Dzieje imperium khmerskiego sięgają czasów przed erą chrześcijańską. Ku brzegom krajów dzisiejszej Azji południowo – Wschodniej wysłali swoje statki przedsiębiorczy kupcy indyjscy. Dzięki tym wczesnym wyprawom powstały państewka, które z biegiem czasu stworzyły własne cywilizacje. Jednym z takich powstałych imperiów było państwo Funan, którego centrum stanowiła dzisiejsza Kambodża.

Narodziny królestwa Funan mają charakter bardziej legendarny niż historyczny. Według najbardziej popularnego podania pewnej nocy niebiański duch nawiedził we śnie pięknego młodego Hindusa, imieniem Kaundinja. Nakazał mu popłynąć na wschód i zabrać za sobą łuk i strzałę. Nazajutrz Kaundinja przypomniał sobie sen i postanowił udać się do świątyni, gdzie przebywał słynący z mądrości kapłan. Przechodząc przez dziedziniec ujrzał łuk i kołczan pełen strzał. Uznał to za znak zapowiadający pomyślne spełnienie misji. Wsiadł więc do łodzi i popłynął z wiatrem. Przemierzył Zatokę  Bengalską, cieśninę Malaka, opłynął wyspę znaną dzisiaj jako Singapur, znalazł się na Morzu Południowochińskim i wreszcie dotarł do wybrzeża Indochin. Kiedy, będąc już u kresu sił, dojrzał ląd i zamierzał przybić do brzegu, ze zdumieniem spostrzegł, że zbliża się do niego łódź z piękną dziewczyną. Była to królowa, Wierzbowy Liść, władczyni tej krainy.

Nie witała przybysza uśmiechem i wkrótce też okazało się, że żywi wobec niego nieprzyjazne zamiary. Przerażony nie na żarty Kaundinja zorientował się, iż dziewczyna zamierza zawładnąć jego łodzią i całym jej drogocennym ładunkiem. Chwycił więc swój cudowny łuk i przeszył strzałą łódź królowej, wprawiając młoda władczynię w zachwyt i przerażenie jednocześnie. Tymczasem łódź królowej zatonęła. Kaundinję oczarowała wprawdzie piękność Wierzbowego Liścia, zaskoczyło wszak to, że władczyni zgodnie ze zwyczajami panującymi w jej kraju była niemal zupełnie naga. Podarował więc jej indyjskie jedwabie i klejnoty, co również ją zachwyciło. Wkrótce pokochali się, a ich królestwo rozkwitło i rozwijało się wspaniale.

Istniej kilka różnych wersji tej legendy. Starożytni Khmerowie uważali, że Wierzbowy Liść to nagini, nimfa wodna, należąca do mitycznych nagów – duchów opiekuńczych królestwa khmerskiego. Według innej wersji, wersji chińskiego badacza, K’ang T’aja, wysłanego do Funanu w III wieku, królestwo to zostało założone przez Kaundinję. Stolicę ujrzał rzekomo we śnie, który okazał się na tyle szczegółowy, że pozwolił mu dokładnie określić kurs żeglugi. Królestwo rządzone było przez dumną i piękną władczynię imieniem Liou-je (Wierzbowy Liść).

Oparła się ona zakusom rozmaitych awanturników i ludzi pragnących zawładnąć jej krajem, stosując prostą metodę: zatapiała ich łodzie i pozwalała nieszczęsnemu zalotnikowi utonąć albo, jeśli miał więcej szczęścia, kazała wyławiać go z morza i jedną ze swych łodzi odwieźć na bezludną wyspę. Kaundinja przechytrzył ją i wpłynął do przystani, zatapiając po drodze jej łódź. Manewr ten, choć okrutny, sowicie mu się opłacił. Pokochali się i pobrali zakładając dynastię, która przetrwała sto pięćdziesiąt lat.

Inna jeszcze wersja tego podania – indyjska – podaje, że Kaundinja był branimem (kapłanem) i otrzymał od Aśwatthamana, syna Drony, cudowny oszczep. Miejsce, w którym oszczep upadł, wyznaczyło lokalizację przyszłej siedziby Kaundinji. Poślubił on Somę, córkę nagów, dlatego też i w tej wersji naga jest świętym symbolem.

