Skoro świt opuszczam Singapur, choć jeszcze tutaj wrócę na jeden, ostatni dzień mojej wędrówki po Azji. Trochę znudzony tym miastem, bo mimo przepięknych miejsc , które udało mi się zobaczyć jakoś dłuższego pobytu tutaj sobie nie wyobrażam. Zrobiony na wysoki połysk Singapur gdzie wszystko jest pod kontrolą nie ma dla mnie duszy. To nie jest dla mnie Fine City. Z drugiej jednak strony mam świadomość, że przez pryzmat kilkudniowego zwiedzania, co by tu nie mówić tylko największych atrakcji turystycznych tego miasta i nawet posiadaniu przeze mnie dość dużej wiedzy książkowej na temat systemu politycznego Singapuru nie mogę wydawać kategorycznych opinii i sądów na temat tego państwa . Zresztą nie jest moim zamiarem wdawanie sądów a jedynie pokazanie moich odczuć, bardzo subiektywnych przecież.  Zapewne Singapur ma więcej do zaoferowania niż mi się wydaje, tego jestem pewien ale moje przeświadczenie, że kraj ten to „dyktatura w białych rękawiczkach” nie pozwala mi jakoś cieszyć się tym co widać tutaj w „pierwszej linii”. Wniosek dla mnie nasuwa się tylko jeden – obok Singapuru nie da się przejść obojętnie!

Kraj gdzie niemal wszystko jest na pokaz, wszystko jest sztuczne a prawdziwe życie schowane jest gdzieś w ciemne zakamarki baraków bez okien i dostępu do bieżącej wody w których kłębią się robotnicy z Chin, Bangladeszu, Indii, czy małych klitkach, gdzie niemal więzi się pomoce domowe starannie pomija się milczeniem. Niesprawiedliwość społeczna i łamaniem praw człowieka, usprawiedliwianie tego stwierdzeniem, „że i tak mają lepiej niż u siebie” to również obraz Singapuru. Moje krytyczne spojrzenie na Singapur nie wynika z „czepialstwa” ale staram się odwiedzane miejsca spostrzegać z szerszej perspektywy niż tylko bajecznej zatoki Marina Bay.

Tutejszy rząd robi wszystko aby te jego działania, które często krytykowane są na całym świecie przypadkiem nie wypełzły na powierzchnię aby nie rozlała się społeczna fala niezadowolenia.  Wmówiono obywatelom, że tak będzie dla nich lepiej. Strasząc potężnymi karami wymuszono dyscyplinę. Jak ocenić przepis, który mówi o tym, że jeżeli nie będą pilnowali swojej gosposi a ta zajdzie w ciąże to oni zostaną za to ukarani?! To jest zezwolenie niemal na niewolnictwo!  Chciałoby się krzyknąć – średniowiecze!!!  Wszechwiedzące państwo decyduje co wolno a czego nie obywatelowi, państwo gdzie nie szanuje się praw człowieka, gdzie cenzura jest mocna jak nigdzie w cywilizowanym świecie („Reporterzy Bez Granic” sklasyfikowali Singapur na 140 ze 167 miejsc pod względem wolności słowa i publikacji), gdzie kary cielesne stosowane na publicznych „egzekucjach” uważane są za wychowawcze czy wreszcie gdzie stosuje się karę śmierci,  gdzieś to wszystko mnie uwierało.

Choć to „nie moje małpy i nie mój cyrk”, to moja europejska mentalność, a może mentalność Polaka  nie umiała poradzić sobie z brakiem wolności ludzi tutaj żyjących.  Słowiańska fantazja nie lubi być zamykana w żadnych ramach a tutaj nie ma miejsca na spontaniczność. To miasto bardzo ogranicza, choć pozornie turysta nie powinien takiego uczucia doświadczyć. Widocznie ja jestem jakiś inny. Jestem zwolennikiem wychowywania, pokazywania i tłumaczenia co jest dobre a co złe, dawania ludziom wyboru, dawania ludziom szansy poznawania. Wolny człowiek ma prawo sam podejmować decyzje. Gdy w swoim życiu podejmujemy złe decyzje to  ponosimy ich konsekwencje ale zawsze to jest nasz wybór. Wiedza i wychowanie są dla mnie wystarczającymi narzędziami do poznania dobrego i złego. Tutaj państwo wie lepiej i ten „wspaniały” rząd zrobi wszystko za ciebie i dla ciebie. Zupełnie inaczej czułem się w Hong Kongu, który też jest miastem skomercjalizowanym ale mimo wszytko ciągle dużo tam prawdziwej Azji, tej chaotycznej, którą tak wielu z nas lubi najbardziej.

