Dzielnica finansowa nie zrobiła na Was wrażenia? Zapewne widzieliście wcześniej wieżowce Hong Kongu albo Nowego Yorku?! Tutejsze choć lśniące pozbawione są finezji i wizjonerstwa jak tamte, jednak mimo wszystko na przybyszach ze starej Europy robią wrażenie. W Singapurze jest jak u Hitchcock’a od teraz napięcie już będzie tylko rosło. Jednak wizyta w tym miejscu potrzebna jest aby zrozumieć jak wielki krok naprzód zrobił ten kraj w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Ciąg dalszy spaceru na pewno zrobi na Was większe wrażenie.

Nie od początku było Singapurowi dane odnieść sukces, ba  nawet wróżono mu rychłą porażkę. Malusieńki kraj, pozbawiony sojuszników, surowców naturalnych (nawet słodkiej wody), otoczony zewsząd silnymi państwami, które chętnie włączyłyby go w swoje posiadanie nie miał zbyt wielu możliwości. Jednak udało mu się przeżyć i rozwinąć. Taki plan był od samego początku. Skoro nie możemy być państwem jak inne to zbudujemy państwo – korporację, państwo jak firmę, której udziałowcami będzie każdy obywatel a zarządzać będzie nią ten najlepszy – Lee Kuan Yew. Jednak dojście do tej koncepcji trochę trwało. Po odzyskaniu niepodległości Singapur swoją szansę widział tylko jako część Malezji.

Pięćdziesiąt lat temu wyspa ledwo zasługiwała na miano państwa. Singapur wystąpił z federacji Malezji i ogłosił niepodległość. Premier Lee Kuan Yew płakał gdy wygłaszał orędzie do narodu. Płakał nie ze szczęścia ale ze strachu przed tym, czy jego państwo będzie potrafiło się utrzymać na arenie dziejów jako samodzielny  twór. W przemówieniu mówił: „Ogromnie nad tym boleję”. Niepodległość stała się dla niego ogromnym szokiem. Zaledwie dwa lata wcześniej Singapur uwolnił się z pod panowania Imperium Brytyjskiego i wszedł w skład Federacji Malezji. Jednak antagonizmy pomiędzy Malajczykami a Chińczykami nie dawały żadnej szansy na zachowanie pokojowych relacji. Premier Malezji zmusił Singapur do wystąpienia z federacji.

Sesja inauguracyjna parlamentu w grudniu 1965 roku nie rozwiała żadnych obaw władz nowego państwa. W państwie, które nie ma nawet jednego żołnierza bo cała armia jest ciągle pod kontrolą malezyjskich dowódców nie można funkcjonować spokojnie. Obrona stała się priorytetem młodego państwa. Trzeba poszukać sojuszników. Tutaj z pomocą przychodzi Izrael. Państwo małe, otoczone zewsząd silniejszymi, muzułmańskimi państwami – podobnie jak Singapur. Izraelska armia była znana ze swojego świetnego wyszkolenia i skuteczności.

W 1966 roku rząd stworzył obywatelską armię milicyjną wzorowaną na modelu izraelskim. Powołano do niej wszystkich mężczyzn, których przeszkolono na wypadek kryzysu. Była to pierwsza suwerenna decyzja Singapuru. O tyle istotna, że taka taktyka ciągle jest priorytetem w polityce Singapuru  – trzeba być zawsze zwartym i gotowym. W dzisiejszych czasach niebezpieczeństwo wojny zostało zażegnane ale służba wojskowa jest ciągle obowiązkowa. Ma ona znaczenie symboliczne, ma wzmacniać poczucie wspólnoty narodowej czy wreszcie ma uczyć tolerancji i jedności.

Jednak silne państwo to nie tylko armia ale przede wszystkim gospodarka. Niepodległość okazała się katastrofą ekonomiczną dla wyspy. Przez sto lat Singapur i Malaje były ze sobą ściśle związane. Na terenie archipelagu pozyskiwano kauczuk, cynę i transportowano je do portu skąd ruszały w świat. W 1965 roku więzy zostały zerwane i wyspę pozostawiono swojemu losowi. Nie było tutaj żadnego przemysłu ani fabryk. Rosło bezrobocie. Brytyjczycy zamykali swoją bazę wojskową, która stanowiła podstawę zatrudnienia dla mieszkańców Singapuru.  Przynosiła ona 1/6 dochodu całego kraju. 50 tysięcy ludzi miało zostać bez pracy, a jeśli doliczyć do tego sklepikarzy, pralnie, bary itp. była to prawdziwa katastrofa.

