Aby zrozumieć czym jest Angkor lub czym Angkor był dla jemu współczesnych niezbędna jest wiedza. Wiedza o panujących tam królach, bo nie byli oni zwykłymi królami. Być może dla większości turystów nie jest ważna wiedza historyczna, może wydaje im się nudna jednak dla mnie jest to podstawa zwiedzania tak niezwykłego miejsca. Zadawałem sobie pytania: Dlaczego to wybudowano? W jakim celu? Jak to możliwe, że w tak odległych czasach to się udało? Wiele moich wątpliwości zniknęło gdy poznałem historię panujących tam królów, którzy jednocześnie byli bogami.

Wszystko zaczęło się mniej więcej w okolicach roku 800 gdy na tron królestwa khmerskiego wstępuje Dżajawarman II. Dynamiczny król założył dynastię panującą przez sześćset lat. Zadziwiający ten władca zjednoczył Khmerów, uczynił Angkor centrum swojego królestwa, uniezależnił się od innych królestw, w ciągu czterdziestu ośmiu lat jego rządów imperium Khmerów zyskało na potędze i zostało zjednoczone do tego stopnia, że następnie w latach 900 – 1200 osiągnęło szczyt swojej świetności.

Dżajawarman II ustanowił kult dewaradży. Była to nowa religia, a może raczej adaptacja religii, z którą się zaznajomił na Jawie, gdzie spędził wiele lat. Dewaradża to kult króla – boga. Dżajawarman II wprowadził go za swych rządów, odnosząc się do własnej osoby. Stał się pierwszym z ponad trzydziestu królów – bogów, którzy od tej pory aż do upadku imperium władali państwem khmerskim. Panował posługując się boskim autorytetem, przypisał sobie również potęgę boga otaczanego czcią i słuchanego z pokorą.

Dzieje tego wspaniałego imperium, które w pewnych okresach dominowało nad całym regionem i zmuszało do uległości inne państwa, stały się znacznie barwniejsze i okazałe wraz z wstąpieniem na tron Dżajawarmana II. Khmerowie mieli stać się teraz potężniejsi i bardziej agresywni niż kiedykolwiek przedtem. Dżajawarman II wierzył, że całkowitą jedność państwa może osiągnąć tylko wtedy, kiedy poddani będą go uważać za króla – boga, któremu winni są nie tylko ślepe posłuszeństwo, lecz także cześć boską. Wszystkie zasoby tego niezwykle bogatego imperium miały być przeznaczone na podtrzymanie kultu króla – boga.

Istnienie króla na ziemi i utożsamienie go z bogiem za życia stało się uzasadnieniem egzystencji wszystkich jego poddanych, zarówno tych dobrze urodzonych jak i prostych chłopów. Dzięki temu królowi przez blisko pięć stuleci panowała w królestwie i w stolicy jedność, jakiej nie znała dotąd Azja Południowo – Wschodnia. Gdzieś indziej spotykamy się z czymś takim niezwykle rzadko, prawdopodobnie dlatego, że nigdy nie udało się zaszczepić podobnego kultu. Khmerowie jednak przyjęli go bez problemów.

Symbolem władzy królewskiej stał się teraz królewski lingam, wyobrażenie męskiej siły twórczej. Dżajawarman II demonstrował w ten sposób swoje przekonanie o tożsamości własnej osoby z bogiem Śiwą, od wieków bowiem lingam (formę wyobrażenia fallicznego) umieszczano we wszystkich miejscach związanych z kultem Śiwy. Żaden z poprzednich królów nie przedstawiał się ludowi jako wcielenie Śiwy na ziemi. Pragnąc umocnić w umysłach poddanych przekonanie o swej boskości Dżajawarman II ustanowił kapłanów, którzy utworzyli następnie jedną z najpotężniejszych kast kapłańskich w historii świata. Mieli się oni poświęcać tylko jednemu, a mianowicie uprawianiu i umacnianiu kultu króla – boga. W rozległych kamieniołomach wydobywano kamień, rzesze niewolników poganianych biczem budowały w niebywałym tempie świątynie, a tysiącom zgromadzonych wiernych kapłani głosili potęgę i władze króla – boga.

Władza Dżajawarman II, pierwszego z królów – bogów, była tak absolutna, że jego następcy otrzymywali status bogów automatycznie. Zachowując rytuał, symbole i ceremoniał religii państwowej, królowie khmerscy prześcigali się następnie w przestrzeganiu zwyczaju ustanowionego we wczesnym okresie panowania Dżajawarman II: wznoszenia nowego, odpowiednio majestatycznego, wspaniałego świętego przybytku, w którym umieszczano królewski lingam. Tak więc większość z trzydziestu królów kolejno zasiadających na tronie khmerskim po Dżajawarmanie II upamiętniła swoje panowanie imponującymi budowlami sakralnymi, niekiedy niezwykle pięknymi. Wznoszono je na szczycie wzgórza świątynnego, a w przypadku braku pagórka usypywano sztuczny. Musiał się on znajdować w centrum stolicy, którą uważano za oś wszechświata.

