Gdy już stanąłem pod Angkor Wat miałem jeszcze jedno marzenie. Dostać się na szczyt najwyższej wieży! Wejść do środka wieży, która góruje nad całym kompleksem. Tam gdzie ponoć król Surjawaraman II przyjmował na audiencjach ważnych kapłanów i dostojników państwowych. Dostać się tam, gdzie przed wiekami dostęp mieli tylko nieliczni. Dzisiaj wejść tam może każdy, no prawie każdy.

Trzecia ostatnia kondygnacja to już niemal symboliczne wejście do nieba – nieba Wisznu. W khmerskich alegoriach ten najwyższy poziom świątyni symbolizuje właśnie miejsce zamieszkane przez bogów. Wejście na tę najwyższą kondygnację nie jest łatwe i proste. W upalnym słońcu trzeba pokonywać wiele stromych i wąskich schodów. Kamienne schody miejscami są niemal wypolerowane od stóp i bardzo śliskie ale zachowały się w doskonałym stanie. Te oryginalne prowadzące na sam szczyt  są dzisiaj zabudowane drewnianymi stopniami z poręczami. Dzięki temu, choć nadal bardzo stromo ale wchodzi się łatwiej a przede wszystkim bezpieczniej. Dzisiaj już nikt na tych schodach nie traci życia jak to bywało dawniej gdy ktoś spadał .

Ze stopni roztacza się wspaniały widok ale nie wolno się na nich zatrzymywać, gdyż sznur ludzi idzie w dół i w górę. Strażnicy pilnują porządku i poganiają tych, którzy przystanęli w celu zrobienia zdjęcia. Tłum ludzi niemal płynie w stronę najwyższego miejsca w Angkor Wat. Schody prowadzą na tarasy i dalej na szczyt. Zostaję chwilę na bocznym tarasie aby nasycić oczy widokiem, który niemal nie zmienił się od tysiąca lat i chwilę odpocząć. Te kilka godzin biegania po tej świątyni w upale jednak może każdego wykończyć. Poza tym te emocje!

Tutaj z góry ,mniej więcej w odległości półtora kilometra widać stary Angkor. Miasto, kiedyś stolicę  wielkiego imperium. Wielu historyków zastanawiano się dlaczego król Surjawaraman II zbudował Angkor Wat poza obrębem stolicy? Jednym z powodów, jakie wysuwano, była chęć odizolowania go od miasta. Władca pragnął, by Angkor Wat – jego mauzoleum – wzniesiono w miejscu odosobnionym, co jeszcze bardziej podkreślałoby jego majestat. Jeżeli rzeczywiście taki był zamysł króla, to trzeba przyznać, że osiągnął swój cel. Nic na przybyszu nie robi takiego wrażenia jak samotna sylwetka Angkor Wat na tle zielonej dżungli.

Z góry bardzo ładnie widać niższe tarasy. Zarośnięte trawą dziedzińce, samotnie stojące biblioteki, omszałe mury, które leżą tam gdzie się zawaliły. Widać jak na dłoni ciągnące się tarasy, galerie i kamienne pomieszczenia, cały układ przestrzenny. Kompleks Angkor Wat składa się z trzech czworoboków, jednego wewnętrznego  dwu zewnętrznych – oba czworoboki zewnętrzne znajdują się na wyższym poziomie. Centralne pomieszczenia, a na lewo i prawo od nich długie otwarte galerie dokoła czworoboku.

Wszystkie tarasy  opasują galerie, których ciąg przerywają wieże w narożnikach, przejścia, kryte pawilonami schody, zlokalizowane na osi budowli. Tarasy i wieże połączone są ozdobnymi galeriami i potrójnymi nawami, a ich układ odpowiada podwórcom na planie krzyża z kondygnacji niższej.  Dopiero z tej perspektywy widać złożoność całej budowli ilość różnych przybudówek, pomieszczeń, skomplikowanie zabudowana przestrzeń. W wielu pomieszczeniach widać modlących się mnichów w szafranowych lub białych szatach.