Ponownie wydarzenia jakie rozegrały się w dalekim świecie po raz kolejny zmieniają losy Singapuru. Tym razem pomaga chińska rewolucja kulturalna. Rewolucyjna gorączka przegnała inwestorów z Hong Kongu i Tajwanu. Zwrócili się więc ku Singapurowi. W późnych latach 60. XX wieku pierwsze zachodnie firmy elektroniczne uruchomiły produkcje na wyspie. W latach 70 rozpoczęto produkcje układów scalonych. W kolejną dekadę Singapur wkroczył już jako jeden z wiodących producentów sprzętu elektronicznego w Azji.

Ten sukces był zasługą liberalnego prawa, które raczej hołdowało zasadzie: przyjeżdżajcie, budujcie fabrykę i róbcie co chcecie. Inwestorów zagranicznych przyciągały małe podatki, niskie płace i wysoko wykwalifikowani robotnicy. System nie szkolił znawców literatury czy naukowców a zdyscyplinowanych robotników. W myśl zasady – umiejętności pozwolą Ci na siebie zarobić. Prawo pracy z 1968 roku ograniczało prawo strajków. Nie można pozwolić sobie na przestoje w produkcji. W takich przypadkach można zwolnić wszystkich pracowników i zastąpić ich nowymi. W ten sposób Singapur stał się azjatycką bazą wielu międzynarodowych firm.

Jednak premier Lee Kuan Yew chciał aby wyspa była czymś więcej niż tylko ostoja zagranicznego kapitału. Pragnął by ludzie nauczyli się współzawodnictwa na rynku międzynarodowych od własnych i międzynarodowych przedsiębiorców. Tylko w kraju nie było żadnych firm singapurskich. Wg premiera nie było w małym państewku ani ludzi z takim kapitałem ani z taką wizją. Stworzył więc je sam.  Wybrano grupę utalentowanych urzędników państwowych, przeprowadzono dla nich intensywny kurs biznesowy i postawiono ich na czele utworzonych firm państwowych. Jedno z pierwszych i najbardziej dochodowych przedsięwzięć to Singapur Airlanes. W 1972 roku pomysł utworzenia własnych linii lotniczych na maleńkiej wyspie, która nawet nie miała własnego rynku wydawał się niedorzeczny. Dziś to gigant i jedna z najlepszych linii lotniczych na świecie. Główna pula udziałów w firmie wciąż należy do rządu. Tak samo jest z lotniskiem Changi.

Olbrzymi port kontenerowy w Singapurze jeden z najnowocześniejszych w świecie znajduje się pod zarządem innej agendy rządowej. Niemal w każdym sektorze gospodarki przeważają firmy państwowe. W ostatnich latach zaczęto je prywatyzować ale nadal lwia część z nich jest ciągle kontrolowana przez rząd. Politykę Singapuru można określić mianem udanego socjalizmu. Ale tutaj owy socjalizm został utemperowany przez ostre kryteria ekonomiczne. Najważniejsza jest produktywność. To trochę inna forma socjalizmu – widać to również w podejściu do budownictwa.

Politycy wzorowali się tutaj na rozwiązaniach brytyjskich. W Wielkiej Brytanii zlikwidowano slumsy a w ich miejsce postawili tanie, nowoczesne domy. Chcieli to powtórzyć w Singapurze. Wybudowano całe osiedla takich rządowych domów. Powstały ogromne bloki w których zamieszkała większa część populacji.  Istnieje jednak fundamentalna różnica pomiędzy oboma systemami w poszczególnych krajach. Zamiast wynajmować mieszkania tak jak to jest w Anglii rząd Singapuru zachęcał obywateli do ich kupna. Chciano uniknąć tworzenia się kultury zależności tak jak to jest w Wielkiej Brytanii. Różnica pomiędzy domami własnościowymi a czynszowymi jest porażająca. Właściciele traktowali własny dom jak skarb a najemcy pozwalali mu niszczeć. Sprzedając mieszkania na własność, rozkładając płatność na raty przez 30 lat państwo zrobiło dobry interes. Co ciekawe ten system przyjęła później i Wielka Brytania. Dzisiaj 80% obywateli Singapuru mieszka w prywatnych mieszkaniach wybudowanych przez państwo. Powstały nowe miasta – satelity. Krajobraz wyspy zmienia się. Państwo stało się eleganckie, nowoczesne i niemal pokazowe.

