Ta Prohm to jedna z najpiękniejszych świątyń jakie można obejrzeć w Angkorze. To jeden z najbardziej olśniewających klejnotów spośród khmerskich zabytków, które legły w gruzach. Pozostawiono ją właściwie w nietkniętym stanie od czasów jej odnalezienia przez Henri Mouhot’a. Wędrując zakamarkami tej świątyni czasami natykam się jedynie na wsporniki podtrzymujące walące się sufity i przekrzywione ściany. Zapobiega to dalszym zniszczeniom i pozwala świątyni ciągle trwać. Nadal są tu dżungla i drzewa, które otaczały ją ze wszystkich stron przez długie stulecia, krusząc jej mury, podważając fragmenty budynku i przechylając je pod najróżniejszymi kątami.

Ta Prohm jest jedną z najbardziej ulubionych świątyń wśród turystów i cieszy się wielką popularnością. Gdy tutaj się chodzi i widzi te niezwykłe mury zatopione w żarłocznej zieleni czasami odnosi się wrażenie, że tak powinny wyglądać również inne świątynie, że niepotrzebnie wydarto pozostałe ruiny dżungli. Odrestaurowanie wielu innych świątyń na pewno zabrało im aurę tajemniczości, baśniowości ale jednocześnie uratowało je przed zawaleniem. Mój egoizm głośno we mnie krzyczy, że tylko tak powinniśmy zachowywać to świadectwo minionych stuleci. Nie jest to oczywiście możliwe, bo gdyby poprzez niezwykle ciężką i mozolna prace nie ratowano tych świątyń nie byłoby tutaj co oglądać!

Ta Prohm cora częściej funkcjonuje również pod inną nazwą, bardziej współczesną – „Tomb Raider Temple”. Wszystko zaczęło się od nakręcenia kilku scen właśnie w tej świątyni w filmie o przygodach pewnej pani archeolog – Lary Croft, którą grała Angelina Jolie. Przygodowy film był ogromnym komercyjnym sukcesem na całym świecie i bardzo przyczynił się nie tylko do sławy Angeliny ale również świat pokochał tą tajemniczą świątynię ukrytą w Kambodży. Mi osobiście nie podoba się coraz powszechniejsze odchodzenie od khmerskiej nazwy świątyni ale nawet miejscowi używają często nazwy filmowej. Szkoda, bo już dzisiaj zapomniano o pierwotnej nazwie tej świątyni, która brzmiała Rajavihara. Cóż, taki jest świat!


Świątynia rzeczywiście jest imponująca – gdzie okiem sięgnąć korzenie, konary drzew, głównie dzikich figowców i banianów (figowców bengalskich) o kolumnowych korzeniach zwieszających się z konarów i otaczających macierzysty pień. Wyrastają z wierzchołków wież, ze szpar w budynkach i odnosi się wrażenie, iż musiały reagować na zew ziemi, bo zmierzają ku niej zewsząd – olbrzymie, grubaśne korzenie ciągną się daleko od pni przemierzając potężne skały i bloki kamienne albo je omijając, by wreszcie dosięgnąć żyznej gleby – eliksiru życia, a sięgnąwszy korzeniami głęboko w ziemię, rosną ze zwiększonym wigorem.

Kamienne podłoże użyźniły ulewne deszcze przenikające przez solidny zielony dach dżungli i zraszając gnijącą roślinność i glebę. Niektóre drzewa puściły korzenie na wysokości dwóch tarasów od ziemi. Wśród ruin królują drzewa wełniakowate i puchowce strzelając w górę na powitanie nieba. Zapach stęchlizny, mchu, zapach tajemnicy wzmacnia moje odczucia gdy niemal w samotności oglądam zewnętrzne mury świątyni. Nie wiadomo tak naprawdę gdzie kończy się świątynny budynek a gdzie zaczyna się las. Wszystko ze sobą splątane, wszystko przemieszane, wszystko wspólne. Warto do tej świątyni przyjechać rano jak najwcześniej gdy jeszcze nie ma tutaj „dzikich” tłumów. Warto wstać skoro świt i chociaż w najdalszych zakamarkach tej wspaniałej budowli przez kilka minut być sam na sam z wiekami historii i poczuć tą niezwykłą aurę.



Przed prawie ośmiuset lat musiała to być wspaniała świątynia. Inskrypcja na steli głosi, że król Dżajawarman VII był zagorzałym wyznawcą buddyzmu, który stanowił „wyższą drogę wiodącą do najwyższego oświecenia, jedyną doktrynę umożliwiającą osiągnięcie zrozumienia rzeczywistości, prawo, które czczą nieśmiertelni trzech światów, miecz trzebiący dżunglę namiętności”.* Dżajawarman VII był jednym z największych khmerskich królów – bogów i jednocześnie niezwykłym reformatorem społecznym. To właśnie za jego panowania kraj dokonał największej ekspansji terytorialnej. W skład Kambodży, poza terenami Khmerów, weszła cała Czampa (dzisiejszy Wietnam, ziemie dzisiejszego Laosu i Tajlandii, część Półwyspu Malajskiego, aż po przesmyk Kra oraz Birma.

