Pierwszy poranek w Siem Reap był dla mnie trochę jak Boże Narodzenie. Czułem się jakby nadszedł już, ten wyczekiwany przez cały rok szczególny dzień i zaraz dostanę prezent o którym marzyłem cały rok. Magiczne miejsce, które zaprzątało moje myśli tak długo było na wyciągnięcie ręki, no dobra było oddalone zaledwie pół godziny jazdy tuk – tukiem. Poranne śniadanie pochłonąłem niemal bezwiednie wpatrując się w zegar wiszący na ścianie restauracji.  Miałem wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu a kawa w mojej filiżance nigdy się nie skończy. Nie mogłem się już doczekać spotkania z umówionym wcześniej kierowcą, który ma mnie zabrać do Angkoru.

Sra Pon czekał pod moim hotelem kilkanaście minut wcześniej niż się umówiliśmy. Szczery uśmiech i miłe powitanie zapowiadały, że to był dobry wybór. Mówię co chciałbym dzisiaj zobaczyć, do jakich świątyń pojechać ale chyba robię to tak chaotycznie i bez sensu, że Sra Pon przejmuje inicjatywę i deklaruje, że wie od czego zaczniemy aby ominąć tłumy ludzi (o ile to w ogóle możliwe) i ma ustaloną trasę na dzisiejszy dzień i każdy następny. Rozkładamy mapę i pokazuje mi gdzie dzisiaj pojedziemy. Postanawiam mu zaufać bo jestem tak rozkojarzony, że i tak nie bardzo potrafię zapamiętać zaplanowane przez niego szczegóły dzisiejszego dnia.

Po drodze jedziemy jeszcze do apteki. Kupuję krople do oczu, które są mi potrzebne i szybko ruszamy w dalszą drogę. Później okazało się, że najprawdopodobniej właśnie w tej aptece zostawiłem swoją mapę Angkoru. Mapę, której szukałem dość długo a znalazłem w jakiejś księgarni w Londynie. Poprosiłem znajomych o przywiezienie właśnie tej mapy do Polski specjalnie na ten wyjazd. Zależało mi na niej z tego powodu, że poza tradycyjną mapą całego terenu Angkoru były tam pięknie rozrysowane plany najważniejszych świątyń. Przed wyjazdem uczyłem się tych planów niemal na pamięć aby dzięki temu nie błądzić po zakamarkach tych olbrzymich budowli a jak dotarłem na miejsce to mapę zgubiłem! Podniecenie i ogromna radość, że wreszcie dotarłem do Angkoru spowodowały, że chciałem to wszystko „ogarnąć” jak najszybciej i jak najwięcej! Stop – głęboki oddech, Angkor nie ucieknie! Trzeba było opanować emocje, bo nic z tego sensownego nie będzie! Pogubię wszystko zanim dotrę na miejsce :).


Przy bramie wjazdowej na teren świątyń nie było na szczęście dużej kolejki. Kilka minut w „ogonku”, szybkie zdjęcie robione przez obsługę kasy, 40$ i dostaję różowy kartonik – „Three Day Pass” ze swoim zdjęciem na którym minę mam co najmniej głupią :). Droga wolna! Gdy tylko przejechaliśmy bramę poczułem się jakbym znalazł się u św. Mikołaja na kolanach. Trochę się obawiałem ale niesamowicie cieszyłem. Zastanawiałem się, czy moje wyobrażenia o tym miejscu nie okażą się zbyt wyidealizowane, czy naprawdę Angkor okaże się miejscem tak niezwykłym? Czy prezent na który tak długo czekałem okaże się tym wymarzonym?

Pośród ogromnych drzew migały mi przed oczami ukryte klejnoty khmerskich zabytków. Ledwo widoczne z drogi, ukryte gdzieś w leśnym gąszczu. Miałem ochotę zatrzymać się przy każdym mijanym kamieniu, każdej powalonej na ziemię rzeźbie ale Sra Pon cały czas jechał przed siebie. Nie mogłem się opanować , żeby nie krzyczeć na widok kolejnej świątyni – spójrzcie tam! Znowu głęboki oddech – muszę się uspokoić! Niezwykła sceneria z każdym przejechanym kilometrem stawała się jeszcze bardziej niesamowita. Bezcenne zabytki są wszędzie, z każdej strony gdzie tylko nie spojrzeć widać mury. Zwały kamieni, bujna roślinność to wszystko przemieszane, walczące ze sobą. Wreszcie zatrzymujemy się na dużym placu przy tablicy z nazwą Ta Prohm (Rajavihara).  Jestem tak podniecony i oszołomiony, że nawet nie kojarzę tej nazwy! Pustka w głowie. Cała wiedza zdobywana miesiącami gdzieś uleciała są tylko emocje, które wywołują dreszcze  i nie pozwalają normalnie się zachowywać!