Pamięć dawnych czasów, pamięć dzieciństwa ludzi tutaj mieszkających została poświęcona w imię postępu. Przez lata singapurczycy święcili sukcesy gospodarcze ale okupili je uległością. Podporządkowali się wszystkim projektom rządu. Jednak w pewnym momencie dały się słyszeć głosy krytyki. 31 października 1981 roku w jednej z dzielnic Singapuru partia rządząca sprawująca władzę nad krajem od czasów niepodległości przegrała wybory uzupełniające.  Zwycięzcą okazał się pewien prawnik przywódca opozycyjnej partii robotniczej – Joshua Benjamin Jeyaretnam.  Tak sam wspomina tamte czasy: „To była pamiętna noc, cudowna, tłumy oszalały. W powietrzu było czuć nadzieję na zmiany”. Zwycięzca był niemal bożyszczem najbiedniejszych. Tych wszystkich, którzy nie skorzystali na rozwoju Singapuru.  Stał się pierwszym opozycyjnym posłem w parlamencie. Do tej pory, przez 16 lat wszystkie miejsca zajmowali członkowie partii rządzącej. Niestety rola Jeyaretnam’a w parlamencie była umniejszana a jego wystąpienia blokowane. Podjął walkę ale co najmniej 6 razy upominano go o niewłaściwe zachowanie gdy publicznie poddawał władzę krytyce. Postrzegany był jako osoba destrukcyjna, jako osoba, która może zniszczyć panujący ład w państwie. Opowiadał się np. za opieką społeczną, której rządzący byli przeciwnikami.  W 1984 roku odbyły się wybory powszechne. Jeyaretnam ponownie wygrał w swoim okręgu stawiając tym opór władzy, która miała nadzieję zająć wszystkie miejsca w parlamencie. Tym razem władza postanowiła działać i w 1986 roku oskarżono Jeyaretnam’a o złożenie fałszywego zeznania podatkowego. Ukarano go grzywną  i skazano na miesiąc pobytu w więzieniu. Oczywiście co za tym idzie odebrano mu mandat poselski  i wydalono z palestry.

Singapur należy do Wspólnoty Narodów więc prawnik złożył apelację do sądu w Londynie. W 1988 roku przychylono się do apelacji i przywrócono mu prawo do wykonywania zawodu. Po powrocie z Londynu jako wygrany jedyny opozycjonista w kraju poprosił prezydenta Singapuru o anulowanie wyroku. Prezydent odpowiedział, że nie okazał on skruchy i skoro nie przyzna ł się do winy nie może liczyć na skasowanie wyroku. Mimo tego, że sąd w Londynie uznał, że Jeyaretnam jest niewinny. Po odbyciu kary na jakiś czas J.B Jeyaretnam wraca jeszcze do parlamentu ale seria kolejnych procesów, jakie wytoczyli mu przedstawiciele partii rządzącej doprowadziły do jego bankructwa (koszty procesów pochłonęły około 1,5 miliona $). Zniszczono człowieka ale nie zniszczono opozycjonisty, chyba jedynego tak głośnego w tym kraju. Do swojej śmierci w 2008 roku był głośnym orędownikiem wolności w Singapurze. Walczył o swoje prawa przemówieniami w centrach handlowych, sprzedawał książki w których piętnował rząd a przede wszystkim człowieka, który dwukrotnie wytoczył mu zwycięski proces o zniesławienie – Lee Kuan Yew. Taki oto sposób znalazł rząd na opozycję i tak jest do dzisiaj.

Poparcie partii rządzącej nigdy nie spadło poniżej 60%. Ludzie głosują na nią ponieważ zapewnia dobrobyt.  W 1993 roku świat obiegły informacje na temat procesu skazanego za wandalizm amerykańskiego nastolatka Michaela Peter Fay’a. Obciążono go wysoką grzywną i czteromiesięcznym pobytem w więzieniu oraz sześć batów. Zbrodnia chłopaka to pomalowanie sprayem 18 samochodów i kradzież kilku znaków drogowych. Wybuchł międzynarodowy skandal. Świat oburzył się przede wszystkim zamiarem wymierzenia owych batów. Dla amerykańskiego systemu wolności naruszenie czyjejś cielesności jest niedopuszczalne. Pomimo głośnego sprzeciwu rządu Stanów Zjednoczonych  5 maja 1994 roku Michael Peter Fay został wychłostany. Jedyne ustępstwo to zmniejszenie ilości razów do czterech.  W odwecie USA przez dwa lata blokowało jakiekolwiek spotkania z rządem Singapuru.