Khmerowie zawsze byli skłoni do mieszania rzeczywistości z fantazją. Wierzyli w istnienie świata duchów, w obecność istot nadprzyrodzonych i w ich straszliwą moc. Obchodzili często święta i dokonywali uroczystych obrzędów dla przebłagania bogów. Każdy poddany mógł zgodnie ze swoimi przekonaniami czcić dowolnego boga, o ile oddawał należną cześć Śiwie, Wisznu, Brahmie i Buddzie. W owych czasach powszechnie wierzono, że ziemia to olbrzymi prostokątny czworokąt otoczony łańcuchami gór, za którymi rozciągają się niezmierzone oceany. W środku czworoboku wznosi się góra Meru – siedziba bogów, stanowiąca biegun sił kosmicznych. Nad ziemią, zamieszkiwaną przez ludzi, i pod nią znajdować się miało więcej niż jedno niebo i kilka piekieł.

Królowie mieli jeden cel. Wszyscy poddani musieli uznawać ich za istoty nadludzkie, przewyższające wszystkich poprzednich królów. Uwielbienie ze strony kapłanów było więc rzeczą wskazaną, ślepe posłuszeństwo dworzan i urzędników niezbędne i pochlebne, a lojalność i bohaterstwo poszczególnych wojowników konieczne. Każdy król dbał o to, by wszyscy poddani uświadamiali sobie wielkość jego czynów. Poddani powinni być przekonani, iż żyją w czasach nieprześcignionej chwały i dobrobytu, które zawdzięczają swemu władcy. Królowie zatrudniali całą armię artystów, poetów i rzeźbiarzy, których jedynym zadaniem było wysławianie pod niebiosa jego cnót.

Poeci prześcigali się w tworzeniu najbardziej ckliwych eposów, aby zaspokoić królewską megalomanie. Można się domyślać, że popularna była teza głosząca, że jeżeli ludziom powtarza się coś w nieskończoność, w końcu w to uwierzą. Pokrywano więc inskrypcjami ściany, kolumny i wieże. Żaden z królów khmerskich nie usuwał się w cień ani nie grzeszył skromnością, nic też nie wskazuje na to, by uważali oni, iż pokora jest cnotą. Trudno myśleć inaczej czytając inskrypcję opisujące cnoty króla umieszczone na murach niezliczonych świątyń: „dar bogów”, „olbrzym potrafiący zmóc słonie i gołymi rękami pokonać tygrysy”, „niebywała skarbnica wspaniałości, której moc uśmierca wrogów”, „kiedy Stwórca patrzył na niego, ogarniał go podziw i zapytywał sam siebie: Po cóż stworzyłem sobie rywala?”, „mistrzowsko opanował wszystkie dziedziny wiedzy i sportu, sztukę, języki, piśmiennictwo, taniec, śpiew i wszystko inne, tak jakby był Stwórcą”.

Aby dopełnić swojej boskości na ziemi, królowie prześcigali się we wznoszeniu świątyń. Budowli je z fantazją i przepychem, na skalę niespotykaną nigdzie na świecie. Błyszczące złotem wieże, pałace lśniące drogocennymi kamieniami miały przyćmić wszystko o czym marzy zwykły człowiek i umocnić władzę króla – boga. Nieszczęśni niewolnicy ginęli tysiącami, na ich miejsce sprowadzano innych, pozornie nie do wyczerpania siła robocza wznosiła baśniowe świątynie i całe miasta. Niewolnicy byli traktowani z pogardą i wielkim okrucieństwem. Umierali jak muchy miażdżeni przez osuwające się lub wypadające z bloków ciężkie głazy. Świątynie, które dzisiaj podziwiamy z zapartym tchem powstały na trupach tysięcy niewolników. Tysiące innych pracowały w dżungli ścinając potężne drzewa na filary, sufity, bramy i dekoracje. Z pałaców królewskich bez przerwy nadchodziły rozkazy: więcej kamienia, więcej drewna i więcej niewolników.

Większość niewolników była łapana podczas wielu khmerskich wypraw wojennych. Najczęściej pochodzili z plemion zamieszkujących tereny górskie. Dzielili się na dwie kategorie: tych, co znali język khmerski, i tych co nie znali innej mowy prócz własnej i nigdy nie mieszkali w domach. Plemiona te prowadziły koczowniczy tryb życia, wędrowały po górach nosząc na głowach gliniane naczynia. Polowały na zwierzyną posługując się łukiem i oszczepem, mięso zabitych zwierząt opiekały n ogniu, rozpalonym poprzez pocieranie kamieni, a po spożyciu posiłku ruszały dalej w dalszą wędrówkę.

