Jedna z moich koleżanek zwykła mówić, że punkt G to ona ma w słowie shopping. Gdy opowiadałem o swoich wakacjach ją interesowały jedynie singapurskie centra handlowe. O ile o świątyniach mogę opowiadać wiele godzin o tyle o shoppingach nie wiem prawie nic. Oczywiście rozróżniam te najbardziej znane światowe marki ale bardziej interesują mnie ładne wystawy owych przybytków niż to co usiłują nam sprzedać wmawiając nam, że musisz to mieć aby czuć się szczęśliwym człowiekiem. Ja mam prostą konstrukcję, więc do szczęścia potrzebowałem jedynie klimatyzacji tych wielkich domów towarowych.

Marina Bay nie mogła by istnieć gdyby nie miała swojego własnego shopping center. Ogromne centrum ciągnie się wzdłuż zatoki i kusi, oj kusi! Jednak najbardziej znaną zakupową ulicą w Singapurze jest Orchard Road (niestety ja nie dotarłem). Ponoć zakupoholicy mogą spędzić w tym miejscu całe wakacje i zrobić debet na swoich kartach kredytowych na najbliższe dziesięciolecia. Niestety czasy tanich zakupów w Singapurze już dawno minęły ale na  łowców okazji zawsze coś czeka.

W Singapurze ma się wrażenie, że tutejsze centra handlowe urosły do rangi świątyń XXI wieku. To właśnie tutaj widać jak bardzo konsumpcyjne jest to społeczeństwo. To ich nowa religia a shopping jest niezbędny do życia i bycia na topie. Tutejsze elegantki oddychają zakupami, żywią się zakupami i pewnie umierają pośród półek dóbr wszelakich. Trzeba jednak przyznać, że mają w czym wybierać.

Wyobraźcie sobie największe centrum handlowe jakie kiedykolwiek widzieliście. Teraz pomnóżcie to razy 10 albo i 20, a potem jeszcze razy 2 i ustawcie jeszcze koło siebie i pięć razy jedno na drugim. Połączcie to wszystko systemem korytarzy, ruchomych schodów, jeżdżących chodników zabudujcie lustrami i błyszczącym marmurem i powieście na tej bryle 5 milionów lampek choinkowych a wyjdzie wam jedna z ulic tego miasta. Jednak to jest tylko to co widać nad ziemią drugie tyle ukryte jest w podziemiach. Poruszanie się po czymś takim jest dla mnie niemal niemożliwe.

Czy kiedyś przyszło Wam do głowy, że aby wsiąść do autobusu lub metra trzeba najpierw wejść do sklepu? Zazwyczaj robimy zupełnie odwrotnie. Wysiadamy z autobusu i idziemy do sklepu. W Singapurze centra handlowe przejmują miejską przestrzeń poza tym, po co chodzić po ulicach w słońcu skoro można żyć pod ziemią. Opisywała singapurska Kura na swoim blogu zabawną historię poruszania się po Singapurze. Poczytajcie bo może dla nas to coś śmiesznego ale tam dla wielu ludzi to norma. Niestety także i mi zdarzyło mi się pobłądzić gdy chciałem z metra wydostać się na ulicę a tymczasem ciągle byłem w jakimś sklepie i ciągle pod ziemią, chociaż wydawało mi się, że już dawno powinien poczuć powiew upalnej ulicy. Niestety, stałem zdumiony patrząc w górę i widziałem kilka pięter sklepów nade mną, patrzyłem w dół a tam kilka pięter sklepów pode mną! Stałem zagubiony i zdezorientowany, że wpadłem w jakąś otchłań shoppingową, której już nie pokonam. Nie ma sensu pytać o drogę bo albo trafi się na takiego samego zagubionego człowieka i co najwyżej można połączyć siły w odnalezieniu drogi do normalnego życia albo ktoś pokieruje nas od sklepu do sklep ale kto by zapamiętał te wszystkie nazwy, skoro dla mnie Miu Miu kojarzy się tylko z miałczeniem kota (ale po wizycie w Singapurze już wiem, że nie jest to sklep ze zwierzętami).