To wydarzenie pozwoliło Singapurowi zaistnieć w wyobraźni ludzi na całym świecie. Pikantna mieszanka egzotycznych przeciwieństw. Media na całym świecie pisały o azjatyckim kraju gdzie na pierwszy rzut oka żyje się jak w Europie. Wielkie nagłówki na pierwszych stronach gazet krzyczały, że w tym super czystym państwie nie wolno nawet żuć gumy ani zrywać kwiatów w parku, a jeżeli nie spuścisz wody w publicznej toalecie grozi ci spotkanie z tajnym inspektorem sanitarnym. Cudzoziemcy się burzą, niektórzy się śmieją. Krytycy z zachodu są skonsternowani, że mieszkańcy państwa bez sprzeciwu przyjmują te wszystkie przepisy. Karą 1000 dolarową obłożone jest karmienie ptaków, palenie i śmiecenie na ulicy. Za 600 dolarów można nasikać w windzie, za 500 zjeść kanapkę w autobusie, a za 150 dolarów zostawić po sobie brudną toaletę. Komisje czystości wizytujące prywatne mieszkania to tutejsza codzienność. Jeżeli na balkonie zalęgną Ci się komary zapłacisz za to niedopatrzenie 200 dolarów kary. Nie wolno rowerem jechać pod mostem nie wspominając już że przewożenie telewizorów w metrze również jest zabronione. Stopa życiowa w Singapurze znacznie wzrosła. Żyje się dostatnio i wygodnie i ludzie mieliby się buntować? Wychodzić na ulicę? Po co!?

Singapur nie ugiął się w sprawie Michaela Fay’a ale od tego czasu władze poczyniły świadome kroki by złagodzić obraz kraju. Rząd ma świadomość, że zagranicznych inwestorów przyciągnie atmosfera lekkości i zabawy. W ostatnich latach miasto stało się stolicą sztuki, dobrego jedzenia i nocnego życia. Część wiktoriańskich wartości ustąpiła miejsca współczesnej kulturze. Partia otwiera się na zmiany – pozwolili nawet na taniec na barze! Wielu obywateli uważa, że ta otwartość jest bardzo ryzykowna. W 2000 roku rząd utworzył tzw. speaker’s corner. Wyznaczone miejsce w parku gdzie teoretycznie każdy może przyjść i publicznie powiedzieć o wszystkim. Miało to być namiastką demokratycznego podejścia do wolności słowa obywateli (w Singapurze wszelkie demonstracje są prawnie zakazane). Stało się niestety farsą. Aby tam wystąpić trzeba się zarejestrować i nie można poruszać niektórych tematów, więc miejsce nie przyciąga nikogo. Rząd twierdzi, że to ich ogromny sukces bo oznacza to, że ludziom jest dobrze i nie mają uwag. Nieliczni opozycjoniści twierdzą zaś, że gdyby tam wystąpili wylądowaliby w więzieniu. To taki swoisty taniec rządu ze społeczeństwem. Wszyscy muszą tańczyć jak gra rządowa orkiestra. Sukces władz polega na utrzymaniu porządku i stabilności za wszelką cenę.

Można oczywiście zapytać jaki koszt warto ponieść, by osiągnąć dobrobyt i bezpieczeństwo? Niewielu żyjących przywódców – pokroju Fidela Castro na Kubie, Nelsona Mandeli w Republice Południowej Afryki czy Roberta Mugabe z Zimbabwe – zdominowało historię swoich narodów w podobny sposób, jak dokonał tego Lee Kuan Yew w Singapurze. Z pozycji zwykłego turysty to wszystko wydaje się nieważne. To wszystko nas nie dotyczy, no może poza przestrzeganiem prawa w tym państwie. Zaglądamy tam na chwilę i bardziej niż systemem politycznym i brakiem wolności w tym państwie interesujemy się tym co widzimy na ulicach a oglądać jest co. Wystarczy przejść się Marina Boulevard i Bayfront Avenue aby zachłysnąć się tym wszystkim co najpiękniejsze w tym mieście.

Szeroki deptak prowadzi wzdłuż zatoki. Ta część miasta to wizytówka Singapuru i trzeba przyznać, że w tym właśnie miejscu to miasto jest dokładnie takie jak je sobie wyobrażamy. Nowoczesne, czyściutkie niemal nieskazitelne. Piękne trawniki gdzie trawa jest idealnie zielona i idealnie przystrzyżona. W całe otoczenie wkomponowano są rzeźby instalacje artystyczne a na delikatnie falującej zatoce bujają się drogie jachty. Jednak największe wrażenie robią na mnie przedziwne, olbrzymie parasole na chodnikach, które okazują się ulicznymi klimatyzatorami. W pierwszej chwili widząc te olbrzymie parasole pomyślałem, z to jakieś rzeźby szalonego artysty ale gdy podszedłem bliżej poczułem chłodne powietrze. To po prostu klimatyzacja na ulicy! Oszaleli!  Ponieważ to miejsce jest wybitnie spacerowe i służyć ma relaksowi a jest przecież gorąco to ludzie nie mogą się zmęczyć i spocić. Rząd dba o to aby nawet podczas spaceru ludzie mogli czuć się komfortowo. To mi się podoba, też tak chcę u nas latem! Tutaj wszytko jest idealne. Można to miasto polubić a nawet pokochać za jego nowoczesność. Gdyby jeszcze tylko zrobili coś aby niebo było zawsze niebieskie, ale pewnie i na to znajdą sposób :).