Zapewne był też jedynym, któremu udało się osiągnąć pewne rezultaty w zakresie złagodzenia cierpień i leczenia chorób. Jego działalność na tym polu zadziwia wielkością i rozmachem. Zbudował ponad sto szpitali i obsadził je khmerskimi i cudzoziemskimi lekarzami. Aby zachęcić pielgrzymów, mieszkańców królestwa i innych krajów do odwiedzenia wspaniałej stolicy, która z wolna dźwigała się z gruzów (po wcześniejszym najeździe Czamów), przy drogach wiodących do Angkoru kazał zbudować sto pięćdziesiąt zajazdów i schronisk. Czyżby to był początek masowej turystyki?

Jeszcze nigdy w imperium khmerskim nie budowano tak wiele i tak intensywnie, król był największym budowniczym w dziejach. Z perspektywy stuleci wydaje się, że zmobilizowano chyba wszystkich jego mieszkańców do wznoszenia w gorączkowym tempie świątyń, mauzoleów, „bibliotek” i pomników. Powstawały dziesiątki budowli, coraz większych, masywniejszych, piękniejszych, które miały zadziwić świat. Jedną z nich jest właśnie świątynia Ta Prohm – poświęcona matce króla. Posąg w sanktuarium przestawia ją jako duchową matkę Buddy, co stanowi kolejny dowód na to, że Dżajawarman VII wierzył, iż jest żywym Buddą.

Dżajawarman VII wymagał, by wszyscy jego poddani, niezależnie od stanu, interesowali się przyszłą egzystencją króla – boga na tym świecie. Surowo ganił, a czasami nawet dymisjonował ministra, generała czy też posła, który nie okazał wystarczającego zainteresowania tą sprawą. Król pragnąc żyć wiecznie (choć nie fizycznie ale w umysłach swojego ludu) dbał aby świątynie w kształcie góry – której zbudowania oczekiwano od każdego władcy – zlokalizowano na odpowiednio widocznym miejscu. Bez wątpienia jednak uważał, że buddyzm dostarcza naukowego i racjonalnego wyjaśnienia wszechświata. Z większości starszych świątyń usunięto lingam, a na jego miejscu wstawiono posąg Buddy. Dżajawarman VII – żywy Budda – miał połączyć się z Buddą po śmierci i w ten sposób zapewnić sobie zbawienie. Miły mu w tej drodze pomóc licznie budowane na jego rozkaz świątynie. Wkrótce po jego śmierci wiele świątyń się zawaliło, gdyż budowano je niedbale i w niebywałym pośpiechu ale również z jego śmiercią skończyła się cala epoka chwały wielkiego imperium khmerskiego.

Królestwo khmerskie za czasów panowania Dżajawarman VII zasłynęło jednak bez wątpienia jako centrum kultury, nauki i sztuki, a tę godną zazdrości reputację zdobyło dzięki mądrości króla – boga. Uczonych z wielu krajów przyciągała wysoka cywilizacja Angkoru, rodzimi uczeni cieszyli się teraz większym prestiżem niż kiedykolwiek przedtem. Powstało nowe określenie – „król profesorów”, z całego imperium przybywali uczniowie, by zasiąść u stóp sławnych mędrców.



Dziś już nie przybywają tutaj mędrcy i posłańcy ościennych królestw aby złożyć hołd królowi. Za to przybywają tutaj miliony turystów i wszyscy są zachwyceni. Jednak poza turystami, którzy sprawiają, że świątynia tętni życiem nie są to tylko mury pośród, których człowiek się gubi. Nadal wiele tutaj oryginalnych posągów Buddy, mniej lub bardziej zniszczonych upływem czasu i szabrownikami. Nadal można zadumać się przy ołtarzach gdzie wielu Buddystów składa dary. Małe posągi nadal ubiera się w pomarańczowe szaty, nadal zdobi się kwiatami a u ich stóp wierni składają arbuzy, butelki z wodą czy arbuzy. Czasami słychać ciche szepty modlitwy i monotonnie odmawiane mantry. Trafiając w takie zakamarki mam poczucie trochę bezczeszczenia tego miejsca, które dla mnie jako turysty jest zabytkiem a dla wielu ciągle świątynią. Chowam wówczas aparat, staję dyskretnie za kolumną i chłonę ten tajemniczy i nieznany dla mnie świat. Mógłbym tak stać cały dzień i „wpływać” myślami w ten magiczny świat. Te kilka godzin tutaj to dla mnie stanowczo za mało!