Niewolników znających język khmerski sprzedawano w miastach. Wszystkich niewolników obowiązywała surowa dyscyplina; mieszkali pod schodami (domy budowano na palach), jeżeli wzywano ich na górę, musieli paść na twarz i oczekiwać na rozkazy. Swojego pana i panią nazywali „ojcem” i „matką”. Jeżeli dopuścili się przewinienia, dostawali cięgi – w czasie wymierzania kary nie wolno było się im poruszyć. Traktowano ich jak bydło, kupowano i sprzedawano po niskich cenach. Tych, którzy pokusili się o ucieczkę, znaczono niebieską farbą na czole albo zakuwano w żelazne kajdany zakładane na nogi albo na szyję.

Ale cierpieli też zwykli mieszkańcy khmerskiego imperium – wszystko w imię króla – boga. Wraz z powstawaniem coraz to nowych świątyń wyznaczano do opieki nad nimi zastępy kapłanów i urzędników. Ich utrzymanie wymagało olbrzymich sum, które ściągać można było tylko z ludu. Jednej świątyni przypisywano tysiące wsi, przydzielano dziesiątki tysięcy urzędników, setki tancerek, a cała armia robotników, murarzy, rzeźbiarzy i artystów mozoliła się przy jej budowie.

Uroczystości i obrzędy odbywające się w świątyniach (dostępne tylko dla elity) musiały być niezwykle czasochłonne i kosztowne. Według inskrypcji na pewnej steli podczas jednego święta wypalono ponad 160 tysięcy świec. Rytualne ekscesy seksualne były rzeczą powszechną. Do tego dochodziło nałogowe używanie opium i innych narkotyków preparowanych ze sfermentowanego ryżu z dodatkiem rozmaitych składników. Niektórzy archeologowie twierdzą nawet, że budowniczowie i rzeźbiarze byli narkomanami i że wpływ narkotyków uwidacznia się w architekturze.

Wybudowane świątynie miały pełnić rożne funkcje. Jedne z nich miały upiększać stolicę, inne miały być typowymi budowlami sakralnymi ale najważniejsze i najpiękniejsze zawsze służyć miały jednemu celowi. Miały pomieścić złoty królewski lingam i w przyszłości stać się grobowcem władcy. Uważając się za wcielenie Śiwy, Wisznu czy Buddy za życia (w zależności jaka religia akurat dominowała), król liczył na jego miłosierdzie po śmierci i zapewnienie zbawienia. Kult króla – boga ewaluował od czasów wczesnych królów khmerskich (Dżajawarmana II) aż do panowania tego, który uważał się za istotę o wiele wyższą od innych śmiertelników, największego ze wszystkich królów – bogów, Dżajawarmana VII, żywego Buddy.

To właśnie kult króla – boga wyjaśnia poniekąd mnogość świątyń w Angkorze. Królowie stopniowo tracili zupełnie kontakt z poddanymi. Opętała ich myśl o życiu po śmierci – o życiu pozagrobowym. Przestało im wystarczać uwielbienie za życia. Zapragnęli jeszcze przed śmiercią zapewnić sobie wieczyste uwielbienie poddanych i aby zabezpieczyć się przed zapomnieniem, utożsamiali siebie z bóstwem. Świątynia w formie góry, w której król za życia celebrował obrzędy, stała się świątynią grobową po jego śmierci. Strach przed śmiercią miał tak przemożny wpływ, że dla wielu królów stał się obsesją.

Świątynie miały im dać wieczną pamięć i wieczne życie, nie były one przeznaczone dla ludu jako przybytek sakralny, lecz miały dostarczyć królowi szczególnych uciech i służyć mu za życia i upamiętniać go po śmierci. Lud miał do niej tylko dostęp w określone święta, a wierni przychodzili tu pokłonić się nie tyle bogom Śiwie, Wisznu czy Buddzie co posągowi króla – boga. W ten sposób królowie stali się istotami boskimi, które pozostawiły po sobie krainę wspaniałych zabytków, którą dzisiaj podziwia cały świat, często nie zdjąć sobie sprawy, że owe cuda stoją na ziemi przesiąkniętej krwią dziesiątek tysięcy ludzi, którzy oddali tutaj swoje życie by król mógł ogłosić, że jest bogiem.

*Na podstawie: "Angkor i Imperium Khmerskie", John Audric, PIW, Warszawa 1979

Skomentuj