Kilkaset metrów piaszczystą ścieżką trzeba przejść aby dotrzeć do jednej z bram świątyni. Nie umiem spokojnie iść, niemal biegnę w kurzu i gorącym słońcu, bo już tak wcześnie rano temperatura powietrza dochodzi do 30 stopni Celsjusza. Gdy pojawiają się pierwsze wieże Ta Prohm staję jak zamurowany! Nareszcie marzenia się spełniają! Jestem oczarowany, zaczarowany i zupełnie otępiały. Nie wiem gdzie iść, w którym kierunku? Nawet nie wiem gdzie jestem. Jednak widok jakiś znajomy. Jak nazywa się ta świątynia? Co o niej wiem? Nic! Zupełnie nic! Wszystko gdzieś z głowy uleciało a mapę przecież zgubiłem zanim tutaj dotarłem. Ruszam niepewnym trochę krokiem przed siebie pomiędzy olbrzymie mury i  jeszcze większe drzewa. Grube pnącza oplatają niczym pajęczyną kamienne bloki. Olbrzymie drzewa ceiba pentandra  (czyli puchowiec) wyrastają wprost z potężnych murów. Korzenie kruszą tą niezwykłą budowlę jakby była zrobiona ze styropianu a nie z wielotonowych bloków kamiennych.

Instynktownie schodzę z głównej drogi prowadzącej w głąb olbrzymiej świątyni. Choć z samego rana nie ma tutaj (jeszcze) tłumów turystów szukam miejsca gdzie nie będzie nikogo.  Ciągle niepewnym krokiem idę w głąb lasu, staram się ominąć leżące na ziemi pokruszone głazy ozdobione pięknymi płaskorzeźbami. Uważam, żeby niczego nie nadepnąć, niczego nie dotknąć bo przecież to bezcenne zabytki, olbrzymie skarby ludzkiej cywilizacji. Nie mogę jakoś pojąć, że tak cenne przykłady architektury khmerskiej są tak dostępne, są wszędzie. Leżą w nieładzie, pokruszone, rozrzucone niczym nie chronione. Można wszędzie wejść, wszystkiego dotknąć! Jakoś nie potrafię się przemóc i uważam jakbym był w składzie porcelany, żeby przypadkiem niczego nie uszkodzić. Zapuszczam się samotnie pomiędzy omszałe kamienne korytarze i jednocześnie zakamarki swojej wyobraźni. Gubię się w tym świecie. Zapominam o przyjaciołach z którymi tutaj przyjechałem, zapominam o tu i teraz. Z przyjemnością zostaję sam na kilka godzin pośród tego co kilkaset lat temu wybudowali tutaj niezwykli ludzie.

Po dobrych dwóch godzinach chodzenia bocznymi drogami wokół tej świątyni kieruję się do jej centrum. Mijam kamienne korytarze, szeregi krzywych kolumn aż staję w centralnej części niezwykłej galerii. Widok, który ukazał się moim oczom jest niemal mistyczny. Z  jednej strony mnie zachwycił, zaskoczył ale przede wszystkim sprowadził do rzeczywistości. W tej jednej chwili, w tym jednym spojrzeniu na niezwykły obraz przeszłości wszystko wróciło! Ależ to jest TA świątynia! TA najsławniejsza, TA najbardziej znana, najczęściej fotografowania, TA najbardziej niezwykła a ja cały czas nie maiłem świadomości, że to właśnie TA! To właśnie tutaj tak bardzo chciałem stanąć,  to właśnie ten widok śnił mi się po nocach a ja przez dwie godziny chodziłem tak blisko nie zdjąć sobie sprawy, że to niezwykłe miejsce jest tuż obok! Przecież powinienem właśnie w tym miejscu pojawić się od razu, tak właśnie robią tysiące ludzi, którzy tutaj przyjeżdżają. Widocznie potrzebowałem tych dwóch godzin chodzenia pomiędzy tymi kamieniami aby wrócić do logicznego myślenia, aby pozbyć się tych wszystkich nagromadzonych emocji i aby móc wreszcie spokojnie odkrywać swój Angkor. Byłem gotowy!