Rzeczywiście, gdy poznałem bardziej system jaki panuje w Singapurze i doświadczyłem atmosfery tego miejsca nie dziwię się już tak bardzo, że były premier i twórca tego państwa Lee Kuan Yew otrzymał w roku 1994 prześmiewczą nagrodę tzw. Anty Nobla w dziedzinie psychologii za swoją „pracę naukową” na temat „praktycznych trzydziestoletnich badań jaki wpływ na trzymilionowe społeczeństwo ma karanie ludzi za żucie gumy i karmienie gołębi”. Dla przypomnienia Ig Nobla przyznaje się co roku za „przełomowe” badania i prace naukowe, których powtórzyć się nie da lub nie warto. Prawda jest chyba taka, że systemu singapurskiego nigdzie indziej na świecie powtórzyć się nie da. Choć z drugiej strony trzeba uczciwie przyznać, że wiele rozwiązań działających w tym państwie jest dobrych i należałoby z nich skorzystać.

Startując rano z lotniska Changi pomyślałem, że mieszkać tutaj na stałe bym nie mógł. Nie umiałbym zrezygnować ze swoje wolnej woli i poczucia wolności, karmienia gołębi na placu, leżenia na trawniku w parku nawet w zamian za bardzo dobre warunki ekonomiczne, jakie zapewnia Singapur większości swoich obywateli. To zdecydowanie nie moje miejsce na ziemi, choć przecież wcale takiego nie szukam :). Z drugiej jednak strony, gdy odrzucimy całą politykę singapurską można spędzić tutaj udane wakacje w krainie szczęśliwości, przepięknych centrów handlowych, fantastycznych restauracji, fenomenalnej architektury, niezwykle interesujących muzeów a co bardzo ważne dla turystów w miejscu bardzo bezpiecznym gdzie zawsze znajdzie się ktoś kto nam pomoże w razie problemów i nie będzie za tą pomoc oczekiwał pieniędzy. Komfort zwiedzania w poczuciu, że nikt nie czycha na twój portfel i każdy uśmiech odwzajemniany jest uśmiechem dla każdego turysty jest bezcenny.

Kilka dni w tym „raju” było fajnym doświadczeniem ale po tych kilku dniach bardzo chciałem znaleźć się w prawdziwym świecie ze wszystkimi jego ułomnościami gdzie nie musiałbym czuć się spięty i obserwowany. Jak wskazują statystyki singapurskiego ministerstwa turystyki większość turystów zostaje w mieście na trzy – cztery dni i jedzie dalej. Czyżbyśmy bardziej lubili zaśmiecone ulice, szemrane zakamarki, zanieczyszczone powietrze, uliczne wózki z jedzeniem, rozklekotane autobusy, brudne metro czy wreszcie chaos na ulicach Bangkoku, Hanoi, Manili, Sajgonu, Phnom Penh, New Delhi, Dżakarty, Wientianu? Czyżby ten Singapurski dobrobyt nas onieśmielał? A może po prostu, najzwyczajniej w świecie zazdrościmy mieszkańcom Miasta Lwa życia lepszego niż nasze?  Z tej zadumy wyrywa mnie aksamitny głos stewardesy – „Proszę państwa za chwilę lądujemy w Ho Chi Minh”. Witamy w Wietnamie!

2 komentarzy do “Siedzę, myślę i …lecę”

  1. Ja myśle, że powód tak krótkiego pobytu w Singapurze jest banalny – pieniądze.Musimy pamietać, ze na 10 turystów – 7 to plecakowicze z ograniczonym budzetem,podróżnicy – studenci,tzw year gap’owicze.To ceny wyganiają nas tak szybko z tego miasta.

    Adam – jak to mówią -peruki z głów-świetnie opisany Singapur, bardzo ciekawie i całkiem inaczej niż w przewodnikach.

  2. @Moniko, oczywiście wysokie ceny w Singapurze mają ogromny wpływ na długość naszych pobytów. Niestety skracają je niemiłosiernie :( To pewnie jedna z głównych przyczyn ale nawet gdyby było taniej to po tych kilku dniach mnie ciągnęło dalej w głąb Azji, do tego całego zgiełku azjatyckiego. Trochę sztywna atmosfera i brak duszy w Sin u mnie spowodowały, że po prostu się tam zacząłem nudzić. Mimo tego, że lubię duże miasta to ciężko porównać poukładany Sin do każdej dużej metropolii na świecie gdzie zazwyczaj nie wiesz co Cię spotka za rogiem. Dla mnie Sin jest zbyt oficjalny i przewidywalny co wcale nie oznacza, że mi się nie podobało. Na te kilka dni wystarczy. Ale jak napisałem wyżej: Sin to miasto obok, którego obojętnie przejść się nie da i warto to wszytko zobaczyć na własne oczy. Nie żałuję ani 1$ wydanego w Sin :)
    Cieszę się, że Ci się podobało i bardzo dziękuję :)

Skomentuj