Nigdy nie należałem do tak zwanych „rannych ptaszków”. Częściej zdarza mi się kłaść spać wówczas gdy inni wstają. Tak lubię bardziej. Gdy zbliżają się wakacje zawsze cieszę się, że wreszcie nie będę musiał wstawać skoro świt. Płonne nadzieje szybko weryfikuje wakacyjna rzeczywistość, bo jak tu spać do 10 rano gdy za oknem pokoju hotelowego szumi błękitny ocean i świeci tropikalne słońce w środku (naszej) zimy?! Zawsze okazuje się, że to właśnie na wakacjach trzeba wstawać wcześnie rano – szkoda dnia, bo to tak szybko mijają, trzeba zjeść śniadanie, bo potem zamkną restaurację nie mówiąc o tym, że wycieczki też zaczynają się bardzo wcześnie. W tej podróży niemal codziennie wstaję i ruszam w dalszą drogę zazwyczaj gdy jeszcze nawet hotelowa restauracja jest jeszcze zamknięta. Ot, wakacje, i jeszcze sam je wymyśliłem! Drugi poranek w Siem Reap zaczął się właściwie w środku nocy. Po zaledwie czterech czy pięciu godzinach snu budzik brutalnie przerwał senne marzenia o bajecznej plaży i obwieścił 4 rano. To jakiś koszmar!

Jednak gdy się chce zobaczyć wschód słońca nie ma wyjścia trzeba wstać w środku nocy. Byłem umówiony ze swoim kierowcą Sra Pon’giem właśnie o tej nieprzyzwoitej godzinie. Oczywiście jak zwykle czekał już przed hotelem.  Dobrze chociaż, że na zewnątrz jest ciepło i rześko, więc jakoś dobudziłem się na tylnym siedzeniu tuk – tuka. Siem Reap o tej godzinie jest puste i spokojne. Wreszcie zniknęły z ulic rozwrzeszczane chordy pijanej młodzieży ale miejscowi już gdzieniegdzie szykują się do codziennych obowiązków. Uliczne latarnie oświetlają drogę w mieście ale tuż za nim wjeżdżamy w zupełną ciemność.

Na terenie Angkoru zupełnie nic nie widać, nic nie jest oświetlone. Jest tak ciemno jak potrafi być w tylko w tropikach. Słabe światła miasta nie dają tutaj żadnej poświaty na niebie jak to bywa w wielkich ośrodkach miejskich. Niebo jest czarne jak smoła a dookoła nieprzenikniony mrok. Na szczęście mam latarkę, której słabe światło oświetla metr drogi przede mną. Nie ma zbyt wielu osób. Właściwie jestem tutaj jednym z pierwszych. Zachodnim wejściem wchodzę na teren Angkor Wat i znajduję miejsce po lewej stronie przy zbiorniku wodnym – lotosowej sadzawce. To właśnie w tym miejscu powinienem za kilkadziesiąt minut zobaczyć jeden z najbardziej spektakularnych widoków na świecie. Wschód słońca nad Angkor Wat.

Mimo tego, że od olbrzymiej świątyni dzieli mnie zaledwie kilkanaście metrów absolutnie nic nie widać. W ciemnym mroku schowały się wszystkie lotosowe wieże, biblioteki i galerie. Niesamowite uczucie gdy wiem, że świątynia tam jest, tak blisko a nie dostrzegasz niczego. Muszę jednak wyłączyć latarkę bo ilość insektów, które przylatują do światła jest gigantyczna. Jakieś muszki wchodzą do oczu, nosa, uszu i ust. Dziesiątki latających stworzeń obija mi się o ciało co nie jest zbyt przyjemne. Szybko rozstawiam statyw pod aparat fotograficzny, wyłączam latarkę i siadam na trawie wpatrując się w mrok.

