Na deser swojego pobytu w Singapurze zostawiłem sobie następną „gwiazdę” tego miasta – wisienkę na torcie mojego pobytu tutaj! Skoro już kolejny wpis będzie o tym co najlepsze w tym mikro państwie do oglądania to nie może w tym panteonie zabraknąć, jak dla mnie największej i najpiękniejszej atrakcji – hinduistycznej świątyni Sri Mariamman. Ta „gwiazda” poza tym, że wygląda wspaniale to jeszcze ma duszę. Najpiękniejsza świątynia w Singapurze ale i jedna z najładniejszych tego typu świątyń jakie kiedykolwiek miałem okazję oglądać.  Pomnik i skarb narodowy Singapuru.

Jest to najstarsza świątynia wyznawców hinduizmu w tym państwie. Zbudowano ją w 1827 roku, czyli jak na to młode państwo to jedna z najstarszych budowli i już zabytek. Zbudowana rękoma imigrantów z południowych Indii, którzy osiedlali się tutaj szukając lepszego życia. Świątynię poświęcono bogini Mariamman znanej z jej mocy w leczeniu chorób i zapobieganiu epidemii. W tamtych czasach wielu, zwłaszcza biednych indyjskich emigrantów chorowało i umierało na malarię. Singapur w tamtych czasach nie był nawet w 1% podobny do tego, który można oglądać dzisiaj. Obecnie malaria nie występuje na tym terenie a za dopuszczenie lęgu komarów na swoim balkonie (nawet jak jesteśmy tego nieświadomi) otrzymuje się wysoką karę pieniężną.

Wydaje się, że takie bóstwo było wówczas potrzebne najbardziej. Jednak jak to jest w hinduizmie można modlić się tutaj do całego panteonu przeróżnych bóstw i bogów. Początkowo świątynia pełniła typową funkcję sakralną ale z czasem przejęła również bardzo ważną rolę stając się centrum życia społecznego całej społeczności pochodzenia hinduskiego, niemal kamieniem milowym dla tej społeczności. Świątynia Sri Mariamman służyła jako schronienie dla nowych imigrantów z Indii w czasach kolonialnych gdy władze nie zawsze były im przychylne. Była również ważnym punktem kontaktowym dla działań społecznych i organizowania się hindusów. Wreszcie była pierwszą świątynią hinduską gdzie udzielano legalnych małżeństw. Ja to zwykle bywa w tym mieście ta najsławniejsza  hinduska świątynia położona jest w samym sercu…  oczywiście Chinatown (Pagoda Street), niedaleko świątyni Buddha Tooth Relic Temple and Museum. Tuż za nią znajduje się meczet. Jakoś nikomu trzy różne świątynie, trzech różnych wyznań sąsiadujące ze sobą nikomu nie przeszkadzają.

Sri Mariamman Temple została ufundowana przez Naraina Pillai, który był urzędnikiem w British East India Company  i towarzyszył sir Stamfordowi  Rafflesowi w jego drugiej wizycie na wyspie w roku 1819. Pan Pillai miał w sobie żyłkę przedsiębiorcy i założył w Singapurze pierwszą cegielnię. Szybko rozwijał swoje interesy i został okrzyknięty liderem społeczności hindusów na wyspie.  Ukoronowaniem jego wysiłków i trudów, a także w darze dziękczynnym sfinansował budowę świątyni, którą teraz miałem szczęście odwiedzić.

Fundator wystarał się o przydział ziemi pod budowę świątyni. Jednak pierwsza lokalizacja jaką dostał od władz nie spełniała jego oczekiwać, gdyż nie było tam dostępu do źródeł żadnej wody (Singapur nie posiada do dziś nawet kropli słodkiej wody na wyspie). Woda była niezwykle potrzebna w świątyni do wielu rytuałów. Pułkownik William Farquhar (mianowany pierwszym brytyjskim rezydentem i komendantem Singapuru, od 1819-1823) zgodził się przyznać Pillai’owi inna działkę w pobliżu kanału (dzisiejszy Stamford Canal ). Jednak ze względu na urbanistyczne zapędy samego Stamforda nie doszło do budowy świątyni w wyznaczonym miejscu. Przez trzy lata trwały negocjacje pomiędzy fundatorem a władzami aż wreszcie Pillai otrzymał teren gdzie do dziś stoi ta świątynia.