Moim zdaniem w metrze powinno się dostawać jeszcze nawigację, która wyprowadzi nas z tego świata. Co z tego, że jechałem tylko 15 minut jak trzy razy więcej potrzebowałem aby się wydostać z tych czeluści. Prawda, że z głodu tutaj nie umrę bo co chwila jakieś stoisko z jedzeniem, zelówki jak zedrę to też nie ma problemu bo buty na każdym rogu, jak kataru dostanę to też apteka uratuje, wreszcie jak się zmęczę to odpocznę w jednej z licznych kawiarni. Kupię tutaj wszystko ale przecież ja nie na zakupy przyjechałem a jedynie z metra wysiadłem! Ratunku!!! Dziwny to świat i zdecydowanie nie dla mnie.

Na szczęście centrum handlowe w Marina Bay ciągnie się wzdłuż zatoki i jest przeszklone, więc dla własnego bezpieczeństwa trzymałem się poziomu gruntu tak aby po prawej stronie mieć zawsze widok na wybrzeże i widzieć słońce. Tak nie zginę i nie zmarnuję kolejnej godziny z tak przecież cennego czasu na zwiedzanie.  Wędruję zatem setki metrów ekskluzywnym korytarzem pośród wielkich nazwisk wiszących nad głową. Wędruję, podziwiam, oczy ze zdumienia przecieram, achy i ochy wyrywają mi się mimowolnie i myślę sobie, kurcze fajnie to wymyślili przynajmniej nie pocę się na zewnątrz w 30 stopniowym upale i 90% wilgotności tylko elegancko spaceruję po błyszczącym marmurze. Czyżbym tak szybko zaraził się tym Singapurskim wirusem wygodnictwa?

Trzeba przyznać, że taki spacer jest przyjemniejszy niż zewnętrznym chodnikiem. Wnętrze jest nieskazitelnie czyste i wszystko się błyszczy. Lśnią polerowane posadzki, lśnią ściany i sufity. W ogóle wszystko tutaj lśni nawet ludzie, choć tych ostatnich jakoś tutaj niewielu. Pusto raczej i bez tłoku. Jak te wszystkie ekskluzywne sklepy się utrzymują? Kolejna zagadka Singapuru! Nie będę się nad tym zastanawiał bo po oczach akurat poraziło mnie światło odbite od lśniących diamentów. Leżą sobie bidulki na wystawie i kuszą. Mnie nie skuszą, muszę pilnować wagi bagażu bo jutro wsiadam do taniej linii lotniczej i nie stać mnie na nadbagaż a taka kolia diamentowa owszem ładna ale pewnie sporo waży!

Chyba nawet mi się tutaj podoba. Kolejna Chanel i Prada zalotnie się uśmiecha. Przepiękna hostessa zaprasza na lunch do restauracji z szyldem jednego z bardziej znanych na świecie szefów kuchni a salon Ferrari kusi autem, które podziwiam od dzieciństwa. Fajny świat nie ma co gadać! Gdybyście zmęczyli się chodzeniem to nie musicie się martwić, bo po tej „świątyni rozpusty” można jeszcze popływać w gondoli bowiem pośrodku centrum handlowego znajduje się specjalny kanał wypełniony wodą, po którym pływają łodzie, pomysł pewnie zaczerpnięty ze słynnego kasyna z Vegas niejakiego The Venetian. Wszystko dla klienta a raczej jego portwela. Dobrze, że mój waż w kieszeni jest jadowity bo to nie jest wodny targ pod Bangkokiem ani „centrum handlowe” na plaży Zanzibaru, więc przepadłbym tutaj bez wieści. Tylko czy chłopcy mają swój punkt G? Nie wiem, ale na pewno nie leży on w słowie shopping.

2 komentarze do “I like shopping?”

  1. Ja to taka niedzisiejsza jestem – wielkie centra mnie przytłaczają ,po poł godzinie owczego pędu miedzy półkami mam ból glowy,oczy mi łzawią i brakuje mi powietrza.Powaga mam chyba sklepofobie…:)

  2. No to Moniko masz gorzej niż ja! Ja tylko gubię orientację bo dla mnie te wszystkie sklepy wyglądają dokładnie tak samo i jakoś nie mogę się połapać czy jestem na 3 piętrze czy może na -1. Wniosek – unikajmy tych „świątyń” 🙂

    pozdrawiam serdecznie

Skomentuj