Wiele miast na świecie znanych jest również ze swojej nieoficjalnej nazwy. Zazwyczaj te nazwy funkcjonuję w języku potocznym i przylegają do miast jak „druga skóra” ale też dużo mówią o danym miejscu. Same w sobie opisują swój pierwowzór. Każdy chyba słyszał, że Paryż to inaczej „Miasto Świateł”,  Nowy Jork to inaczej „Wielkie Jabłko”, Chicago –„ Wietrzne Miasto”, Las Vegas to inaczej „Miasto Grzechu” , Rzym – który wszyscy znamy jako „Wieczne Miasto” czy wreszcie Sankt Petersburg określany jako „Wenecja Północy”. Singapur również ma swoją nieoficjalną nazwę, bardzo znaną. Ba! Ma nawet tych nazw trzy!

„Czerwona Kropka” – to określenie odnosi się do maleńkiego punkciki jaki na mapie świata zajmuje Singapur, „Miasto Ogrodów” to w odniesieniu do ambitnych planów singapurskiego rządu w zakładaniu terenów zielonych w państwie (co zresztą idzie doskonale) oraz ta najbardziej znana nazwa „Miasto Lwa”.  Czyżby lwy żyły w tych ogrodach czy okolicznych lasach? Niestety nie. Pomysł na tą nazwę, jak to zwykle bywa w przypadku tych genialnych pomysłów, był prosty. Znacznie prostszy niż mówią lokalne legendy. Jednak lubię legendy, bajki i mroczne opowieści, więc zanim zdradzę brutalną prawdę napisze o tym z tej bardziej romantycznej strony (choć pewnie zupełnie nieprawdziwej).

Od kilkudziesięciu lat ikoną pocztówkową ale także symbolem narodowym Singapuru jest Merlion – pół lew, pół ryba. Stwór nieistniejący nigdy w rzeczywistym świecie ale doskonale zadomowiony w wyobraźni Singapurczyków i wielu milionów ludzi na świecie. Stwór – symbol „żyjący” na nabrzeżu zatoki. Od setek lat podsycane są legendy związane z istnieniem tego dziwnego stworzenia. Magia, przesądy, niesamowite opowieści przekazywane przez pokolenia znalazły znakomity grunt na tym małym skrawku lądu. Wszakże nie od dziś wiadomo, że zwłaszcza Chińczycy lubują się w wszelakich przepowiedniach, symbolach i przesądach. Takie podejście jest zresztą charakterystyczne dla całej Azji, choć chyba my w Europie nie jesteśmy od tego wolni. Może to i dobrze!

Najstarsza legenda mówiąca o Merlion’ie swój początek bierze od pewnego króla. Kronika z XVII wieku zwana Sejarah Melayu (inna nazwa to Malay Annals) to malajski utwór literacki, który obejmuje 600 lat genealogii władców Archipelagu Malajskiego. To właśnie tam dowiadujemy się o istnieniu Sang’a Nila Utama, pierwszego króla Malajów, którzy rządził tym królestwem w latach 1299 – 1347. Gdy obejmował tron Królestwa Malajskiego nadano mu tytuł Sri Tri Buana („Pana Trzech Światów”). Wierzono wówczas, że świat podzielony jest na trzy części: świat bogów, świat ludzi i świat umarłych. Zatem król Sang’a Nila Utama stał się bogiem a nie człowiekiem. Legenda głosi, że król pewnego dnia postanowił opuścić swoje królestwo i ruszył w podróż. Gdy dopłynął do wysp, których do tej pory nie znał zobaczył jedną, która szczególnie mu się spodobała ze względu na piękne białe plaże z drobnym piaskiem. Była to wyspa Tamasek. Król postanowił zbadać się ten piękny ląd i kazał zawieźć się na wyspę.

Tak opisuje to wydarzenie autor  w kronice Sejarah Melayu: „Wszyscy oglądaliśmy dziwne zwierzę, które poruszało się bardzo szybko. Zwierze to miało czerwony tułów i czarną głowę. Jego pierś była biała. Sprawiało wrażenie silnego zwierzęcia choć wielkością zaledwie przewyższało kozę. Kiedy nas dostrzegło szybko zniknęło”. Nikt z królewskiego otoczenia nie wiedział co to było. Jeden z doradców powiedział królowi, że w czasach starożytnych tak opisywano zwierzę, które zwano lwem. Król zdecydował, że skoro na wyspie żyją tak piękne zwierzęta to nadaje się ona na zasiedlenie przez jego poddanych i nazwał to miejsce Singapur ( od Malajskiego: „Singa” – oznacza lew i „Pura” oznacza miasto). Sprowadzono na wyspę ludzi, słonie i konie i tak rozpoczęła się kolonizacja wyspy. Król przeżył na wyspie i panował tutaj 48 lat, aż do swojej śmierci.

Historycy, którzy badali ową kronikę są nieco innego zdania jeżeli chodzi o etymologię słowa Singapur. Twierdzą, że w sanskrycie malajskim nazwa ta pochodzi od słowa „Singhha” co oznacza przerwę w podróży. Tak więc nazwę Singapur należy tłumaczyć jako „Miasto w przerwie podróży”. Jednak do społecznej świadomości przebiła się nazwa „Miasto Lwa”. To tylko jedna legenda, która prowadzi poprzez lwy aż do współczesnego Merlion’a . Na marginesie – lwy nigdy nie występowały w tych okolicach i pewnie owym zwierzęciem widzianym przez króla był tygrys.