Przed 1827 rokiem była to drewniana budowla dla głównego bóstwa jakie tam ustawiono, małego posągu Sri Mariamman (co ciekawe oryginalny posąg do dzisiaj znajduje się w świątyni). W 1843 roku rozebrano drewniany budynek i postawiono prostą świątynie murowaną. Dopiero w roku 1962 czyli sto dziewiętnaście lat później wybudowano zupełnie nową świątynię wraz ze skomplikowanym rzeźbami i ozdobami. Główna brama (wieża) czyli Gapuram została jednak zbudowana wcześniej bo w latach 1800, była jednak dosyć prosta i bez zbytnich zdobień. Te setki rzeźb, które dzisiaj oszałamiają nas swoimi kolorami i pozami dodano w latach 60 XIX wieku. Ozdobna sześcio warstwowa wieża robi ogromne wrażenie. Wydaje się, że jest wyższa niż w rzeczywistości a to właśnie ze względu na piramidalny kształt. Każda kondygnacja jest nieco mniejsza niż poprzednia co daje optyczne złudzenia wydłużenia budowli.

Obok Gapuram są dwie duże, rzucające się w oczy rzeźby. Po prawej stronie bóstwo Murugan (bóg wojny i patron ziemi Tamilów) a po prawej wizerunek Kriszny (często jest przedstawiany jako czarny chłopiec, pasterz grający na flecie. Symbolizuje również boskiego wojownika, delikatnego kochanka a nawet nauczyciela filozofii). Ogromne drzwi do świątyni z typowymi dla Indii metalowymi kolcami mają sprawić aby każdy z nas – ludzi poczuł się wchodząc tutaj malutki w obliczu Boga. Na drzwiach są również umieszczone dzwonki.  Ponoć zdzwonienie nimi ma przynieść nam szczęście. Również szczęście powinno nam przynieść chodzenie wewnątrz świątyni w kierunku wskazówek zegara ale okrążeń trzeba zrobić nieparzystą ilość. Świątynię przebudowywano jeszcze wielokrotnie podczas ostatnich stu lat i tak oto dzisiaj możemy zagłębić się pomiędzy jej zakamarki i dziwić się i dziwić i zachwycać!

A wierzcie mi na słowo jest czym się zachwycać i czemu się dziwić. Niesamowita ilość hindusów. Ludzi bardzo gorliwie modlących się i składających dary. Zapach ludzkiego potu miesza się zapachem kwiatów, popsutego mleka i palących się kadzidełek. Zapach niepowtarzalny i o dziwo wcale nie jest nieprzyjemny. Wręcz odwrotnie. Intryguje i wciąga jakby był przewodnikiem po tej świątyni. No i ta niesamowita muzyka. Nasze biedne, białe uszy niemal „więdną” od tych dźwięków. Nic nie rozumiem z tych przeraźliwych trąbek, piszczałek i bębenków. Jednak po kilku minutach ta wcześniej irytująca muzyka zaczyna do mnie „mówić”, zaczynam ją rozumieć a przynajmniej znosić i cieszyć się nią. Niesamowite jak szybko w takich miejsca, człowiek przecież z zupełnie innej kultury wciąga tutaj wszystkimi zmysłami atmosferę. Mnóstwo barw, kobiety ubrane w sari niemal we wszystkich możliwych kolorach a im bardziej jaskrawy tym lepiej, błyszcząca złota biżuteria, setki kolorowych lampek, kolorowe wizerunki bóstw, bogów, krów, lwów, cieląt i sam nie wiem czego. Zawrót głowy!