10 komentarzy do “Singapur sp. z o.o.”

  1. I co to za postęp? Bogaci to są tam przedsiębiorcy-okupanci, któzy zawładnęli sobie ich gospodarkę oraz politycy… Przecież zwykły obywatel nie ma tam żadnych praw, chyba tylko do tyrania za grosze… Takie reżimy trzeba czym prędzej obalać.

  2. Nie jest tak źle, To Piękny kraj który ma tylko 50 lat tradycji i ludzie żyją tam lepiej niż w ościennych krajach. Prawdą jest że jest to Policyjny kraj, trochę takiego prawa by się przydało u nas, za korupcję na szczeblu rządowym jest kara śmierci. To w naszym sejmie by wiało pustkami 😉

  3. Singapur jest multikulturowy, a przez to bardzo tolerancyjny. My tacy długo nie będziemy, pełno w nas historycznej zawziętości i podejrzliwości dla tego co dla nas obce. Tam jest zupełnie inaczej. To enklawa wyspecjalizowanych fachowców z rozwijających się branż. U nas długo tak nie będzie i to właśnie przez nasze cechy narodowe. Natomiast teoria, że Polska jest otoczona przez wrogich sąsiadów, jest przesiąknięta nienawiścią do Rosji i Niemców. Czechów (Pepików) po prostu Polacy uważają za debili. To Polska jest wrogo nastawiona, nie sąsiedzi.

  4. Grzegorz Pe :

    „Przecież zwykły obywatel nie ma tam żadnych praw, chyba tylko do tyrania za grosze… ”
    Kogoś tu chyba zazdrość zjada. Mieszkańcy SG do biednych nie należą. Z Polską Ci się pomyliło.

  5. Wzywam wszystkich cebulaków do zaprzestania pracy za „marne grosze” trzeba wszcząć wojnę i zarabiać na tym piniondze.

  6. Byłem miesiąc temu, bardzo mieszane uczucia, miasto jest fantastyczne ale czułem się trochę jak ptaszek w złotej klatce z pełnym brzuszkiem. Na pewno warto zobaczyć, robi naprawdę wielkie wrażenie, wrócę tam na 100%, w szczególności na Sentozę 🙂

  7. Prosze o erate w artykule o mieszkaniach i ich posiadaniu przez Singapur. Za trystero: „Osiemdziesiąt procent populacji Singapuru mieszka w mieszkaniach zbudowanych i zarządzanych przez Housing and Development Board – agencję Ministerstwa Rozwoju Narodowego odpowiedzialną za zarządzanie mieszkaniami komunalnymi (public housing). Aż 95% z nich jest właścicielami mieszkania – to efekt prowadzonej od lat 60’ polityki zwiększania odsetku ludzi mieszkających w swoich mieszkaniach, której efektem jest jeden z najwyższych wskaźników home owneship w Singapurze.

    HDB decyduje między innymi o etnicznym i majątkowym składzie poszczególnych budynków i osiedli dbając o to by nie tworzyły się etniczne lub dochodowe getta. Warto podkreślić, że Singapurczycy NIE SĄ WŁAŚCICIELAMI swoich mieszkań z punktu widzenia Europejczyków. Umowa z HDB przewiduje 99-letni wynajem.

  8. Och jaki piękny martwy beton.
    Świetna oprawa dla socjotechnicznego koszmaru.

  9. Ad M29
    Nie wiem czy wiesz, ale w Wielkiej Brytanii tez nie jestes wlascicielem mieszkania na wieki wiekow, ale na 99 lat
    Domy to inna sprawa, tam jestes wlascicielem na zawsze
    Dlatego mieszkania sa znacznie tansze od domow
    Zreszta, jaki dlugi jest zywot mieszkania w bloku

  10. Dobry artykuł, ale notka do Autora: „Jeyaretnama”, nie „Jeyaretnam’a” oraz „Faya”, nie „Fay’a”. Apostrof’y w niewłaściw’ych miejsc’ach!

Skomentuj