Kolejna legenda jest bardziej mroczna i okrutniejsza. Dawno, dawno temu istniał ogromny potwór z głową lwa i ciałem ryby. Mieszkał on w czasach starożytnych na małej wyspie położonej u podnóży półwyspu Malajskiego. Jego zadaniem było chronienie mieszkańców tej małej wysepki. Gdy zbliżał się jakiś wróg oczy potwora robiły się czerwone i ziały ogniem, który spalał wrogów na popiół. Nigdy nie zdarzyło się aby Merlion nie dostrzegł niebezpieczeństwa i nie wyeliminował potencjalnego zagrożenia. Zawsze był na swoim posterunku w głębinach morskich. Pewnego razu nad wyspą rozpętała się potężna burza. Pioruny strzelały w wyspę, deszcz zalewał ludzkie osiedla. Merlion wyszedł wówczas ze swojej kryjówki w oceanie i swoim olbrzymim ciałem osłonił ludzi, którzy byli skazani już na śmierć. Od tego czasu Merlion stał się symbolem i zbawicielem Singapuru a wdzięczni ludzie budują mu pomniki. Tyle romantyczne historie. Jaka zatem jest prawda?

Prawda jest banalna. Postać pół ryby, pół lwa wymyślono w roku 1964. Był to projekt na promocję Singapurskiej Organizacji Turystycznej. Czyli Merlion to czysto komercyjny pomysł. Funkcjonował jako logo tej organizacji aż do roku 1997. Na terenie miasta stoi aż 5 pomników Merlion’a (tych oficjalnych na postawienie, których rząd wydał zgodę). Mi udało odnaleźć się cztery. Najbardziej jest oczywiście znany ten w Merlion Park na nabrzeżu Marina Bay. Wysoka na 8 metrów, warząca 70 ton postać tryska z paszczy wodą wprost przed siebie, ku uciesze setek turystów. Mityczny stwór patrzy na wschód, który zgodnie z zasadą feng shui uznawany jest za przynoszący dobrobyt. Oficjalne odsłonięcie pomnika nastąpiło 15 września 1972 roku, ale wówczas figura stała w innym miejscu. Przeniesiono ją w 2002 roku. Po wybudowaniu Esplanade Bridge nowy most zasłaniał Merlion’a i wówczas zdecydowano wybudować specjalne molo w zatoce i tam umieścić symbol miasta. Przy okazji czterokrotnie powiększono obszar Merlion Park, co łącznie kosztowało ponad 7,5 miliona dolarów.

Koncepcja ryby miała nawiązywać do idei Singapuru jako miasta portowego i jego zależności od handlu morskiego, na którym państwo zbudowało swoją potęgę. Lew jak już wiemy odnosi się do starych czasów jeszcze przed przybyciem tutaj europejczyków. Często można usłyszeć, że określenie „Miasto Lwa” odnosi się przede wszystkim do szybkiego i spektakularnego rozwoju Singapuru. Jego drapieżności i bezkompromisowości. Jego dążeniu do bycia „królem” i dominowaniu w całej Azji. Coś w tym jest, choć takie państwa bardziej nazywa się „tygrysami”.

Ciekawe jest to, że z wyjątkiem komercyjnych pamiątek produkowanych tylko za zezwoleniem rządu obywatele Singapuru nie mogą wytwarzać niczego z wizerunkiem Merlion’a ani niczego podobnego bez stosownych zezwoleń. Nieprzestrzeganie tych przepisów, jak zwykle tutaj grozi wysokimi karami pieniężnymi. Ciekawe czy gdybym zrobił sobie koszulkę z wizerunkiem Merlion’a, to czy będąc w Singapurze zostałbym za to ukarany? Wolę nie sprawdzać, ale kto wie, być może!?

Gdy 28 lutego 2009 roku w Merlion’a podczas burzy uderzył piorun, odczytano to jako bardzo zły znak dla Singapuru. Wieszczono koniec państwa „szczęśliwości” a co najmniej jakąś klęskę. Pęknięty posąg z uszkodzoną grzywą i dziurą w podstawie siał strach wśród chińczyków. Od tamtego czasu minęło kilka lat a Singapur ma się dobrze, jak zawsze. Jednak skoro już zostajemy w kręgu legend i przepowiedni wydaje mi się, że to wydarzenie zapoczątkowało koniec symbolu Merlion’a jako ikony Singapuru na rzecz nowej „gwiazdy” w mieście – hotelu Marina Bay Sands. Owszem, pod pomnikiem rybo – lwa nadal spotkać można tłumy turystów ale większość z nich bardzo szybko swoje zainteresowanie kieruje w stronę hotelu dumnie stojącego na przeciwległym brzegu niemal naprzeciwko Merlion’a.  Na mnie zresztą ten legendarny pomnik również nie zrobił większego wrażenia. Wydaje się mały i staroświecki w porównaniu z tym co wyrosło wokół niego. Jakoś bardziej podoba mi się nasza skromna warszawska Syrenka albo delikatna Syrenka w Kopenhadze.

Skomentuj