Musze wyjść na zewnątrz, bo zaraz „zginę” sam w sobie gdzieś pośród tych dźwięków, zapachów i kolorów! Tutaj jest nieco spokojniej i ciszej. Obchodzę świątynię dookoła i znowu wpadam w zachwyt. Przez te wszystkie dziesięciolecia świątynia „obrosła” z każdej strony wysokimi wieżowcami. Została sama pośrodku szklanych domów. Wygląda jak mała, dziecięca kolorowa szkatułka pośrodku zimnych, lodowych, współczesnych pałaców biznesu. Widok nieziemski, bajkowy. Wysokie wieżowce ze szkła i stalli prawie ją zgniotły ale ma się wrażenie, że dzięki bajecznym kolorom i jeszcze bardziej wymyślnym postaciom na kopułach, niż te na wierzy wejściowej Sri Mariamman krzyczy: „Patrzcie tutaj jestem! Stoję tutaj 200 lat i nic mnie nie zasłoni! Strzegą mnie lwy, krowy i bogowie!

To co dziej się wewnątrz jednak wciąga mnie niczym jakaś magnetyczna otchłań. Ponoć najlepiej jest  przyjść do świątyni wieczorem gdy przychodzi tutaj najwięcej wiernych. Kapłani, bajecznie ubrani wierni, zmysłowe rytuały odprawiane od stuleci, ofiary składane pod ołtarzami: mango, kokosy – oznaka czystości, banany i mleko – obfitości i niezliczona ilość pięknych kwiatów, to wszystko sprawia, że przenoszę się do jakiegoś bajkowego świata. Wystarczy wejść do świątyni z otwartym umysłem i tylko patrzeć i dać się ponieść swoim zmysłom. Nie ma możliwości aby mi się to znudziło, im dłużej tutaj jestem tym bardziej odpływam w nieznany mi świat ale świat miły i bezpieczny … nie martwię się niczym, nie myślę o niczym… Hare Kriszna.

4 komentarzy do “Hare Kriszna, Sri Mariamman!”

  1. mnie na wstępie poraziła kiczowatość tego miejsca, ale tak pozytywnie, bo kolorowo , jednak jak na swiatynie to troche za glośno tam było..:)

  2. Oj to szczera prawda. Feria kolorów, ilość przeróżnych figurek, kolorowe lampki sprawiają wrażenie ogromnego kiczu. Wszystkie świątynie hinduistyczne są takie i dzięki temu ma się wrażenie, że są bajkowe 🙂 Ta szczególnie jest kiczowato – piękna 🙂 My jesteśmy przyzwyczajeni do atmosfery ciszy i skupienia w kościołach a tutaj rzeczywiście muzyka „wali” po uszach. Jest bardzo głośno i na początku trudno znieść te dźwięki ale po pewnym czasie ta muzyka jakby przestała mi przeszkadzać, coś jakbym wpadł w trans. Zupełnie inaczej niż np. w świątyniach buddyjskich gdzie mnisi śpiewają mantry i jest cicho i monotonnie. Tutaj niemal jak na weselu! Cóż, co świątynia to inny obyczaj i to jest fascynujące. No ale już wiesz Moniko, że ja „świątynny” jestem i buddyjskie i hinduskie świątynie uwielbiam:) Pozdrawiam

  3. A ja lubię hinduskie świątynie i hinduską otwartość dzielenie się jedzeniem z każdym przybyłym i ich podejście do religii gdzie każdy Bóg się zmieści i jest potrzebny. Nie wiedziałam, że kokosy to symbol czystości myślałam, że są symbolem obfitości. Czas iść na korepetycje do hindusek.

  4. Z tym kokosem to rzeczywiście dziwne. Ja generalnie też spotkałem się z tym, że to symbol obfitości. Nawet pamiętam jak będąc na Sri Lance Lankijczycy tłumaczyli jak palma kokosowa jest dla nich ważna. Można z niej zrobić wszytko: jedzenie, ubranie, wybudować dom, mieć opał, zrobić zabawki, narzędzia itp. Mówili, że dzięki palmie to oni mają wszytko czego potrzebują. Jednak trafiłem również właśnie na ten przykład, że jest również symbolem czystości. Pewnie, jak to bywa w hinduizmie kokos ma wiele znaczeń. Może inne dla Tamilów a inne dla mieszkańców innych rejonów.Kraj jest ogromny i różnorodny a religia niesamowicie bogata i obfita w znaczenia. Podpytaj u źródła i koniecznie daj znać jak wypadnie „śledztwo” 🙂

    pozdrawiam

Skomentuj