Dziki temu, że panuje ciemność na niebie pięknie widać  setki, tysiące a może i miliony gwiazd. Zawsze zdumiewa mnie jak piękne niebo jest tropikach. Można tak siedzieć, patrzeć i marzyć. Chyba tylko ładniejsze niebo z niesamowitą ilością gwiazd widziałem w południowej Etiopii gdy zatrzymałem się w Buska Lodge. Nigdy i nigdzie do tej pory nie widziałem takiego nieba. Nie ma tam żadnych miast, smogu, świecących latarni, więc gdy wyłączą prąd w ośrodku dokoła panuje ciemność i tylko w namiotach świecą się latarki. Gdy spojrzy się w niebo, w taką czarną noc nad naszymi głowami są miliony gwiazd. Widok jest tak piękny, że można stać i stać w milczeniu i tylko patrzeć w tak rozgwieżdżone niebo.

[scrollGallery id=314]

Jednak dookoła mnie zaczyna się jakiś ruch. Powoli wolne miejsca tuż przy brzegu wody zaczynają się zapełniać kolejnymi statywami z aparatami. Muszę uważać żeby ktoś w tej ciemności na mnie po prostu nie wszedł. Chyba każdy kolejny przybywający tutaj turysta jest tak samo zdziwiony gdy nagle tuż przed nosem wyrasta mu kolejny człowiek. Szybko okazuje się, że miejsca w „pierwszej linii brzegowej” już nie ma. Jest jeszcze zupełnie ciemno, więc panuje spokój i cisza. Jedynie miejscowe dziewczyny proponują gorącą kawę za 3$. Cena wysoka ale serwis do rąk własnych, bo raczej w tych ciemnościach nikt się nie ruszy do pobliskich straganów z jedzeniem a to kosztuje. Poza tym jeżeli pójdziemy po kawę to raczej nasze miejsce zajmie ktoś inny. Trzeba więc pilnować zajętej pozycji.

Pierwsze promienia słońca pojawiają się „za plecami” Angkor Wat. Świątynia jakby nieśmiało pokazuje swój zarys, wyłania się z mroku nocy. Pstrykają pierwsze flesze. Niestety mój aparat jeszcze niczego nie widzi. Denerwuję się, że wschód słońca to tylko moment, tylko ulotna chwila a mój „wypasiony” sprzęt jest tak beznadziejny, że nie łapie żadnej ostrości, jest po prostu ślepy. A może to ja nie wiem co nacisnąć? Nie mogę zrobić żadnego zdjęcia. Jeszcze jest za ciemno. Jestem niemal nieszczęśliwy, przecież po to wstałem w środku nocy aby zrobić właśnie te zdjęcia!

Stoję i patrzę na ten niesamowity spektakl niemal jak w transie. Angkor Wat wyłania się z ciemności coraz wyraźniej. Pod wpływem pierwszych promieni słonecznych niebo robi się coraz jaśniejsze. Rozpoczyna się niemal liturgia święta, jakiś rytuał. Za swoimi plecami słyszę szepty zachwytu japońskich (a może koreańskich?) turystów. Rozpoczyna się niesamowity spektakl barw. Niebo oblewa się czerwienią, fioletem i różem potem zabarwia się na żółto aż wreszcie niebieskie przejmuje władzę nad świątynią. Ciemne kontury Angkor Wat wyglądają zjawiskowo na tle tego barwnego przedstawienia. Wydaje mi się że świątynia ożyła, budzi się z nocnego snu, wieże zaczynają piąć się do góry a kamienne mury niczym wachlarz rozkładają się zajmując cały horyzont. Angkor Wat jakby unosił się w powietrzu!

Wreszcie mój aparat „widzi” ten cud. Zaczyna się szaleństwo! Nie liczy się nic i nikt tylko to co mam przed sobą. Każdy próbuje znaleźć jak najbardziej dogodne miejsce dla siebie i swojego aparatu. Każdy chce uchwycić jak najlepszy kadr. Rozpoczyna się walka o miejsce.  Ludzie wchodzą sobie na plecy, depczą nogi, potrącają wzajemnie. Ci którzy dojechali na miejsce gdy świt się już rozpoczął (a tych jest najwięcej) nie widzą przed sobą nic więcej niż las wyciągniętych w górę rąk trzymających aparaty fotograficzne. Tłum napiera coraz bardziej. Jak dobrze, że przyjechałem tak wcześnie, gdy jeszcze niemal nikogo nie było. Mam przed sobą tylko świątynię odbijającą swe oblicze w lotosowej sadzawce. Nikt nie zasłania mi widoku moich marzeń.