Ta Prohm to najbardziej wzruszający obraz świątyni w Angkorze. Budowla w całości pochłonięta przez dżunglę. Czy właśnie tak wyglądało tutaj wszystko gdy odkrył to miejsce Mouhot? Jakiekolwiek próby rekonstrukcji tej świątyni spowodowałyby tylko jej upadek. Olbrzymie bloki skalne, kolumny, galerie, rzeźby tworzą z olbrzymimi drzewami już jednolity „organizm”. Ta świątynia poświęcona jest dzisiaj dżungli. Usunięcie drzew kapokowych, które usiłują zawładnąć tą świątynią, które ją przygniatają, oplatają i próbują pochłonąć, doprowadziłoby do jej zawalenia. Ta świątynia ginie i jednocześnie żyje dzięki drzewom. Bycie w tym miejscu to lekcja pokory wobec sił natury. To niepodważalny dowód na to, że natura w swej sile pokona każde dzieło człowieka. Może pokonać, może zniszczyć ale może też sprawić, że przeniesiemy się w niezwykły świat, który istnieje tylko w tym jednym miejscu na świecie. Przeniesiemy się w świat nieco nierealny, który nawet trudno sobie wyobrazić ale w świat, który istniej naprawdę.

Stojąc w tym miejscu czułem się niemal nieobecny, jakbym zniknął, przestał istnieć. Krążyłem gdzieś w powietrzu nad tym niezwykłym przykładem potęgi ludzi i natury. Nie mogłem się nadziwić, nie mogłem pojąć, nie mogłem się nacieszyć. Choć oglądałem setki zdjęć przedstawiające to miejsce to czułem się jakbym odkrył je sam. Skonfrontowanie marzeń z realnym pobytem w tym miejscu jest niezwykłym przeżyciem. To doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Nie wiem czy jest na świecie jeszcze inne miejsce gdzie można poczuć się w ten sposób jak tutaj? Ja nigdy nie byłem w innym i już chyba nigdy nie będę. To czary, magia, świat jak z baśni ale istniejący, namacalny.

Niestety nie ma szansy aby właśnie w tym miejscu nie było tłumów ludzi. Tutaj przychodzi każdy. Większość turystów nawet nie ogląda pozostałych części świątyni. To jest zresztą jedno z nielicznych miejsc na terenie całego Angkoru gdzie ustawiono liny oddzielające stare mury od turystów. Nie można przechodzić poza wyznaczone miejsce. Ustawiono nawet drewniane pomosty aby każdy mógł sobie zrobić zdjęcie z potężnymi korzeniami,  które oplatają krużganki centralnej świątynnej galerii. Uciekam od  nadchodzącego tłumu skośnookich turystów, którzy napierają na siebie wzajemnie aby mieć lepsze ujęcie z sobą w roli głównej. Wchodzę w boczne korytarze i znikam w cieniu historii i zapachu wilgoci. Ostatni raz tak się czułem gdy byłem małym chłopcem i znalazłem pod choinką w Boże Narodzenie swój pierwszy samochód na baterie. To było wówczas niezwykłe, że samochód sam jeździł! Dzisiaj niezwykłe było dotknięcie własną ręką starych murów świątyni Ta Prohm! Niezwykłe było niemal fizyczne przeniesienie się do świata sprzed tysiąca lat!

10 komentarzy do “Oniemiałem, zapomniałem, zgubiłem się!”

  1. Krystyna :

    Adam:) chyba nie było z Tobą tak źle skoro Twoje zdjęcia są takie piękne, magiczne po prostu!
    Na mnie też świątynie Angkoru zrobiły kolosalne wrażenie, ale pamiątki w postaci zdjęć masz cudowne!!!
    Nam przewodnik mówił, że coś robią jednak, żeby natura nie niszczyła zabytków(podcinają korzenie,podlewają chemią), mieli również odrestaurowywać świątynie…

