Sajgon podzielony jest na dzielnice, podobnie jak Hanoi i wielu innych miastach na świecie. Jednak zapamiętując adres jakiegoś obiektu  poza ulicą trzeba jeszcze pamiętać w jakiej mieści się dzielnicy. Najbardziej popularną dzielnicą wśród turystów jest Dzielnica 1. To właśnie tutaj bije serce turystycznej części Sajgonu. To tutaj skupia się najwięcej hoteli, barów, restauracji, biur podróży, banków itd. Całą dzielnicę można przejść pieszo a także dosyć blisko stąd jest do najważniejszych atrakcji miasta – choć nie do wszystkich.

Jeszcze z Polski zrobiłem rezerwację hotelu „Golden Wind”.  Hotel okazał się bardzo dobrym wyborem. Za 24$ za dwuosobowy pokój za dobę nie można na nic narzekać. Oczywiście można znaleźć hotel jeszcze taniej ale wydaje mi się, że cena za dobę w okolicach 20$ jest ceną, za którą w Sajgonie można mieszkać w dobrej lokalizacji i w bardzo przyzwoitych warunkach. Hotel „Golden Wind” stoi w drugiej linii od ulicy co oznacza, że niełatwo znaleźć wejście do niego. Z głównej ulicy Pham Ngu Lao trzeba wejść w bardzo wąską uliczkę pomiędzy budynkami, właściwie w szczelinę szerokości walizki i dopiero wówczas kolejną wąską uliczką dochodzi się do hotelu. Łatwo nie zauważyć tego przejścia bo my raczej szukamy  ulicy a nie wąskiego przejścia zwanego ulicą :).

Takie położenie hotelu ma ten plus, że nie dochodzi tutaj uliczny hałas. Gdyby mieszkać przy głównej ulicy to raczej trzeba pożegnać się ze snem bo samochody i motory trąbią non stop. Wadą jest to, że raczej trudno liczyć na ładne widoki z okna, które zresztą w wielu pokojach zaklejone są kolorową folią, żeby nie zaglądać ludziom do mieszkań. Całe szczęście, że chociaż okna się otwierają. Same pokoje są różnej wielości od dosyć dużych ale ciemnych i ze staroświeckimi meblami, po mniejsze, wyremontowane i jasne pokoje dosyć nowocześnie ale skromnie umeblowane. W pokoju mieliśmy działającą klimatyzację, lodówkę, czajnik, darmowy dostęp do Internetu a w łazience nawet panel prysznicowy do takich pseudo masaży :). Czysto, skromnie ale wygodnie. No i warte podkreślenia jest to, że pracują tutaj niesamowicie miłe dziewczyny w recepcji. Bardzo sympatyczne, pomocne i co dało się zauważyć wielu gości dosyć wylewnie dziękowało im za udany pobyt.

Dla mnie ogromną zaletą było położenie tego hotelu właśnie na tyłach, pomiędzy zwykłymi budynkami. Spacer tymi ciemnymi, wąziusieńkimi uliczkami był fajnym przeżyciem. Trochę niezręcznie się czułem zaglądając ludziom wprost do ich mieszkań ale dzięki temu można zobaczyć jak żyją miejscowi. Wszystko dzieje się przy otwartych drzwiach i oknach. Wszystko na widoku. Co prawda czułem się jak intruz ale z ciekawością patrzyłem jak urządzone są te malutkie mieszkanka i jak krzątają się tam ludzie a gdy nasze spojrzenia się spotykały (o co nietrudno, gdy stoisz komuś niemal w kuchni  i sypialni zarazem) zawsze mój uśmiech był odwzajemniany lub dzieciaki machały przyjaźnie. Nie miałem tylko odwagi robić zdjęć, bo obserwacja z tak bliska czyjegoś życia, codziennych zwykłych czynności jak pranie, gotowanie, naprawianie motoru czy po prostu poobiedniej drzemki w takich warunkach wydaje się bardzo intymne.

Właśnie w takich wąskich uliczkach można znaleźć tanie hotele, tanie knajpki z typowo lokalnymi daniami czy małe sklepiki. To taki trochę ukryty świat. Zarazem krok od szerokiej ulicy, gdzie błyszczą turystyczne knajpy i przewija się tłum turystów a jednocześnie schowane przed tym turystycznym blichtrem proste życie, zwykłego Wietnamczyka, który żyje tak samo jak jego rodzicie czy dziadkowie od dziesięcioleci. Dla mnie świat trochę zaczarowany, bo poza znanymi zabytkami właśnie takie miejsca blisko codziennej zwyczajności lubię podglądać najbardziej. Czasami nawet taką uliczką nie da się przejść gdy pan w garniturze je swoją zupę siedząc na małym, plastykowym krzesełku niemal dziecięcym, bo większe się nie zmieści aby przejść trzeba mu przeszkodzić i poprosić o wstanie. Czasami przejedzą ktoś na motorze i wówczas niewiadomo co zrobić i właściwie żeby się minąc trzeba wejść komuś do domu. Dziwnie się chodzi po tych zakamarkach. Zapachy nie zawsze są przyjemne, czystość raczej również nie przypomina Singapuru a zapewne wieczorami przemykają tutaj koty i szczury. Trochę strasznie, trochę śmiesznie ale interesująco. Choć przyznaję bez bicia, że wieczorem gdy już było ciemno szybko przemykałem tymi uliczkami patrząc tylko prosto przed siebie, prosto do hotelu z nadzieją, że nie spotkam po drodze tłustego szczura, brrrrrrrrrrr!!! Na szczęście nigdy nie spotkałem.

4 komentarze do “Golden Wind Hotel”

  1. uwielbiam takie uliczki, super klimaty i ten dreszczyk emocji…ehhh..:)Niezły sajgon w tym Ho Chi Minh’e.

  2. Oj sajgon niezły! Nie sądziłem, że to co dzieje się dookoła aż tak bardzo mnie zaskoczy. Po spokojnym Singapurze to był przeskok w zupełnie inny świat. 🙂

  3. Krystyna :

    Naprawdę „świat zaczarowany”, uwielbiam takie miejsca.

    A tymczasem….życzę Wam cudownych wakacji na Seszelach 🙂 Już nie mogę się doczekać Twoich zdjęć !!

    Pozdrawiam serdecznie

  4. Krysiu bardzo dziękuję 🙂 Mam nadzieję, że pogoda dopisze i przywiozę fajne zdjęcia kolejnej wyspy 🙂
    Również serdecznie pozdrawiam i do „usłyszenia” 🙂

Skomentuj