI wieku!

Grobla, która dzisiaj jest tylko zapowiedzią tego co czeka mnie wewnątrz świątyni była świadkiem wspaniałych scen w dziejach Khmerów. Maszerowały tędy wojska, galopowali jeźdźcy, kroczyli w ceremonialnych procesjach kapłani. Dzisiaj biegnie tędy tłum turystów. Ponoć najtłoczniej jest z samego rana i to jest prawda. Rano ilość tutrystów jest tutaj olbrzymia. Ja dotarłem pod Angkor Wat po południu, ponoć miało być już mniej tłocznie. Czy było? Nie ma pory dnia aby nie było tutaj tłumów. Zawsze będziemy otoczeni wianuszkiem innych ludzi. Choć ponoć właśnie po południu jest ich najmniej.

Brukowana droga na grobli o długości stu pięćdziesięciu dwóch i pół metra, z balustradami w kształcie nagów, prowadzi rzez fosę do głównego portyku wejściowego w murze otaczającym właściwą świątynię. Mniej więcej w połowie długości grobli , po obu jej stronach, znajdują się rytualne schody prowadzące do fosy. Kiedyś właśnie tymi schodami schodzili mnisi aby dokonać rytualnego oczyszczenia.

Portyk wejściowy, usytuowany w środku zewnętrznego muru, ma dwieście trzydzieści metrów długości, główne wejście wieńczy centralna wieża w kształcie tiary, po obu jej stronach biegną kryte galerie zakończone mniejszymi wieżami o zburzonych wierzchołkach.  Mam wrażenie, że już w tym miejscu dotykam sacrum. Jakaś tajemnica jest niemal wyczuwalna w powietrzu. A może to tylko wilgoć? Już tutaj zapiera dech w piersiach piękno i monumentalność tej budowli a przecież to dopiero wstęp. Jeszcze daleka droga do właściwej świątyni. Tym bardziej daleka, że musze pochylić się nad każdym wyrzeźbionym kamieniem, dotknąć ściany (sic!), nie mogę się powstrzymać!

Za bramą znajduje się następna grobla o długości blisko czterystu metrów, obramowana po obu stronach balustradą w formie nagów. W kilku miejscach została ona uszkodzona, brakuje też niektórych fragmentów. Gdyby dokonano kompletnej rekonstrukcji, budowla straciłaby wiele ze swego piękna, nie pozostawiono by też pola na naszą wyobraźnię. To właśnie wyobraźnia chyba jest głównym moim przewodnikiem. Cała moja wiedza na temat tego miejsca, wyczytana z książek gdzieś uleciała. Stała się nieważna, władzę przejęła wyobraźnia.

Po obu stronach grobli, w połowie jej długości, znajdują się dwie biblioteki , a przed nimi kwadratowe ozdobne sadzawki. Niewielkie budowle bibliotek są charakterystyczne dla architektury khmerskiej, chociaż nie do końca wiadomo, jakie było ich przeznaczenie. Historycy skłaniają się bardziej ku charakterowi religijnemu, ponieważ zawsze ustawione są parami po obu stronach wejścia i zwrócone na zachód. Wzniesione na terenie parkowym, wyglądają niezwykle malowniczo, ponadto optycznie przerywają linię łączącą koniec galerii z olbrzymimi wieżami, które wyrastają przed nami. Balustrady grobli zakończone są siedmioma głowami kobry ułożonymi w wachlarz i unoszącymi się groźnie w górę. Strzegą one sanktuarium, a kamienne lwy umieszczone na stopniach pilnują wejścia do niego.