Nadal w Angkor Wat widać oznaki głębokiej religijności. To miejsce ciągle jest żywe. To nie jest archeologiczne muzeum ale żywa (już teraz) buddyjska świątynia. U stóp świętych przybytków i wokół wielu posągów bóstw płoną świeczki. Kwiaty położone przez kogoś z odwiedzających pod ścianą czy w rogu mrocznych i ogołoconych z dekoracji i wszelkich sprzętów pomieszczeń łagodzą trochę wrażenie opuszczenia. Wiele razy trafiałem tutaj na klęczących ludzi zatopionych w cichej modlitwie. Choć zwiedzać Angkor można w dowolnym ubraniu to tutaj na najwyższą kondygnację nie wpuszczą nikogo, kto odsłania zbyt wiele nagiego ciała. Dotyczy to zwłaszcza kobiet. Nie mogą mieć szortów, krótkich spódniczek czy odkrytych ramion. Warto zatem zabrać jakąś chustkę aby zakryć ramiona i nogi, bo przy tych temperaturach nikt nie zwiedza Angkoru w ubraniach z długim rękawem. Nie wolno wchodzić tutaj również dzieciom poniżej 12 roku życia i kobietom w wysokiej ciąży. To zapewne ze względów bezpieczeństwa bo schody są bardzo strome a tłok duży.

Mnisi swoimi jaskrawymi szatami rozjaśniają nieco mrok ciemnych korytarzy. Turyści najczęściej chcieliby ich sfotografować ale mnisi nie są tutaj w roli turystów.  Wielu z nich przybywa z pielgrzymką do Angkor Watu wędrując z odległych świątyń i klasztorów. Pielgrzymki do Angkoru urządzano już w zamierzchłych czasach, od samego założenia poszczególnych klasztorów. Od wieków Angkor dla wielu ludzi to miejsce święte i tak już pozostanie dopóki będzie istnieć to niezwykłe miejsce.

Najbardziej strome schody prowadzą na szczytowy taras i do świętego przybytku w wieży o kształcie pączka lotosu. Bakan – tak nazywa się to święte sanktuarium. Pierwotnie pomieszczenie to było otwarte na cztery strony świata. Prawdopodobnie to tutaj właśnie stał olbrzymi złoty posąg Wisznu dosiadającego garudy, świętego ptaka o ludzkim ciele, a dziobie i szponach  drapieżnika. Później gdy Angkor stał się świątynią buddyjską cztery wejścia zabudowano piaskowcem a powstałe w ten sposób ściany ozdobiono rzeźbami stojącego Buddy. Niestety z tych rzeźb niemal nic nie przetrwało do dzisiejszych czasów. Jedynie we wschodniej części sanktuarium Bakan pozostały dwa kawałki płaskorzeźby przedstawiającej siedzącego Buddę, które są dzisiaj czczone jak największe relikwie.

Nie dziwi fakt, że dla tak wielu to nadal jest święte miejsce. Angkor Wat otoczony murami i fosami, z centralnym sanktuarium i świątyniami w kształcie piramid, balustradami z nagów – stanowi replikę świata niebiańskiego. Symbolizuje ścisłe związki łączące dwa światy, obietnicę przyszłego życia. Zgodnie z powszechnymi wierzeniami świat składał się z kontynentu centralnego, określanego mianem Dżambudwipa, z kosmiczną górą Meru na środku. Kontynent ten otaczało koncentrycznie sześć pierścieni lądów oddzielonych siedmioma morzami, a zewnętrzny pierścień morza zamykał mur.

Miasto Brahmy znajdowało się na wierzchołku góry Meru i było siedzibą bogów strzeżoną przez ośmiu strażników pilnujących jej z czterech stron świata. Angkor Wat stanowił więc miniaturowy wszechświat, mikrokosmos wspaniale wymodelowany w kamieniu zgodnie z założeniami khmerskiej kosmologii. Pięć jego wież symbolizowało wierzchołki góry Meru, otaczający go mur – góry znajdujące się na krańcach świata, fosa – znajdujący się za nimi ocean.

