Zaledwie kilkaset metrów od Ta Prohm położona jest kolejna świątynia – Banteay Kdei. Również i ta świątynia powstała w tym samym czasie co jej bardziej znana „sąsiadka”, czyli około roku 1181 i również wybudowano ją na polecenie największego budowniczego w historii Królestwa Khmerskiego króla Jayavarmana VII. To sanktuarium jest znacznie mniejsze niż świątynia Ta Prohm ale nie sposób odmówić także i temu miejscu niezwykłego uroku.

Co prawda Banteay Kdei zostało oczyszczone z porastającej go dżungli i może przez to nie jest tutaj tak bajkowo i tajemniczo ale za to na szczęście (lub nieszczęście) świątynia nie zostawała poddana współczesnej „naprawie” i możemy ją oglądać niemal w dokładnie takim stanie w jakim została odkryta. Niestety widać również, że wiele ścian, kolumn, sufitów uległo całkowitemu zawaleniu a wiele elementów konstrukcji jest podpartych drewnianymi rusztowaniami aby uchronić świątynię przed całkowitą zagładą. Renowacja jaką przeprowadzono tutaj w latach 20 XIX wieku nie ingerowała w wygląd świątyni ale chyba też jej nie zabezpieczyła.

Odkrycie miękkiego i łatwego do obróbki kamienia (bazaltu) w kamieniołomach znajdujących się kilka mil od Angkoru dostarczało materiału, w którym można było zrealizować najbardziej fantastyczne marzenia władcy. Wieże upodabniają się do istot ludzkich o czterech obliczach, mury ożywają dzięki wyobrażonych na nich procesjom, słoniom, garudą, wieżom strażniczym i kwiatom takim jak lotosy. Tutaj ma się wrażenie, że kamień ożył. Fantazja budowniczych wydaje się nie mieć granic. Budynkom nadano różne formy – bogów i zwierząt – niekiedy niezbyt udane ze względu na pośpiech.

Król kazał budować dużo i szybko. Łatwy do obróbki materiał pozwalał dowolnie się kształtować. Ciosane z bazaltu bloki umieszczano jeden na drugim bez zaprawy murarskiej na fundamentach z laterytu. Można powiedzieć, że to prawdziwy cud iż świątynie z tego okresu przetrwały ponad tysiąc lat. Jednak tutaj w Banteay Kdei odnoszę nieodparte wrażenie, że ta świątynia znika, że jest jej coraz mniej. Walą się bogato rzeźbione nadproża, zawalone sufity zasypały wiele pomieszczeń. Z jednej strony przyroda z drugiej po prostu upływ czasu zagraża Banteay Kdei. Być może, że oglądamy tą świątynię jako jedni z ostatnich?! Czasami, zwłaszcza zbaczając z głównej drogi zwiedzania gdy zagłębiam się w boczne, wąskie, ciemne korytarze boję się, że jakiś ogromny głaz spadnie mi na głowę. Jednak ciekawość i chęć ucieczki od innych turystów jest silniejsza niż ewentualne niebezpieczeństwo.




Zwiedzając Angkor jesteśmy skłonni do przypisywania zbyt wielkiego udziału w dziele zniszczeń siłom natury i nieustanym atakom dżungli. Takie wrażenie rodzi się w nas po obejrzeniu zwłaszcza Ta Prohm. Jednak to chyba upływający czas, setki a czasami ponad tysiąc lat przyczynia się najbardziej do zniszczenia pereł tutejszej architektury. Według opinii specjalistów badających ruiny znaczne szkody wyrządzili tutaj również wandale próbując dotrzeć do fundamentów wież, gdzie zgodnie z ogólnym przekonaniem zakopano bezcenne relikwie, klejnoty, szlachetne kruszce i drogie kamienie.