[scrollGallery id=315]

Ludzie dostają jakiegoś szału. Momentalnie pryska atmosfera mistycyzmu w tym miejscu. Krzyki w różnych językach, gesty znajome każdemu, nerwy i agresja. Walka niczym o ogień. Zdesperowani turyści zaczynają wchodzić nawet do wody aby zrobić zdjęcie. Tym samym moja pozycja już nie jest tak dogodna jak na początku. Nerwy zaczynają puszczać i mi. Tłok, ścisk, pokrzykiwania, potrącania i kilka rąk tuż przed moim obiektywem z telefonami komórkowymi. Nie, nie dam rady dłużej stać tutaj. Gdy jakiś turysta centralnie wchodzi mi przed aparat nie wytrzymuję. Czekam chwilę aż zrobi swoje zdjęcie ale on nie zamierza odejść. Grzecznie proszę o to aby odszedł gdzieś w bok ale nie reaguje. Ponowna moja prośba (już nie tak grzeczna) powoduje jego jeszcze większą niechęć do mnie. Wymieniamy „miłych” słów i wycofuję się z tego tłumu. Odchodząc widzę tylko kątem oka jak kilka osób niemal walczy  o zajęcie mojego miejsca.  Gdy się odwracam własnym oczom nie wierzę widząc jaki zrobił się tutaj tłum!

Decyduję się pójść w inne miejsce. Północna sadzawka nie jest tak oblegana. Właściwie nie ma tutaj nikogo. Wszyscy zgromadzili się przy tej po drugiej stronie, bo chyba cały świat zna ujęcia lustrzanego odbicia Angkor Wat właśnie z tego ujęcia. Lokuję się w miejscu dużo spokojniejszym i okazuje się, że to był strzał w dziesiątkę! Widok z tego miejsca jest zupełnie inny i równie spektakularny. Co prawda niebo nie przybiera już różnych kolorów ale za to niemal idealnie okrągła tarcza słońca rzucała przepiękną żółto – pomarańczową poświatę na świat. Pięknie! Cisza, spokój, wschód słońca  – odpłynąłem i zniknąłem o świcie w Angkor Wat. Było warto wstać o 4 rano! „Liturgia” budzącego się dnia w tym miejscu to nie tylko dobre ujęcie w aparacie fotograficznym, to przeżycie niemal rytualne i sięgnięcie do własnej duszy.

6 komentarzy do “Angkor Wat – czwarta rano”

  1. 4-ta rano to rzeczywiście niezbyt dobra pora na wstawanie. Ale myślę, że piękne widoki i możliwość zrobienia takich zdjęć wynagrodziły ten trud.

  2. Ojojej ale śliczne zdjęcia! 4 rano wolałbym się nie położyć;). Zawsze sobie mówi, że odeśpię jak będę stara.

  3. 13-nastko, oczywiście było warto zrywać się o tak nieprzyzwoitej godzinie 🙂 No i przynajmniej miałem długi dzień pełen kolejnych wrażeń!
    pozdrawiam

  4. Kuro dziękuję 🙂 Nie kłaść się? Pomysł dobry tym bardziej, że najpierw można pojechać oglądać zachód słońca i od razu poczekać na wschód 🙂 Trzeba mieć sporo sił na zwiedzanie Angkoru! Ja nie jestem pewien czy z tym wyspaniem się na starość nie jest tak samo jak wysypianiem się na wakacjach 🙂 Obiecanki- cacanki 🙂
    pozdrawiam serdecznie z pięknej jesiennej Polski 🙂

  5. zainspirowałeś mnie:) będę w Kambodży 29 stycznia br. W takim razie wstanę z samego rana (choć ta godzina mnie przeraża) i te tłumy ale ok jeśli warto.
    Fajny reportaż 🙂
    Pozdrawiam
    Ania

  6. Aniu, no niestety godzina jest nieprzyzwoita i to bardzo 🙂 Ale sama się przekonasz, że warto!!! Życzę wspaniałej podróży 🙂

Skomentuj