W samych świątyniach podkreślano również tę symboliczną reprezentację. Wierzono na przykład, iż góra Meru sięga tak głęboko pod powierzchnię ziemi i morza, jak wysoko wznosi się ponad ich poziom. W związku z tym rzeźbiarze pokrywali płaskorzeźbami cokoły wież druga warstwą dekoracji – zazwyczaj identycznych. Angkor Wat to nie tylko arcydzieło architektoniczne, to także ukoronowanie wielowiekowych dążeń Khmerów pragnących wznieść wspaniały monument bogom trójcy hinduistycznej, jakkolwiek później bogów tych zastąpił Budda.

Niezależnie jednak od tego, czy w danym okresie popularnością cieszył się Wisznu, Śiwa czy Budda, ten, przed którym bito pokłony, nie był żadnym z tych bogów. Wiara w nich zaniknęła przed wiekami. Nie chodziło wcale o bogów, których posągi przechowywano z taką pieczołowitością, czcią i troską w ozdobionych drogocennymi kamieniami świętych przybytkach, przed którymi kapłani klękali, modlili się i dokonywali rytualnych obrządków i które wynoszono z sanktuarium w czasie specjalnych uroczystości, by lud mógł im się pokłonić. Każdy Khmer wiedział w głębi duszy, że czci i wielbi króla – boga aktualnie panującego, w świątyni Angkor Wat zaś jej fundatora – Surjawaraman’a II, żywego Wisznu. Dla nas, współczesnych mieszkańców Europy wszystkie te zawiłości religijne przestały być istotne. Angkor Wat  w obecnym, odrestaurowanym stanie jest dla mnie największym cudem świata. Jest szczytowym osiągnięciem ludzkiego geniuszu zaklęte w kamieniu. Stąpanie po tych tysiącletnich kamieniach było dla mnie mistycznym przeżyciem – wejściem na szczyt moich marzeń i pobytem w niebie!

 

3 komentarzy do “Bakan, misterium na szczycie”

  1. Adam, tak sobie pomyśłałam o tym zakazie dla ciężarnych kobiet i dzieci poniżej 12 roku zycia. Na Bali i na Javie do większości świątyń nie moga wchodzić kobiety w ciązy, kobiety mające okres, kobiety karmiące piersią, kobiety, ktorych dziecko nie ma jeszcze zebów i dzieci, ktore mają jeszcze mleczaki. Jako ni ewypada sprawdzać uzebienia wieć wprowadzono limit wiekowy – 12 lat. WIec moze to jest przyczyna zakazu?

  2. Nie pomyślałem o tym. Zakazy o których piszesz znam tylko z niektórych świątyń hinduistycznych. Rzeczywiście np. kobieta miesiączkująca jest uznawana za nieczystą rytualnie, ale Angkor Wat jest dzisiaj świątynią buddyjską, a z takimi zakazami w świątyniach buddyjskich nie spotkałem się ani na Bali, ani w Tajlandi, Sir Lance czy Singapurze. Jednak trzeba chyba pamiętać, że buddyzm z hinduizmem często się przenikają – zwłaszcza w Angkor Wat, który kiedyś był przecież świątynią wisznyzmu. Sam już nie wiem jaka jest prawda? Może po prostu ja te zakazy „przepuściłem” przez swoje europejskie normy i bezpieczeństwo stało się oczywiste. Jeżeli jest rzeczywiście inaczej, tak jak sugerujesz to znowu się okazało, że musimy otwierać bardziej umysły 🙂 a nie myśleć po naszemu 🙂 Poszperam, poczytam więcej bo temat mnie zainteresował bardzo:)
    pozdrawiam serdecznie!

  3. Daj znać Adam do czego się dokopałeś, bo sama jestem ciekawa dlaczego dziecko, które ma mleczaki czyli te do 12 roku życie nie moze wchodzić do świątyni? Dlatego tak bardzo lubie czytać twoje wpisy, są dla mnie jak bajkowy nieznany świat, duzo się dzięki tobie ucze..:)

Skomentuj