Poszukiwacze skarbów a bardziej po prostu złodzieje i nielegalni handlarze khmerskimi dziełami sztuki powywracali i zabrali stalowe podpory podtrzymujące posągi, które przed wiekami w wielkich ilościach zdobiły każdy zakamarek świątyni. Wiele budynków zawaliło się ze względu na poważne błędy konstrukcyjne. Pośpiech i konieczność zadowolenia króla, który chciał aby budowano więcej i więcej a jego mania budowlana zdawała się nie mieć końca na pewno nie sprzyjało jakości konstrukcji. Walące się, zniszczone budynki, niektóre na wpół zagrzebane w ziemi sprawiają, że ogrania mnie smutek. Czuję jak emanuje z nich jakieś smutne, tragiczne i odwieczne dostojeństwo. W Banteay Kdei dżungla nie zasłania zniszczonych płaskorzeźb tancerek, lwów bez głów tutaj wszystko mamy przed oczami, wszystko na wyciągnięcie ręki. Tutaj bardziej dotyka mnie poczucie straty tego piękna.

Kiedyś mówiono, że kilogram zabytkowych kamieni z Angkoru jest wart kilograma złota! Dla ubogich mieszkańców Kambodży Angkor był i nadal jest (choć już znacznie na mniejszą skalę) sposobem na przetrwanie. Jedna figurka odsprzedana handlarzowi może zapewnić egzystencją do końca życia. Choć przy każdej świątyni obecni są strażnicy to raczej  nie zapewnia to ochrony położonych na olbrzymim obszarze zabytkom. Wszędzie można wejść, wszystkiego dotknąć. Nikt niczego właściwie nie zabrania. Jednak chyba najbardziej smutne jest to, że większość kradzieży było i ciągle jest na zlecenie bogatych europejskich i amerykańskich kolekcjonerów sztuki! Znowu bogatszy świat zaspakaja swoją potrzebę posiadania wszystkiego za każdą cenę!

Z niemal tysiąca wielkich posągów Buddy wzniesionych na terenie Angkor Wat do czasów nam współczesnych przetrwało zaledwie kilkadziesiąt. Niektóre można oglądać w Muzeum Narodowym w Phnom Penh, zawierającym część okazów należących do rodziny królewskiej. Jeszcze bardziej imponujące zbiory zgromadzono w Muzeum Guimet w Paryżu, szczycącym się najcenniejszą kolekcją sztuki khmerskiej. Nie brak też śladów Angkoru w Muzeum Orientalnym w Wenecji, w muzeach narodowych w Bangkoku i w Sajgonie. W 1994 roku nowojorskie Metropolitan Museum wzbogaciło się o kamienną głowę Sziwy z X wieku, której tułów po dzień dzisiejszy znajduje się w Pracowni Konserwacji Zabytków w Siem Reap i nie trafiła do tego amerykańskiego muzeum legalnie!

O ile w Ta Prohm zniszczone dzieło setek ludzi nabiera tajemnicy ukrytej w listowi drzew puchowca o tyle tutaj w Banteay Kdei mamy do czynienia z budzącym się w nas żalem. Czy następne pokolenia będą mogły przejść tym samym korytarzem, którym dzisiaj idę ja? Jednak równie mocno nasuwa się myśl, czy świątynia byłaby tak piękna gdyby ją odbudowano? Chyba nie sposób odpowiedzieć na te wszystkie pytania jakie przelatują przez głowę gdy spaceruje się tymi wilgotnymi krużgankami. Jest ich zbyt wiele. Zachowanie tej khmerskiej tysiącletniej historii powinno być powinnością całej ludzkości ale nie sądzę, że mimo opieki UNESCO za kolejny tysiąc lat ktokolwiek będzie miał to szczęście aby usiąść w cieniu jednej z dziesiątek celi gdzie kiedyś mieszkali buddyjscy mnisi w świątyni Banteay Kdei i zastanawiać się co stanie się z tym dziełem za kolejne tysiąc lat?!

