Chcecie zobaczyć prawdziwy Singapur? Miasto jak ze snu? Ucieleśnienie idealnego porządku przeglądającego się w błyszczących fasadach wieżowców sięgających chmur, odbijającego się w wypolerowanych posadzkach? Skierujcie swe kroki do dzielnicy biznesowej czyli Central Business District (w skrócie CBD). To tutaj jest ten Singapur, który znamy chyba wszyscy a przynajmniej taki wizerunek sprzedaje nam to państwo, media i przewodniki turystyczne. Poukładany, nowoczesny, czysty i …. bezduszny – bo tak powinno wyglądać idealne miejsce do pracy. Nie może rozpraszać, zaprzątać myśli jakimiś „pierdołami” tysięcy kobiet w idealnie skrojonych garsonkach i mężczyzn w śnieżnobiałych koszulach.  Miasto idealne, miasto zaplanowane – miasto jak korporacja.

Możecie zostawić mapy w hotelu bo i tak gdy wejdziecie w gąszcz świata finansów, pomiędzy szklane domy do niczego się wam ona nie przyda. Trudno znaleźć tutaj właściwą drogę, bo przejść dla pieszych mało (przecież miejscowi poruszają się samochodami albo pod ziemią, klimatyzowanym metrem) , a chodniki często prowadzą prosto do wnętrza biurowca albo centrum handlowego. Zresztą tutaj najrozsądniej jest „zabłądzić” bo przecież przy tak małej powierzchni i tak macie dużą szansę, że znajdziecie się ponownie w tym samym miejscu zupełnie przypadkiem.

Tutaj nowoczesność już dawno „zżarła” czar Azji. To nowy świat, gdzie nowoczesne technologie nie tylko nosi się w kieszeni garnituru czy w torebce od Chanel  w postaci najnowocześniejszego smartfona ale ma się je również w głowie i swoim stylu życia. Stoję na rogu dwóch ulic zastanawiając się gdzie mam pójść aby trafić do upatrzonego celu. Wpatruję się w papierową mapę jak przysłowiowa sroka w kość, dopasowuję uliczki, budynki, nazwy. Niby wszystko się zgadza tylko, że 5 metrów dalej nie ma przejścia. Znowu wertuję mapę. Kręcę się dookoła siebie ale jakoś nie da się dopasować narysowanej na mapie siatki ulic do widoku, który mam przed sobą, bo przed sobą mam tylko niebotycznie wysokie tafle szkła, betonu i aluminium. Ta szczelna bariera wieżowców skuteczne uniemożliwia rozpoznanie terenu.

Nie ma sensu szukać drogi w ten sposób. Lepiej zapytać kogoś miejscowego. W końcu to tak mały obszar, że każdy kto pracuje tutaj pewnie bez trudu wskaże właściwą drogę. Starannie wybieram obiekt mojego „ataku”. Młody człowiek wygląda na tutejszego. Proszę o wskazanie drogi pokazując na mojej mapie gdzie jesteśmy i punkt do którego chcę dojść. Chłopak grzecznym gestem odsuwa mapę, którą podstawiam mu prawie pod nos. Nie, tak to się nie da. Sięga po komórkę i wczytuje nawigację! Ale ja mam plan miasta, o tutaj jesteśmy, ta kropeczka to my a ta centymetr dalej to miejsce gdzie chcę dojść. Tylko nie wiem czy pójść w prawo czy w lewo, bo prosto nie ma przejścia! Na nic moje prośby aby spojrzał na mapę, bez połączenia z satelitą nie umie pokazać drogi.

„Podłączeni” –  chyba taki przydomek powinni mieć mieszkańcy Singapuru. Przynajmniej większość z nich. Gdy jadę metrem to niemal wszyscy siedzą z nosami w swoich urządzeniach mobilnych. Dwa telefony obsługiwane jednocześnie? Tutaj to nie problem. Każdy albo gra w jakąś gierkę albo przegląda Internet albo ogląda film a na większości małych ekraników widzę znajome mi i  bardzo popularne na całym świecie niebieskie logo pewnego portalu społecznościowego. Ludzie z sobą nie rozmawiają no chyba, że siedząc obok siebie porozumiewają się przez jakiś komunikator. W końcu zawsze można współpasażerowi  zawiesić na tablicy Facebooka notkę na jakim przystanku metra wysiadamy – po co otwierać usta skoro nikt nie słucha?! Podłączeni są wszyscy niezależnie od rasy czy wieku. Ciekawe czym żyje ten wirtualny Singapur? Czy właśnie w tej wirtualnej przestrzeni (mimo cenzury) rodzi się nowe państwo, nowi obywatele? Tego jak ta wirtualna przestrzeń wpłynie na przyszłość  Singapuru nie może na razie nikt przywidzieć. Niektórzy upatrują w tym szansy inni zagrożenia. Ale to właśnie ten wirtualny świat jest jedynym, który pozwala otworzyć się na inne wzorce.

