Kończąc spacer po Marina Bay należy koniecznie przyjść tutaj po zmroku. Hotel Marina Bay Sands jest tutaj niewątpliwie gwiazdą numer 1. Wiadomo, że gwiazdy najjaśniej świecą nocą. Nie inaczej jest w tym przypadku. Czego by tu nie napisać, pokaz laserów z hotelowego dachu jest czymś co zobaczyć po prostu tutaj trzeba.

Tzw. show times odbywa się dwa razy dziennie. Od niedzieli do czwartku pierwszy pokaz jest o 20.00 a drugi o 21.30. Natomiast  w piątki i soboty oprócz tych dwóch pokazów jest jeszcze trzeci o godzinie 23.00. Przynajmniej taki „rozkład jazdy” obowiązywał podczas mojego pobytu tutaj. Zawsze można sprawdzić na ich stronie internetowej.

Za pierwszym razem gdy się wybraliśmy aby obejrzeć ten spektakl tak się „zakręciliśmy” na ulicach, że zdążyliśmy na ostanie 10 sekund pokazu. Niestety tak to jest jak człowiek chce sobie ułatwić. Postanowiliśmy pojechać metrem jeden przystanek dalej niż jechaliśmy w ciągu dnia, bo wydawało się nam, że tak będzie bliżej. Może i bliżej było ale chodniki dla pieszych się skończyły! Trzeba było zatem przejść przez jakieś centrum handlowe, potem drugie i następne. No i wiadomo czym się kończy wejście w Singapurze do galerii handlowej! Nie łatwo wypuszczą się ze swoich szponów witryn „cudnej urody”. Pisałem już o tym we wczorajszym wpisie. Jak zwykle pobłądziliśmy i nie zdążyliśmy. Znalezienie wyjścia w odpowiednim miejscu jest po prostu niemożliwe :).

Następnego dnia wyjechaliśmy wcześniej aby mieć pewność, że o godzinie 20 będziemy na stanowiskach tzn. naprzeciwko hotelu. Uzbrojony w statyw do aparatu planowałem pierwszą w życiu lekcję fotografowania w nocy. Punktualnie o 20.00 zapaliły się pierwsze lasery i…. oniemiałem.  Hotel jawił się jak gigantyczny statek kosmiczny a ja nie wiedziałem czy walczyć z ustawieniami aparatu czy stać bez ruchu i oglądać. Pokaz laserów zsynchronizowany jest z muzyką i fontannami pod samym hotelem. Ja oglądałem to z przeciwległego brzegu, więc dźwięku nie słyszałem a tańczące fontanny widziałem ledwo ledwo. Za to hotel z tego miejsca ogląda się w całej okazałości. Można również w tym samym czasie zafundować sobie rejs małym stateczkiem po zatoce i oglądać to z wody.

Te kilkanaście minut jest niesamowite. Okolica rozbłysła kolorami. Hotel zdawał się niemal lecieć do nieba. Migawka mojego aparatu pracowała jak szalona a ja nie mogłem się napatrzeć. Tak chyba człowiek wyobraża sobie połączenie techniki ze sztuką w XXI wieku. Malowane światłem niebo, okoliczne budynki (zwłaszcza Art Science Museum) i woda w zatoce. Nie byłem w stanie wrócić do hotelu po skończonym pokazie. Zostałem na drugim i podobało mi się jeszcze bardziej. Żałowałem, że to już ostatnia noc w Singapurze i nie mogę obejrzeć tego wszystkiego z drugiego brzegu, spod samego hotelu. Niestety trzy dni jakie spędziliśmy w tym mieście okazały się niewystarczające.

Wycieczka po Marina Bay pokazuje jaki Singapur chce być. Jakim mam go widzieć, jakim zapamiętać. Ultranowoczesny niemal futurystyczny, zapierający dech w piersiach i przyprawiający wszystkich o zazdrość.  To kreacja tego miasta jego wizytówka. Warta poświęcenia czasu, bo fajnie czasami poczuć się „księciem życia”. Singapur to daje i pewnie dlatego turyści tak lubią to miasto – państwo. Starannie przykryte są pod tą fascynującą otoczką wszystkie „brudy” panującego tutaj wspaniałego rządu. Gdy się stoi i ogląda to wszystko człowiek łatwo zapomina o braku wolności, nieszanowaniu praw człowieka i iluzorycznym szczęściu wytresowanych obywateli. Choć nocą gwiazdy świecą jak nigdzie a na czarnym niebie kolorowe światła malują tęczę gdy przychodzi poranek i cały blichtr opadnie Singapur nie umie się obronić przynajmniej przede mną. Wówczas myśli wracają do rzeszy emigrantów pozbawionych niemal podstawowych praw człowieka, dzięki którym to wszystko zbudowano. To jednak temat na inny wpis teraz cieszmy oczy turystyczną atrakcją numer 1 bo wygląda to fantastycznie!

Skomentuj