Niemal każde duże miasto na świecie ma jakiś swój symbol. Nie inaczej jest z Sajgonem. Owy symbol miasta a raczej jego wizerunek znajduje się nawet na  wietnamskich banknotach. Skoro wszystko zaczęło się od przybyszy z Chin a jak wiadomo najchętniej zajmowali się oni handlem to nie dziwi, że owym symbolem Sajgonu jest najstarsze targowisko w mieście Ben Thanh wraz ze swoją wieżą zegarową, która dumnie zdobi główne wejście do niego. Miejsce niezwykle ważne dla mieszkańców miasta ale i chętnie odwiedzane przez turystów.

Kiedyś to miejsce zwano Les Halles Centrale ale to było za czasów francuskich bo targ w tym miejscu działa nieprzerwanie od roku 1914 (choć spotkałem też informację, że od roku 1912). Za dwa lata będzie obchodził zatem setną rocznicę swojego istnienia. Podejrzewam, że ta rocznica będzie w Sajgonie hucznie obchodzona.  Ponieważ ja uwielbiam wszelkiego rodzaju targi to właśnie od tego miejsca zaczynam szybkie (ba mam tylko jeden dzień na to) zwiedzanie Sajgonu.

Ponoć historia handlu w tym miejscu sięga aż XVII wieku. Ponad 300 lat już gromadzą się w tym miejscu uliczni sprzedawcy. Kiedyś raczej rybacy z rybami złowionymi w rzece Sajgon i okolicznych wodach dzisiaj każdy kto ma coś do sprzedania. Za czasów kolonii francuskiej powstał tutaj pierwszy bazar kryty, który niestety spłonął w 1870 roku. Czterdzieści lat później wybudowano na obecnym miejscu duża halę targową, która przetrwała do dziś. W roku 1985 budynek został odnowiony i nadano mu obecny wygląd. Do dzisiaj jest głównym miejscem spotkań ludzi i handlu niemal wszystkim.

Hala o kopulastym dachu wysoka jest na 28 metrów i w sumie pokrywa powietrznię ponad 10 tysięcy metrów kwadratowych. Do tego dochodzą powierzchnie na wolnym powietrzu gdzie sprzedaje się między innymi świeże warzywa, ryby i owoce morza. Generalnie jest gdzie chodzić i co oglądać, gorzej jedynie z kupowaniem :). Jak przystało na tak znane i popularne miejsce ceny tutaj są znacznie wyższe niż w całym mieście ale nadal dobre dla europejczyków. Gorzej jest jednak z jakością i wyborem. Gdyby ktoś szukał tutaj atrakcyjnych, oryginalnych pamiątek to raczej się zawiedzie.

Natomiast dla miłośników egzotycznych owoców będzie to raj na ziemi. Ilość i rodzaj owoców oszałamia. Wielu z nich nie znam choć przecież już „z niejednego targu w życiu jadłem”. Poukładane w równiutkie stosy świeże mango, pomarańcze i inne cuda zawsze sprawiają, że zatrzymuję się w takich miejscach na dłużej. Patrzę, wącham i nadziwić się nie mogę. Zawsze mam tak samo. Stoiska z owocami to jedno z tych miejsc, które odwiedzam z wielką radością i zawsze coś kupię. Najczęściej malutkie banany, które tak lubię a w Polsce ich nie ma wcale. Tutaj mogę wybierać spośród kilku gatunków, których i tak nie odróżniam ale zawsze zdaję się na radę sprzedawcy i wierzę, że sprzedadzą mi właśnie te, które są najlepsze. Jeszcze nigdy się nie zawiodłem.

W wąskich, jednokierunkowych alejkach, zapchanymi tandetną odzieżą, podróbkami zegarków światowych marek, wyrobów z bambusa i laki, poprzez punkty krawieckie, które oferują uszycie garnituru w ciągu 24 godzin a kończąc na garkuchniach zawsze kłębią się tutaj tłumy ludzi. Skoro jest ciasno a turyści zazwyczaj nieco tracą tutaj głowę, bo od zapachów (nie zawsze miłych) i kolorów można nieco „oszaleć” to jest to raj dla kieszonkowców. Bądźcie, więc czujni gdy zachwycacie się niezliczonymi gatunkami kawy czy herbaty.