Nawet największy wizjoner i założyciel tego państwa Lee Kuan Yew, zapewne nie wie dokąd prowadzi ta droga. Wie, że trzeba pilnować aby w sieci ludzie nie pozwalali sobie na więcej niż pozwala im restrykcyjne prawo. Jednak mimo cenzury na treści w Internecie nie da się zabronić pisać tym, którzy z Singapuru wyjechali. Nie blokuje się dostępu do innych serwisów i Singapurczycy, zwłaszcza młodzi stają się coraz bardziej świadomi ograniczeń jakie niesie mieszkanie w tym państwie. Świetnie do tej pory prosperująca firma jaką jest to miasto – państwo powoli zaczyna trzeszczeć. Choć nadużyciem zapewne byłoby mówienie o jakiejkolwiek rewolucji. Nie ma takiej potrzeby. Żyje się wygodnie i dostatnio ale dla najmłodszych obywateli, którzy wyrośli już w tym dobrobycie nie jest to już takim dobrem jak dla ich rodziców. Nowe pokolenie traktuje ten dobrobyt jako coś co było, jest i będzie. Chcą więcej. Więcej? Tylko czego? Wolności dla własnych poglądów czy kolejnego urządzenia, lepszego, szybszego  aby stać się jeszcze bardziej „podłączonymi” i uciekać w wirtualny świat?

 

6 komentarzy do “Podłączeni”

  1. Pamietam tych pieknie ubranych ludzi,a dokladnie przesliczne kobiety w koczkach i cudnych garsonkach i sukienkach.Nigdzie nie widzialam takiej elegancji na ulicach,nawet w Paryzu.I mezczyzni-mieli na glowach fryzury-nie przyciete maszynką wlosy na krótko,a wlaśnie wystylizowane fryzury.

  2. W Paryżu nie byłem 🙂 ale rzeczywiście miło się patrzyło na tych wszystkich eleganckich ludzi na ulicach dzielnicy biznesowej. Zadbani, dobrze ubrani i mimo, że zabiegani chętni do pomocy 🙂 Co ciekawe to właśnie gdy szukaliśmy drogi i pan usiłował nam pomóc przeszukując mapę w google podeszła do nas dziewczyna i usłyszałem po polsku – może potrzebujecie pomocy?! Okazało się, że właśnie przechodziła obok nas Polka, która pracuje i mieszka w Singapurze. Przesympatyczna dziewczyna podprowadziła nas w miejsce gdzie chcieliśmy dojść. Rodaków można spotkać dosłownie wszędzie 🙂

  3. Adam,a może to była nasza blogowa znajoma Pani Kura?:)

  4. Niestety to nie była Kura, bo dziewczyna która nam pomogła miała akurat przerwę w pracy a jak wiemy Kura nie pracuje żeby mieć czas na pokazywanie nam Singapuru 🙂 Ale jestem z nią umówiony gdybym zawitał w tamte strony 🙂

  5. Kura zwykle tam nie bywa, ale spotka Polaków w różnych częściach miasta. Raz się nagadała po angielsku a potem usłyszała w swoim rodzinnym języku: Spadajmy już, bo nas zamęczy ;).
    Adam musisz się pospieszyć, bo dłużej niż 3 lata raczej tu nie zostaniemy.

  6. Mam nadzieję, że zdarzy się okazja wypicia kawy z Tobą 🙂 Trzy lata to mniej więcej 6 okazji na wakacje, więc szanse są spore 🙂 . Tym bardziej, że ciągle pokazują się przyzwoite ceny na loty Europa – Singapur no i korci mnie strasznie zobaczyć na własne oczy ten nowy „cud” ogrody w Marina Bay 🙂 Może w takim razie wstępnie kawa w sosnowym lesie z Kurą w Singapurze 🙂 🙂 🙂 pozdrawiam serdecznie!

Skomentuj