Centralna świątynia ma u podstaw dwieście piętnaście metrów długości i sto osiemdziesiąt siedem metrów szerokości, wysokość jej wieży przekracza sześćdziesiąt pięć metrów. Wysoka wieża oflankowana po obu stronach mniejszymi wieżami, z którymi łączą ją galerie na filarach, uwypukla piękno budowli. Prostokątna świątynia składa się z trzech kondygnacji i zwieńczona jest centralną grupą wież. Nie sposób tego wszystkiego objąć jednym spojrzeniem. Groźne szare mury niemal walą sie na mnie z każdej strony. Czuję się przytłoczony i nie bardzo wiem w która stronę ruszyć. Chciałoby się być wszędzie, zajrzeć z każdy zakamarek, poszukać jakiegoś magicznego miejsca. Potrzeba tygodni  aby poznać tą świątynię a ja mam zaledwie jedno popołudnie. Wzrok biegnie ku wieżom i myśli aby wspiąć się tam wysoko, gdzie kiedyś stał posąg Wisznu, posąg cały ze złota.

Na każdej wieży znajduje się strzelisty pinakiel – gigantyczny pąk lotosu – widoczny już z oddali. Wszystkie tarasy opasują galerie z wieżami w narożnikach i pawilonami kryjącymi schody usytuowane na osi budowli. Centralną wieżę na najwyższym tarasie łączą z pawilonami umieszczonymi na osi galerie na filarach, dzieląc taras na cztery brukowane dziedzińce.  Wszystko to tworzy niesamowity labirynt korytarzy, pomieszczeń w którym łatwo zabłądzić. Można utknąć tutaj na dłuższy czas bo każdy zakręt, każdy następny poziom odkrywa przed nam kolejne cuda. Mam do wyboru dwie trasy zwiedzania. Albo wejść po schodach prowadzących na najwyższy taras, albo „zabłądzić” pośród kolumn w galeriach reliefów. Nie byłbym sobą, gdybym nie wybrał drugiej opcji z nadzieją na to, że może tutaj w jakimś zakamarku będę mógł, choć przez chwilę być sam.

Kiedyś w tym sanktuarium nagie lub półnagie tancerki świątynne obwieszone sznurami pereł tańczyły lub dokonywały obrzędów przed królem – bogiem, którym w czasie budowy świątyni był Surjawarman Wielki, czyli Surjawarman II, określany jako Pan Panów, Król Królów czy wreszcie Wcielony Wisznu. Dzisiaj prawie dwa tysiące tancerek świątynnych, kurtyzan z nieba Indry oglądam wyrzeźbione na ścianach galerii, na kolumnach, w świętych przybytkach, w rozmaitych zakątkach, grupami i pojedynczo, w różnorakich, pełnych wdzięku i akrobatycznych pozach. Niektóre z nich umieszczono wysoko, nad bogami i półbogami, co oznacza, iż tańczą między alegorycznym niebem a ziemią.

Owe piękne, uśmiechające się i ponętne istoty ożywiają budowlę, jej mroczne i wilgotne galerie, pomieszczenia i biblioteki. Obnażone do pasa tancerki pokrywając całą powierzchnię ścian pierwszego i drugiego tarasu. Dewaty, czyli nimfy, oraz obwieszone sznurami pereł apsary – powabne, w zmysłowych pozach tancerki świątynne z odsłoniętymi piersiami  często są ze sobą mylone. Mityczne nimfy wyróżniają się gibkością sylwetek i wytwornym uczesaniem. Ich uda zakrywają sarongi z cienkiej materii. Rytm wykonywanego przez nich tańca jest ledwo widoczny. Natomiast sylwetki apsar są ukazane w dynamicznym tańcu, który wymaga od nich niemal akrobatycznych ruchów. Liczba kobiecych postaci wynosi blisko 2000. Gdy jednak dokładnie się im przyjrzeć, staje się jasne, iż żadna nie jest repliką innej. Każda jest inna! Mimo stereotypowych, pozbawionych ekspresji uśmiechów wszystkie te postaci roztaczają wokół siebie aurę czarującego wdzięku.