Specjaliści zajmujący się Angkorem z ramienia UNESCO coraz głośniej mówią o tak olbrzymim wzroście zwiedzających, że zagraża to samym świątyniom, które nie są w stanie pomieścić i wytrzymać naporu tylu ludzi. Jeden strażnik pilnujący świątyni nie jest w stanie poradzić sobie z takimi tłumami. Nie wszyscy turyści są odpowiedzialni, nie wszyscy szanują fakt, że dostęp do zabytków jest niczym nieograniczony. Niesforni turyści wspinają się na zabytkowe mury i wierze. Wędrujące poprzez świątynie duże grupy turystów niestety niszczą je przeciskając się w wąskich przejściach, ocierając się o wyrafinowane reliefy, płaskorzeźby które po prostu znikają. Czy sami zadepczemy to miejsce?

Banteay Kdei jest znacznie mniejsza niż Ta Prohm i znacznie mniej zatłoczona. Tutaj nie ma tak wielu zwiedzających ja w pobliskiej Ta Prohm. Można spokojniej podziwiać detale architektoniczne , które z tak olbrzymim trudem wykuwali khmerscy artyści. Choć obie świątynie pochodzą z tego samego okresu to różnią się od siebie zdecydowanie. Być może dlatego, że Banteay Kdei zbudowana została na ruinach znajdującej się tutaj jeszcze starszej świątyni, prawdopodobnie hinduskiej co wyznaczyło jej skromniejszy rozmiar ale przede wszystkim widoczne jest tutaj połączenie dwóch różnych styli architektonicznych: stylu Bajonu i stylu Angkor Watu. To właśnie tutaj, po raz pierwszy ujrzałem niesamowite wierze z obliczami Buddy skierowanymi w cztery strony świata. Ten niezwykły, tajemniczy uśmiech na wielkich twarzach Oświeconego sprawia, że ma się wrażenie wchodzenia do świętego miejsca. Przekracza się jakąś tajemnicę, sekretny świat ukryty za kamiennymi murami i w nich zaklęty. Wchodząc ciemną i wilgotną zachodnią bramą na teren Banteay Kdei byłem gotowy na kolejne niesamowite spotkanie…

 

6 komentarzy do “Banteay Kdei”

  1. Być w takim miejscu, to jak znaleźć się po drugiej stronie lustra. Niezwykłe. Masz wielkie szczęście.. Piękne zdjęcia (jak zwykle).

  2. Prosto z rzymskich ruin wpadłam w objęcia ruin kmerskich. Tak bardzo lubie czytać o tych wszystkich kamieniach, widac u ciebie tą niesamowitą pasję. Smutne jest to,ze Ankor nie jest nadgryzany tylko przez nature i czas, ale również przez złodziei, którzy jeszcze mają czelnosć nazywac sie kolekcjonerami sztuki. Pozdrawiam.

  3. Ach Rzym! Kiedy to było?! Nienawidzę tego miasta jest tak piękne 🙂 Czy ciągle tak bardzo wciągają wąskie uliczki? Pewnie tak, bo choć Koloseum czy fontanna Di Trevi są cudne to nic w Rzymie nie pociąga tak bardzo jak spacer po „kocich łbach” wąskimi uliczkami. No i ten kolor tego miasta – kolor ochry, ja takim Rzym pamiętam 🙂

  4. Gosiu, tak czuję się szczęściarzem 🙂 Widzieć na własne oczy to wszytko, dotykać to niezwykłe przeżycie! Pojechać tam było moim wielkim marzeniem od lat. Świetnie to ujęłaś tak, być tam to jak znaleźć się po drugiej stronie lustra!
    „W malarstwie chodzi o to (też), żeby duszę wprowadzić w stan kontemplacji” – w Angkorze jest dokładnie tak samo, a ja malować nie umiem, choć bardzo kiedyś chciałem, więc zostaje mi podróżowanie 🙂
    pozdrawiam serdecznie 🙂

  5. Adam, Ja się zatopiłam w tych uliczkach, zakochałam do nieprzytomności…te małe podwórkowe fontanny, ołtarzyki na murach..echhh

  6. Jestem zdania, że malować każdy potrafi; wystarczy zaufać sobie – ot, cała tajemnica, cała trudność:). Ale to, że wybieramy różne drogi, też nie jest takie złe.
    :)Pozdrawiam.

Skomentuj