Zanim się spostrzegłem zrobiło sie późne popołudnie. Ledwo ciągnąłem nogę za nogę. Upał, zanieczyszczone powietrze, hałas a przede wszystkim bardzo wczesne wstawanie przez ostanie kilka dni zrobiło swoje. Padałem ze zmęczenia. Jeszcze kilka godzin temu startowałem z lotniska w Singapurze. Opuszczałem piękny, błyszczący świat dostatniego „Miasta Lawa” aby po zaledwie 2 godzinach wpaść w „paszczę lawa” :). Niesamowita zmiana otoczenia, ludzi, kultury może zamieszać w głowie. Wiele się nie udało zobaczyć tego dnia (żałuję zwłaszcza świątyń) ale pocieszam się, że jeszcze w Sajgonie będę kilkakrotnie podczas tej podróży i będzie jeszcze czas aby obejrzeć resztę miasta. Taką mam przynajmniej nadzieję.

Wracając do hotelu przechodzę obok Pałacu Zjednoczenia. Nie zaglądam do środka, bo jak już pisałem wcześniej postanowiłem trzymać się z daleka od wojennych historii miejsc, które tym razem odwiedzam w Azji. Jednak należy wspomnieć o tym budynku, bo to ważne miejsce. Nowoczesny budynek, który w oczach komunistów symbolizuje upadek sajgońskiego reżimu rzuca się w oczy. Otoczony rozległym ogrodem dawny Pałac Prezydenta Wietnamu Południowego, a dziś Pałac Zjednoczenia stoi na miejscu dawnego pałacu Norodoma, dawnej rezydencji francuskiego gubernatora, wzniesionej jeszcze w 1868 roku. Kiedy układy genewskie zakończyły francuską okupację (1954 rok), do rezydencji wprowadził się nowy prezydent Wietnamu Południowego, Ngo Dinh Diem, i nazwał Pałacem Niepodległości. W 1962 roku budynek zbombardowali dwaj południowowietnamscy oficerowie sił powietrznych, więc w miejscu uszkodzonego gmachu wzniesiono nowy. Zaprojektował go Ngo Viet Thu, architekt wietnamski wykształcony w Paryżu, a realizację projektu ukończono w 1966 roku.

Na początku 1975 roku lewe skrzydło pałacu uszkodził inny zbuntowany południowowietnamski pilot, a nim miesiąc dobiegł końca, w dniu 30 kwietnia czołgi komunistów obaliły najpierw żeliwną bramę pałacu, a potem władze Wietnamy Południowego.  Dziś czołgi te stoją jako symbol obalenia władzy na głównym trawniku przed budynkiem. Dawny pałac pełni obecnie funkcję muzeum, wszystko w nim pozostało w stanie z kwietnia 1975 roku, kiedy Wietnam Południowy przestał istnieć. Zapewne dla tych, którzy interesują się takimi miejscami wizyta w pałacu będzie interesująca i jak przeniesienie się w zupełnie inne czasy.

Mimo tego, że współcześni Wietnamczycy nie żyją na co dzień rozdrapywaniem ran burzliwej i tragicznej historii od obrazków świadczących o tych wydarzeniach w Sajgonie po prostu nie da się uciec. Niedaleko Pałacu Zjednoczenia przechodzę obok Muzeum Miasta Ho Chi Minh. Budynek w którym mieści się muzeum kiedyś znany był jako Pałac Gia Long i oczywiście pochodzi jeszcze z czasów kolonialnych a dokładnie z roku 1890. Kiedyś mieszkał tutaj francuski gubernator, potem po zmianach mieścił się tutaj komitet partii a teraz Muzeum Rewolucji. Już widok porozstawianych dookoła samolotów bojowych, czołgów i śmigłowców skutecznie odstraszył mnie od wejścia do środka. Zresztą i tak było już zamknięte, gdyż muzeum można zwiedzać tylko do godziny 16.30.

Sajgon to miasto, które wyciśnie z Was wszystkie soki. Ta najbardziej znana część tego miasta czyli dawna Dzielnica Francuska (dzisiaj Dzielnica nr 1)choć łatwa do zwiedzania raczej nie zachwyca. Może to, też kwestia zmęczenia ale ta część Sajgonu nieco mnie rozczarowała. To już troszkę nie Azja a jeszcze nie Europa.  Ho Chi Minh to najbardziej kosmopolityczne miasto Wietnamu dlatego ma się poczucia zawieszenia pomiędzy dwoma różnymi światami, pomiędzy wschodem a zachodem. W jaką stronę pójdzie? Dla mnie jest oczywiste, że w stronę zachodu. To właśnie Europa jest dla ludzi tutaj mieszkających wzorcem do którego dążą a władza komunistyczna nieco zelżała. Trudno się zresztą dziwić, przecież każdy chce w życiu mieć lepiej i w to wierzą wszyscy przybysze z wnętrza kraju, którzy tutaj szukają swojego eldorado. Najwięcej Wietnamu jest tutaj chyba w restauracjach. Niesamowicie dobre jedzenie i powiem szczerze, że nie licząc Bangkoku, to właśnie tutaj jadłem najlepszego kurczaka w sosie słodko – kwaśnym. Jeżeli za czymś tęsknię to właśnie za tym smakiem i choć to trudne do zrozumienia (nawet dla mnie) za tym całym ulicznym chaosem, który szybko sprowadził mnie do realnego, prawdziwego życia z wyżyn Marina Bay Sands. To właśnie w Sajgonie poczułem, że jestem na wakacjach a przecież to po co przyjechałem do Azji dopiero ma się zdarzyć! Rano wyruszam do Kambodży!

Skomentuj