Według popularnej khmerskiej legendy dynastia królewska wywodzi się od pustelnika Kambu Swajambhuwy i niebiańskiej Mery zaślubionych przez Śiwę. Legenda ta podważ inną, która mówi o ślubie Kaundinji z księżniczką nagów, i powstała prawdopodobnie dla wyjaśnienia nazwy „Kambudża” przyjętej przez Khmerów jako nazwy ich ojczyzny.

Zgodnie z wersją do dziś popularną, czarownik, imieniem Dak, przywiódł Kambuka, księcia Arja Desi i zięcia Śiwy, do królestwa nagów, znajdującego się w olbrzymiej kryształowej grocie pod ziemią. Król Kobra otoczony wężami o wielu głowach rozkazał Kambukowi podać powód wizyty. Kambuk, spoglądając bez strachu na króla, odpowiedział donośnym głosem, który niósł się poprzez salę tronową: „Jestem księciem Kambu. Moją żoną była księżniczka Mera, przepiękna wychowanica wielkiego boga Śiwy. Śiwa rozgniewał się jednak, zniszczył plony, a mój lud wymarł z głodu. Odebrał mi też żonę, Merę. Mnie samotnego w bezludnym kraju przepełniła taka rozpacz, że zdecydowałem się go porzucić. Wyruszyłem na wschód, wędrowałem przez wysokie góry i rozległe pustynie i wreszcie dotarłem do wielkiej rzeki. Szedłem dalej, dopóki nie spotkałem czarownika Daka, a ten podarował mi talizman pod postacią ryżu. Jeśli życzysz sobie, żebym tu osiadł i dzięki talizmanowi wskrzesił lud służący najwyższym bogom, uczynię to chętnie. Jeśli nie, zabij mnie, bo nie mogę iść dalej”.

Król nagów rozmyślał kilka dni. Tymczasem jego córka zakochała się w urodziwym przybyszu i błagała ojca, by darował mu życie. Król wysłuchał jej próśb. Wkrótce potem Kambuk stał się jej małżonkiem i założył królestwo w dolinie rzeki. Jego poddani nazywani byli Kambudżanami, czyli „dziećmi Kambu”. Z biegiem czasu nazwa ta przekształciła się w Kambodżę. Dziś naga, święty wąż o wielu głowach, widnieje na budynkach świątynnych, jego długie ciało tworzy balustrady, a głowy wznoszą się jak wachlarzowato w górę. Naga pojawia się również w roli opiekuna Buddy, który spoczywa na splotach wężowego ciała, osłaniany przed żywiołami przez wachlarz głów nagi.

Wszyscy Kambodżanie, bez względu na pochodzenie, znają doskonale legendy swojego kraju i są w nich naprawdę rozkochani. Nie jest to chyba rzecz zaskakująca, bo jakiś kraj nie ma legend. Cała różnica polega jedynie na stopniu łatwowierności*. Tutaj w te legendy wierzy się jakby wydarzyło to się raptem wczoraj. Może to ucieczka tych ludzi, sposób aby poradzić sobie z ciężkim życiem na co dzień? Dla mnie te legendy to wspaniałe podłoże zanim wejdę w ruiny dawnego imperium khmerskiego.

*Na podstawie: "Angkor i Imperium Khmerskie", John Audric, PIW, Warszawa 1979

2 komentarzy do “Wierzbowy Liść”

  1. Zdjęcia z Angkor są tak piekne i mistyczne, że az hipnotyzują.Mozna się wpatrywać i wpatrywąc i ciągle cos nowego widze. I te subtelne usmiechy, jakby te sskamieniałe figury kryły jakąś słodką tajemnice…..PIEKNIEEE

  2. A pomyśleć, ze zdjęcia nie oddają przecież tej atmosfery tego magicznego miejsca. Czasami mam wrażenie, ze żadne słowa nie mogą opisać tego miejsca i nawet nie powinno się próbować tego robić. Dla mnie Angkor to jedno z tych miejsc, które głęboko „dotyka” człowieka i w nim zostaje. No ale wiesz, że ja „świątynny” jestem :)

Skomentuj