Błądząc pomiędzy ciemnymi pomieszczeniami niemal dotykam tamtych czasów. Choć wiele pomieszczeń jest zniszczonych, wiele stropów dawno temu się zapadło to waśnie pomiędzy tymi galeriami, kolumnami chyba najbardziej czuć ducha tamtych czasów. Może to tylko moja wyobraźnia ale gdybym miał skończyć zwiedzanie Angkor Wat poprzestając tylko na obejrzeniu tych galerii to już byłbym szczęśliwy. Galerie pierwszego i drugiego piętra dają możliwość bycia tutaj sam na sam z historią i świątynią. Gdy tak siedzę  w jakimś ciemnym kącie owiewające mnie chłodne powietrze (naturalna klimatyzacja) sprawia, ze ma wrażenie jakby ktoś mnie dotykał. Zimny dreszcz przebiega po plecach. Chciałbym spędzić tutaj noc – dziwne marzenie przeleciało mi przez myśl. Z zamyślenia wyrywa mnie przemykający tutaj jakiś spieszący się turysta koreański turysta, najwyraźniej niedostrzegający niczego ciekawego w tym miejscu. Zabawne bo to mi robi zdjęcie jakbym był najbardziej interesującym obiektem tutaj. Galerię są tak duże, że zawsze znajdziemy tutaj miejsce tylko dla siebie. Można zatem nawet tutaj w Angkor Wat, pośród dziesiątek turystów znaleźć miejsca gdzie można w ciszy i samotności zamyślić się i rozmarzyć.  Angkor Wat to bowiem nie tylko świątynia, to również Złota Meru – schody prowadzące z ziemi do nieba a wszechobecne apsary wskazują do niego drogę a moja wyobraźnie hula tutaj niczym nieograniczona.

Większość królewskich sanktuariów w starożytnym imperium zbudowano na podobnym planie jak Angkor Wat, ale żaden nie wyraża tak jasno praktykowanego w owym czasie ducha hinduizmu, który pojmował porządek uniwersum jako harmonię między światem ziemskim i boskim. W centrum wznosi się piramidalna konstrukcja, mityczna góra Meru, będąca centrum wszechświata. Zewnętrzny mur oznacza krawędź świata, fosa zaś symbolizuje oceany.

Nikt nie zdołał lepiej wyjaśnić ziemskiego wyobrażenia „ogrodów bogów” jako kosmicznej góry niż Bernard Philippe Groslier, który pełnił w Angkorze funkcję kuratora i poświęcił mu całe swoje życie. „Należy wejść w mistyczny labirynt, przemierzając jego trzy kolejne etapy. Na pierwszym piętrze znajdują się okna otwierające się na zewnątrz. Są one pokryte płaskorzeźbami przypominającymi legendarne, bohaterskie czyny i wydarzenia: tutaj wciąż jeszcze jesteśmy na ziemi. Na drugim brak jest okien, nie ma też żadnych wizerunków, zostajemy odcięci od świata. W tym momencie rozpoczyna się proces uwalniania się od pożądania. Szczęśliwcy, którym uda się dotrzeć na trzecie piętro , osiągną całkowite wyzwolenie. Mogą wówczas ukazać się w oknie, ponieważ zdołali wznieść się ponad wszystko. Wstąpili do ogrodu bogów, znaleźli się w raju”. Ja chyba utknąłem na etapie „uwalniania od pożądania” bo gdy postanowiłem pójść dalej znalezienie właściwej drogi okazało się niełatwe, ale zgubić się w Angkor Wat to szczęście i radość!

Angkor Wat

  • pierwsza połowa XII wieku.
  • Król – Surjawarman II. Nazywany pośmiertnie: Paramavishnouloka. Data urodzenia jest nieznana, zmarł prawdopodobnie w 1150 roku. Panował w Angkorze w latach 1112-1150(?).
  • kult – Brahmy (Wiszyzm)
  • styl architektoniczny –  Angkor Wat

Plan świątyni:

2 komentarze do “Mistyczny labirynt”

  1. Wcale się nie dziwię, że Cię ‚powaliło z nóg’. Piękne zdjęcia, piękna relacja.

  2. Bardzo dziękuję 🙂

Skomentuj