Banteai Kdei zwiedza się łatwo, właściwie przechodzi się przez jej środek na wskroś – ze wschodu na zachód lub odwrotnie. Świątynia zbudowana jest na planie prostokąta i nie jest duża. Warto umówić się z kierowcą aby czekał na nas po przeciwnej stronie świątyni tak aby nie wracać się do tego samego miejsca gdzie rozpoczynamy zwiedzanie. Można wędrować głównym korytarzem cały czas przed siebie poprzez kolejne wejścia, które ustawione są niemal w linii prostej względem siebie co daje niesamowitą perspektywę kolejnych nadproży i pomieszczeń.

Niegdyś dostępu do tego sanktuarium broniła szeroka fosa i wysoki mur. Dzisiaj fosy już nie ma a mur w wielu miejscach dawno się zawalił. Jednak ciągle istnieje kamienna droga na grobli, która prowadzi ze wschodu lub zachodu. Banteai Kdei poza rolą świątynną było także domem dla mnichów. Jeszcze do pierwszej połowy XX wieku funkcjonował tutaj buddyjski klasztor.

Znajduje się tutaj wiele małych pomieszczeń i niewielkich dziedzińców. Właśnie z tego powodu do Banteai Kdei przylgnęła nazwa „Cytadeli z celami”. Te małe pomieszczenia właśnie niczym cele były zamieszkanie przez mnichów. Choć dzisiaj stan budowli nie pozwala na to aby ktoś tutaj mieszkał to świątynia ciągle jest żywa i ciągle pełni rolę religijną. W centrum świątyni natykam się na dosyć duży posąg Buddy.

Ciągle modlą się tutaj mnisi, ciągle wierni składają dary. Kult Buddy nigdy stąd nie odszedł. Kolorowe proporczyki zdobią ciemny sufit  i dodają barw niewielkiemu pomieszczeniu. Zapach palących się kadzidełek roztacza fantastyczną atmosferę  aż mam ochotę usiąść na jednym z wielu leżących tutaj rzeźbionych głazów, które pewnie kiedyś były dumnymi kolumnami. Tylko jak tu zmusić się do tego, żeby przysiąść na czymś co ma ponad tysiąc lat i jest zabytkiem klasy zerowej?! Jakoś nie mogę, choć przecież tutaj wszystko jest tak stare. Znowu mam wrażenie profanacji tego miejsca. Źle się czuję chodząc tutaj w butach, bo jak przystało na  świątynię buddyjską powinno się być boso jak Ci, którzy kilka metrów ode mnie się tutaj modlą. Znowu nie pasuję do tego miejsca. Czym jest Angkor? Muzeum czy świątynią?


Cztery pierścienie murów wzniesione na planie prostokąta otaczają centralne sanktuarium świątynne. Z zachodu prowadzi tutaj duża brama z wieżą na szczycie, na której wznoszą się wykute z olbrzymich bloków skalnych twarze patrzące w cztery strony świata. Podobną brama znajduje się również na wschodzie. Główne wejście do świątyni znajduje się od wschodu ja jednak, za namową swojego kierowcy wchodzę do świątyni od zachodu. Troszkę pod prąd zwyczajowi zwiedzania ale dzięki temu jest tutaj trochę spokojniej. Ci którzy przeszli całą długość świątyni są już zmęczeni więc szybko kierują się do wyjścia a większość nawet nie dociera do zachodniej bramy, tylko mniej więcej w połowie zwiedzania cofają się do wschodniej bramy gdzie wchodzili na teren Banteai Kdei.

Dzięki temu, że nie ma tutaj wielu turystów mogę spokojnie przyglądać się tej niesamowitej bramie. Ogromne twarze Buddy z lekko przymkniętymi oczami i lekkim uśmiechem wydają się groźne. Choć drugiej strony mi wydaje się, że tym tajemniczym uśmiechem zapraszają do wnętrza. Pomiędzy poszczególnymi pierścieniami murów znajdują się pozostałości balustrad ozdobionych wizerunkami dziewięciogłowego świętego węża Naga. Choć ich stan jest fatalny to ciągle widać jak swoim rozpostartym płaszczem mają chronić Buddę (choć sam waż Naga pochodzi z hinduizmu). Przemieszanie symboli religijnych w Angkorze nie jest niczym niezwykłym. Na przestrzeni setek lat różne religie sięgały szczytu popularności aby potem oddać palmę pierwszeństwa innej.

