Chyba tylko dwoje ludzi, którym było dane mieć w życiu tyle szczęścia i uporu można nazwać największymi odkrywcami. Pierwszy z nich to bez wątpienia Howard Carter, który w 1922 roku odkrył grobowiec Tutanchamona. Dzięki temu odkryciu jego nazwisko zapisało się na kartach historii a cały świat fascynuje się tym odkryciem do dzisiaj.

Drugim człowiekiem, który dokonał odkrycia na podobną skalę, a według mnie o wiele bardziej znaczącego był Henri Mouhot. Choć mało kto dzisiaj pamięta jego imię i nazwisko to niemal każdy słyszał o Angkorze. Ten francuski przyrodnik w styczniu 1861 roku, przedzierając się przez gęstą kambodżańską dżunglę w poszukiwaniu nieznanych gatunków motyli, natknął się na ruiny olbrzymich świątyń i kamiennych wież. Natknął się na to co przez czterysta lat skrywała dżungla – pozostałości po średniowiecznym imperium khmerskim. Odnalazł Opuszczoną Stolicę! Udowodnił, że to nie jest tylko legenda.

Długie ciemne blanki obronnych murów wydawały ciągnąć się niemal w nieskończoność w dżungli. Były tu wspaniałe galerie i reliefy. Pięć majestatycznych wież w kształcie pąków lotosu, o zapierającej dech w piersiach piękności, wznosiło się wysoko ponad okalającymi je ruinami. Kamienne lwy strącone z bram świątyni leżały na ziemi. Gałęzie oplatające gigantyczne kamienne oblicza skruszyły je lub zmiażdżyły. Spośród listowia wyzierały z walących się murów uśmiechnięte powabne twarze tancerek świątynnych. Było tam ponad dwieście imponujących obiektów. Potężne drzewa przebiły się, przez zdobione sufity, grube stropy i dachy. Korzenie długości ponad dziesięciu metrów i często grubości męskiego uda, skręcone i poplątane, oplatały mury budowli. Henri Mouhot odlazł mityczny Angkor.

Jednak nie był on pierwszym człowiekiem, który odnalazł ruiny Angkoru. W połowie XVI wieku pewni portugalscy misjonarze Lopo Cardozo i Joo Madeira opisali „las potężnych i przerażających ruin pałaców, budowli i świątyń o takich rozmiarach, w jakie trudno byłoby mi uwierzyć, gdybym nie widział ich na własne oczy. Trudno je opisać piórem, ponieważ nie ma czegoś tak wyrafinowanego n a świecie, co geniusz ludzki tu wymyślił ”. Relację tę przyjęto z niedowierzaniem. Nikt im nie uwierzył!

Później, w roku 1604 inny portugalski duchowny  Quiroga de San Antonio, przekazał podobną relację, ale i jemu nikt nie uwierzył. To co opisywali wykraczało poza możliwości wyobraźni ludzi w tamtych czasach. Następnie, w roku 1672, francuski misjonarz, Pere Chevreuil, opisał swoje odkrycie bardziej szczegółowo i nazwał miejsce znaleziska Onco. Sceptyczny stosunek do tych relacji jednak nie uległ zmianie. Świat nie był jeszcze gotowy aby odkryć Angkor.

Dopiero plastyczne opisy Henriego Mouhot’a trafiły na podatny grunt. W owym czasie Francja miała ogromny wpływy w Indochinach, a jako państwo bogate i potężne nie tylko zainteresowała się odkryciem, lecz również sfinansowała dalsze poszukiwania. Do zagadkowej krainy wysłano kolejne ekspedycje. Historia Khmerów zaczęła się wyłaniać z mroków. Cały świat przecierał oczy ze zdumienia i zachwytu. Jednak dotarcie do świątyń zatopionych głęboko w dżungli wcale nie było łatwe i bezpieczne. Zanim wyruszyłem w swoją podroż i swoje odkrywanie Angkoru rozczytywałem się w opisach jakie pozostały po tych pierwszych odkrywcach. Nie potrafię sobie wyobrazić jak pięknie i tajemniczo musiały wyglądać te świątynie gdy po setkach lat zagarniania ich przez dżunglę  odkryto je ponownie. Ale nie zawsze te opisy były romantycznym zachwytem nad architekturą starożytnych Khmerów.

Henri Mouhot pisze w swojej książce: „…od razu pierwszego dnia nasze wozy się przewróciły i wydawało się, że dalsza podróż będzie niemożliwa. Stało się to na strasznych bagnach, wozy zapadały się po osie, bawoły po brzuchy […] poruszaliśmy się stale po bagnistej równinie pokrytej gęstym, cienistym lasem. Można było sobie wyobrazić, że zza drzew wychyli się jakaś baśniowa postać. Nietrudno mi zrozumieć, że wyobraźnia pogan te kryjówki olbrzymich i okrutnych dzikich zwierząt przemieniła w siedzibę demonów. […] Nie słyszałem nic prócz ryku tygrysów i dzikich jeleni i przenikliwego trąbienia słoni […].

Kambodżanie na nasz widok wpadali w osłupienie i gdybym był nie przyprowadził ze sobą z Syjamu dwóch młodych mężczyzn, nie udałoby mi się za żadną cenę nakłonić kogokolwiek do towarzystwa  […] Kambodża jest straszna ze względu na niezdrowy klimat. […] W porze deszczowej rzadko kto opuszcza swoją chatę ze względu na pijawki, które mnożą się w lasach do tego stopnia, że czynią je nieprzystępnymi  […] Kiedy przechodziłem przez wieś, której mieszkańcy w dwóch trzecich byli Annamitami, obawiałem się, że zostanę przez nich pojmany i zakończę poszukiwania w lochu.” 