    Pozdrawiam

  2. Krysiu uwierz mi na słowo, że pierwsze dwie godziny pośród tych ruin właściwie nawet nie wiem kiedy minęły 😉 Czułem się wspaniale ale zupełnie nie mogłem się ogarnąć! Sam z siebie się śmiałem jak zorientowałem się, że to przecież Ta Prohm jedna z najbardziej znanych świątyni a ja taki oczytany, taki „nauczony” historii tego miejsca nie poznałem gdzie jestem 🙂 Wstyd mi było, no bo po co człowiek tak się przygotowuje do zwiedzania jak w rezultacie będąc na miejscu głupieje? 🙂 Na mnie to miejsce zrobiło tak niesamowite wrażenie, byłem taki szczęśliwy, że nie mogłem uwierzyć 🙂 Tym bardziej, że właśnie tą świątynie chciałem zobaczyć a samym końcu a los sprawił (a raczej nasz kierowca), że poszła na pierwszy ogień! Dlatego tak się „zachłysnąłem” i zagubiłem ale dalej już będzie lepiej, będę bardziej świadomy 🙂 Dziękują za miłe słowa na temat zdjęć choć muszę przyznać, że początkowo również nie miałem absolutnie pomysłu jak fotografować te świątynie. Ich wielkość, magia, majestat i tajemnice są bardzo trudne do uchwycenia aparatem fotograficznym. Natrudziłem się bardzo, i wykonałem setki zdjęć. Do pokazania nadaje się zaledwie kilka procent z nich, tym bardziej cieszę się, że uważasz że są ładne. Mam nadzieję, że dzięki nim odżyją Twoje wspomnienia z tego niesamowitego miejsca 🙂
    pozdrawiam serdecznie!

  3. Ja też przyłączę się do zachwytu na temat zdjęć. Śliczne jak zawsze. Niektóre budynki wyglądają ładniej na Twoich fotografiach niż w realu. Jeśli nie jesteś zawodowym fotografem minąłeś się z powołaniem.

  4. Azjo normalnie się czerwienię 🙂 Nie, nie jestem fotografem i pewnie wiele mi jeszcze brakuje ale się tym nie przejmuje. Lubię po prostu robić zdjęcia a gdy jeszcze komuś się podobają to jestem szczęśliwy. Dla mnie to czasami jedyne pamiątki z podróży. Marzeniem jest uchwycić na zdjęciu nie budynek, miły obrazek, ładny uśmiech czy stertę śmieci ale pewne wrażenie, ulotną chwilę, promień słońca (to czasami sprawia, że na zdjęciach rzeczywistość wychodzi inaczej). To strasznie trudne, zwłaszcza w tak niezwykłym miejscu jak Angkor gdzie ta magia jest na wyciągnięcie ręki i w ilościach hurtowych! Wydawać by się mogło, że to świetny plener fotograficzny a jednak chyba jeden z najtrudniejszych, przynajmniej dla mnie. Tym bardziej dziękuję za miłe słowa i serdecznie pozdrawiam 🙂

  5. Grazyna1 :

    A ja dziękuję nie tylko za ciekawe zdjecia ale i za całe opowiadanie. Czułam sie jakbym tam była:) . Przesyłam pozdrowienia

  6. Grazyna dziękuję i zapraszam na ciąg dalszy, bo zwiedzimy świątyń jeszcze kilka.

  7. Mariusz - marinik :

    Adam – to mój pierwszy wpis na „bez granic”. Wcześniej zaglądałem, a teraz – czuję się jak na haju. Twoja opowieśc to sprawiła. Ech, mam nadzieję, ze kiedyś doznam podobnych wrażeń -na żwyo – TAM.
    Pozdrawiam.

  8. Mariusz, witam zatem na blogu oficjalnie 🙂 Chcieć to móc – to działa. Najważniejsze to marzenia. Angkor to niezwykłe miejsce i mam nadzieję, że nie będziesz musiał czekać wieczności aby się o tym osobiście przekonać. Trzymam mocno za Ciebie kciuki!!! 🙂

  9. Mariusz - marinik :

    Minął niemal rok od pierwszego mojego wpisu. dziś znów czytam opowieśc o Angkorze z emocjami, ale dziś one są większe zdecydowanie, dziś te wszystkie magiczne miejsca są przede mną w odległości JEDNEGO TYGODNIA !!!!!
    :)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

  10. Mariusz życzę wspaniałych wrażeń i koniecznie pozdrów Sra Pona 🙂

Skomentuj