Nie da się tutaj chodzić spokojnie. Sprzedawcy wszelkich dóbr postawili sobie chyba za punkt honoru obsłużenie jak największej ilości „białasów” w ciągu minuty. Nagabują, zachwalają swój towar z każdej strony. Na początku to irytuje, po jakimś czasie staje się zabawne aby jeszcze za chwile poczuć się z tym dobrze. Sprzedawcy nagabują również miejscowych, więc gdy już przywykniemy do tego gwaru możemy nawet poczuć się częścią tej kupująco – sprzedającej społeczności. Niech Was tylko nie zwiedzie miły uśmiech, niski ukłon i „szczerość” w oczach. To królestwo handlu i liczy się tutaj tylko to ile uda się wyciągnąć z portfela naiwnemu klientowi. To prawdziwe królestwo bezwzględnego kapitalizmu. Tanio kupić – drogo sprzedać to jedyna zasada jakiej przestrzega tutaj każdy.

W części gdzie sprzedaje się mięso, ryby, kwiaty i warzywa jest znacznie spokojniej. Tutaj można właściwie niemal niezauważalnie oglądać piękne bukiety pachnących kwiatów, warzywa których nazw nie znam i jak zawsze moje ulubione (do oglądania na targach) ryby i owoce morza. Tutaj jest też nieco chłodniej bo ta część zazwyczaj mieści się na świeżym powietrzu. Tutaj też można coś zjeść. Tutejsze restauracje to zazwyczaj rodzinne garkuchnie ale jedzenie jest tanie i dobre. Gorzej z higieną ale kto by się tym przejmował w Sajgonie :)?! Jeżeli wierzyć zdjęciom na ścianie jednej z tutejszych restauracji jadł tutaj nawet Bill Clinton. Tutaj z nad miseczki aromatycznej zupy Pho można spokojnie przyglądać się całemu bogactwu tego co rodzi ta ziemia i okoliczne rzeki. Dla odważnych w menu znajdzie się zawsze jakaś bardzo oryginalna potrawa z miejscowej kuchni niekoniecznie francuskiej :).

8 komentarzy do “Najstarszy targ w Sajgonie”

  1. Takie targi w egzotycznych miejscach są bardzo pociągające, jakkolwiek opędzanie się od nagabujących sprzedawców jest męczące. To tak jakby w jednym miejscu zebrały się smaki i zapachy tego kawałka świata. I te owoce.

  2. Dlatego lubię wszelkiego rodzaju targi. Dla mnie takie miejsca to trochę soczewka w której skupia się dane miasto, czasami nawet kraj. Nagabywanie, targowanie było kiedyś dla mnie bardzo irytujące ale teraz już jakoś się uodporniłem i właściwie wchodzę w tą grą daję się porwać tej fali i stało się to raczej zabawne 🙂 Może to dobry sposób?
    Pozdrawiam serdecznie 13stko 🙂

    P.S. Zaczytuję sie i Ciebie w Parkach Narodowych USA to moje kolejne marzenie 🙂

  3. Dobrze, ze juz wróciłes i moge znow na skrzydłach twoich zdjęć i opowieści wrócić do Azji….:)

  4. Jeszcze „polatamy” bo przecież to tak na prawdę dopiero początek tej podróży 🙂 pozdrawiam serdecznie 🙂

  5. Cieszę się, że moje Parki USA podobają Ci się. Naprawdę warto tam pojechać.

  6. Wiem, że warto dlatego od lat o tym myślę. Jednak dopóki są wizy to nie pojadę, tak z przekory nie mam zamiaru prosić o coś co w na całym świecie dostaję z uśmiechem 🙂

  7. Ale wiza do Stanów to żaden problem. Formularz elektronicznie potem chwila rozmowy i już.

  8. W moim przypadku to bardziej chodzi o zasadę 🙂 Ot, po prostu mam focha :)To taki mały mój protest, bo nie zamierzam przekonywać nikogo, że nie jadę na budowę do pracy a jedyne na wakacje.

Skomentuj