Nawet pomoc króla Kambodży nie ułatwiała mu podroży w sposób wyraźnie odczuwalny: „Choć król Kambodży dał nam pismo, w którym polecał wszystkim naczelnikom we wsiach kambodżańskich dostarczać mi środków transportu w drodze, miałem wielkie trudności w dotarciu tutaj, bo w osiedlach, przez które prowadziła nasza trasa, często nie mogliśmy znaleźć ani bawołów, ani wozów. Ponadto Kambodżanie to najgorszy gatunek stworzeń na świecie. Nie można ich zbudzić z letargu, graniczącego prawie z tępotą, inaczej niż przy użyciu kija, podobnie jak osła. Tak oto zakończyłem moją podróż trwającą prawie cały miesiąc, to znaczy trzykrotnie dłużej niż piesza wędrówka”.

Zachwyt i podniecenie wywołane wielkim odkryciem dało mu jednak bardziej niż wystarczającą rekompensatę za trudy podroży. Dalej pisze: „Nokhor lub Ongkor był stolicą starożytnego królestwa Kambodży albo Khmeru, kiedyś tak słynnego wśród wielkich państw Indochin, że prawie wszystkie przekazy zachowane w tym kraju wspominają, iż dwudziestu królów płaciło mu daniny i że posiadało pięcio-  czy sześciomilionową armię. […] Jedna z tych świątyń, rywalizująca wspaniałością ze świątyniami Salomona, wzniesiona przez jakiegoś tutejszego Michała Anioła, mogłaby zająć zaszczytne miejsce między najpiękniejszymi budowlami. Jest wspanialsza od wszystkiego, co pozostawiła nam w spadku Grecja  czy Rzym […] niestety, w efekcie plagi  wojny i współdziałania czasu, wielkiego niszczyciela, który nie oszczędza […] dzieło zniszczenia i rozkładu dokonuje się nadal wśród tych budowli, co jeszcze stoją – imponujące i majestatyczne, wśród okalających ich ruin […] napisy pokrywające niektóre kolumny są nieczytelne, ale jeśli zapytasz Kambodżan, kto zbudował Ongkor Wat, otrzymasz niezmiennie jedną z czterech odpowiedzi:  <<to dzieło Pra-Eun, króla aniołów>>, <<to dzieło olbrzymów>>, <<zbudował go Trędowaty Król>>, <<powstał sam>>.

Kilka lat po odkryciu Mouhota do świątyni powróciło życie. Kambodżanie zaczęli przyjeżdżać, aby zapalić wotywne świeczki i modlić się. Opasywali pomarańczowymi szarfami posągi Buddy, składali kwiaty u stóp czczonych bóstw. W mrocznych i ogołoconych z dekoracji pomieszczeń mnisi w jaskrawych szatach szafranowego koloru wznosili ciche modlitwy, odprawiali rytualne obrzędy. Serce Angkoru zaczęło znowu bić, a jego więź z przeszłością zastała ponownie nawiązana.

Jednak Henri Mouhot nie doczekał się chwili ponownego rozkwitu Angkoru. Jesienią 1861 roku rozchorował się na malarię. Jest wówczas podczas kolejnej swojej wyprawy. Odkrywca Angkoru umiera w wieku zaledwie 30 lat, w dawnej stolicy Laosu, Luang Prabang. Pochowano go w skromnym grobie, otoczonym gęstwiną paproci. Stoi samotnie na wzgórzu i choć dzisiaj odnowiony nie zawsze tak było. Wydaje się to „chichotem” historii ale grób Mouhot’a został zapomniany i „zaginął” pośród bujnej zieleni laotańskich lasów. Dopiero w roku 1990 ów grób przypadkowo odnaleziono i odnowiono – niemal tak samo jak wielkie dzieło odkrycia pochowanego tam człowieka. Cóż, widocznie miał dobrą karmę!

[…] Nigdy nie czułem się tak szczęśliwy jak teraz, w tej wspaniałej tropikalnej scenerii. Nawet gdybym wiedział, że tu umrę, za nic nie zmieniłbym tej egzystencji na przyjemność i wygody cywilizowanego świata […]  Tak pisał w swoich dziennikach Henri Mouhot chyba nie wiedząc, że wypowiada prorocze słowa.

*Na podstawie: "Angkor i Imperium Khmerskie", John Audric, PIW, Warszawa 1979

    

2 komentarze do “Odnalezienie Opuszczonej Stolicy”

  1. Te historie, które opisujesz są fascynujące. Tak jak i miejsca przedstawione na zdjęciach.

  2. Ja mam niestety taką przypadłość, że lubię dużo wiedzieć o miejscach do których się wybieram. Pewnie trochę nudne są te ostatnie wpisy na blogu dla niektórych ale ja nie umiem inaczej 🙂 Zwłaszcza w miejscu takim jak Angkor ta odrobina historii dała mi poczucie bycia tam nie tylko ciałem i oczami ale i duszą. Miejsce jest niezwykłe i zostawiło we mnie jakąś „rysę”. Tym bardziej cieszę się, że Ci się podoba 🙂 Wydaje mi się, że bez tych historii nigdy nie poczułbym tego co poczułem zwiedzając te świątynie. Bo to nie tylko sterty kamieni ale znacznie, znacznie więcej. Magiczne miejsce, jedyne takie na świecie 🙂
    pozdrawiam serdecznie 13-nastko 🙂

Skomentuj