Dżajawarman VII, za panowania którego powstały (między innymi) właśnie te dwie świątynie (Ta Prohm i Banteai Kdei) a cywilizacja khmerska osiągnęła szczyt swej potęgi politycznej i ekonomicznej, dokonał w istocie religijnej rewolucji. Zastąpił hinduski kult triady Brahmy, Sziwy i Wisznu znacznie bardziej rygorystyczną wiarą buddyjską. Jednak nie zakazał wyznawania hinduizmu ale znalazł sposób na pogodzenie i zgodne współistnienie obu tych religii. Prawdopodobnie władca ów został do tego zmuszony pod naciskiem bardzo silnego wówczas hinduskiego duchowieństwa. Dlatego mimo, że zwiedzamy świątynie poświęcone Buddzie odnajdziemy tutaj również elementy związane z mitologią hinduską.

Schodzę z utartego szlaku zwiedzania skręcając w boczne korytarze. Większość z nich jest ciemna i wilgotna. W niektórych miejscach jeszcze widać pozostałości drewnianych sufitów, które dawno się zawaliły. Ponoć lepiej nie podnosić tutaj żadnych kamieni bo pod nimi mogą kryć się węże. Ja na szczęście żadnego nie spotkałem ale też i niczego nie podnosiłem nie dotykałem. Nie mogłem tylko oprzeć się pokusie dotknięcia pięknych płaskorzeźb, które pokrywają ściany ale szybko cofam rękę z wyrzutami sumienia, że nie powinno się tutaj niczego dotykać. Rząd kolumn i zawalony nad nimi sufit wskazuje pewnie cele gdzie mieszkali mnisi. Mały dziedziniec pewnie służył odpoczynkowi ale nie sposób w tym upale posiedzieć  tutaj dłużej.

Przechodzę przez „Halę Tancerek” – płaskorzeźby znajdujące się tutaj na ścianach i kolumnach nie pozostawiają złudzeń, że waśnie to pomieszczenie było przeznaczone dla niebiańskich tancerek. Każda świątynia musiał mieć ich kilkadziesiąt a czasami jak w Ta Prohm kilkaset. Tancerek,  których jedynym zadaniem było poprzez swój rytualny taniec składać hołdu królów i Buddzie. Zapewne w tym miejscu mieszkały albo występowały. Niestety dalej nie da się już iść, bo mury leżą w gruzach i jest zbyt niebezpiecznie aby przedzierać się pomiędzy zwałami wielkich kamiennych bloków. Niechętnie wracam na główny „szlak” zwiedzania. Zdecydowanie bardziej wolę te boczne galerie i korytarze.

Szybko jednak mijam grupę turystów i wychodzę na kolejny dziedziniec. Tych dziedzińców jest kilka a dookoła nich kolejne cele dla mnichów. Dwa małe budynki to dawne biblioteki a pomiędzy nimi sala zgromadzeń. Jednak centralnym punktem jest tutaj kolejna wieża w kształcie piramidy. To oznacza, że dotarłem do najważniejszego punktu świątyni. To tutaj właśnie znajduje się posąg Buddy, który ciągle otaczany jest czcią. Przybrany w pomarańczowe szaty, otoczony kwiatami, świecami i kadzidełkami wydaje mi się jakby się unosił w powietrzu, jakby lewitował. Nadal jest obiektem żywego kultu i właśnie to jest dla mnie najbardziej zadziwiające. W tych starych murach, które już ledwo trwają ciągle są ludzie i ich bogowie. Ciągle jest trwałość i łączność z tym co działo się tutaj ponad tysiąc lat temu. Niesamowite!

Wychodzę na wschodzie świątyni gdzie kolejna szeroka droga położona nad groblą (kiedyś fosą) prowadzi w stronę bramy. Bogato rzeźbiona balustrada, dzisiaj zniszczona kiedyś musiała być piękna. Wiele tutaj rzeźb siedzących lwów. Bardzo popularnego motywu w sztuce khmerskiej. Niestety wielu brak głów. Żal tych wszystkich zniszczeń. Tajemniczy uśmiech i na wpół przymknięte oczy Buddy spoglądającego z wierzy odprowadzają mnie w stronę czekającego już na mnie Sra Pon’a, który zgodnie z umową czekał na mnie pod wschodnią bramą gotowy do dalszej jazdy!

Banteai Kdei

  • druga połowa XII i początek XIII wieku.
  • Król – Dżajawarman VII – Syn Dhaaranindrawarmana. Nazywany pośmiertnie: Maha Paramasznagata pada. Urodził się między 1120 a 1125, zmarł między 1215 a 1219. Panował w Angkorze w latach 1181-1218.
  • kult – buddyjski
  • styl architektoniczny – Bayon połączony ze stylem Angkor Wat

Plan świątyni:

Skomentuj