Inna inskrypcja, którą naukowcy odczytali w Ta Prohm dostarcza danych o rzeszach pracowników, jakie zatrudniano niegdyś w tej świątyni, a także o liczbie przeznaczonych dla nich pomieszczeń. Wylicza „…osiemnastu oficjantów głównych (czyli arcykapłanów) , dwa tysiące siedemset czterdzieści oficjantów, dwa tysiące dwustu trzydziestu dwóch pomocników, sześćset piętnaście tancerek, w sumie dwanaście tysięcy sześćset czterdzieści osób mających prawo do zakwaterowania, sześćdziesiąt tysięcy sześćset dwudziestu pięciu mężczyzn i kobiet w służbie bogów. W sumie siedemdziesiąt dziewięć tysięcy trzysta sześćdziesiąt pięć osób”.*

W inwentarzu świątyni znajdował się komplet naczyń ze złota o wadze pięciuset kilogramów (!), komplet naczyń ze srebra mniej więcej wagi 5 ton, trzydzieści pięć brylantów, czterdzieści tysięcy sześćset dwadzieścia pereł (!), cztery tysiące pięćset czterdzieści szlchetnych kamieni, wielka złota czara, osiemset siedemdziesiąt sześć zasłon przywiezionych z Chin, pięćset dwanaście kompletów bielizny pościelowej z jedwabiu, pięćset dwadzieścia parasole i dwa tysiące trzysta osiemdziesiąt siedem szat przeznaczonych do ubierania posągów(!). Do tej „parafii” należało 3140 wiosek, zamieszkanych przez osiedziesiąt tysięcy ludzi. w sparawozdaniach odnotowano również zużycie 16 744 świec!

Trudno dzisiaj wyobrazić sobie takie bogactwo, taki przepych i takie tłum mieszkających ludzi w tej świątyni. Obecnie filary, tarasy, szczyty budynków i wieże oplatają pnie, konary lub korzenie drzew i nie zawsze się można zorientować, który z elementów tej plątaniny zapewnia właściwie stabilność całości, tak mocnym bowiem splecione są uściskiem. Z fasad zwisają korzenie niby gigantyczne frędzle. Oblicza kamiennych postaci wydaje się wykrzywiać grymas bólu wywołanego naporem korzeni. Buddę spotkał ten sam los, niekiedy oplatające go gałęzie sprawiają takie wrażenie, jakby uśmiechał się tempo.



Niezwykłego uczucia doświadcza się patrząc na efekty pojedynku miedzy siłami przyrody a kamiennym arcydziełem architektury, pojedynku trwającego prawie sześćset lat. Budowla zachowała swój nieodparty urok, a tu i ówdzie również niezwykłe piękno. Nie ma jednak ani cienia wątpliwości, że gdyby nie interwencja człowieka, zwycięstwo w końcu odniosłaby dżungla i Ta Prohm na zawsze zniknęłaby pomiędzy olbrzymimi drzewami żarłocznej dżungli tak jak zniknęły bezpowrotnie wszystkie drogocenne klejnoty z tej świątyni. Moja wyobraźnia nie potrafi tak poszerzyć swoich możliwości aby wyobrazić sobie to miejsce w czasach jego świetności. Nie umiem, nie potrafię! Tysiące kapłanów, setki tancerek, muzyka, błysk diamentów, szelest jedwabi i promienie słońca odbijające się od złotych pater i kielichów. Niewyobrażalne! Czas opuścić (niestety) to miejsce, pozbierać „roztrzaskane” emocje, ochłoną, napić się zimnej wody (zapomniałem ze sobą na zwiedzanie zabrać coś do picia i te kilka godzin w tym upale byłem bez wody). Paląc papierosa w cieniu wielkiego drzewa puchowego, słuchając cykad nadal nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście, choć te mury były tuż obok!

Ta Prohm (Rajavihara)

  • druga połowa XII i początek XIII wieku. Napisy na zachowanych stellach podają jako rok ukończenia budowy świątyni 1186.
  • Król – Dżajawarman VII – Syn Dhaaranindrawarmana. Nazywany pośmiertnie: Maha Paramasznagata pada. Urodził się między 1120 a 1125, zmarł między 1215 a 1219. Panował w Angkorze w latach 1181-1218.
  • kult – buddyjski
  • styl architektoniczny – Bayon

Plan świątyni:

Plan zwiedzania świątyni:

*„Angkor i Imperium Khmerskie”, John Audric, PIW 1979

Skomentuj