Dosłownie po drugiej stronie ulicy gdzie stoi świątynia Leong  San znajduje się kolejna świątynia, również buddyjska. Jednak zupełnie inna zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz. Niepozorny budynek kryje w sobie kolejne dziedzictwo narodowe Buddystów mieszkających w Mieście Lwa. Ta świątynia jest o wiele skromniejsza niż poprzednia ale w niej jakoś bardziej czuje się klimat, który znam z innych świątyń buddyjskich, które zdarzyło mi się odwiedzić w Azji. Może to z powodu innego kraju, którego wpływy wyraźnie tutaj widać. Jak na Singapur przystało kolejną świątynię zapoczątkował kolejny przybysz z innego kraju. Jak wiele zawdzięcza ten skrawek ziemi imigrantom znakomicie widać właśnie na przykładzie świątyń. W 1927 do Singapuru przybywa tajski mnich Vutthisasara i zakłada buddyjską świątynię Sakya Muni Buddha Gaya, która swoim stylem nawiązuje do tych jakie znamy z Tajlandii. Charakterystyczną cechę tej świątyni jest dach a raczej wysoka stupa umieszczona na nim. W kilka lat później mała świątynia zyskuje na znaczeniu i już w roku 1930 staje się miejscem popularnym i coraz ważniejszym na buddyjskiej mapie Singapuru.

W tamtych czasach wybór akurat tej lokalizacji był spowodowany faktem, że zamieszkiwali te tereny zarówno przybysze z Indii jak i z Chin. Zamieszkiwanie w okolicy różnych grup etnicznych powodowało, że właśnie w tych okolicach powstawało najwięcej różnych miejsc kultu. Początkowo świątynia jest skromnym, drewnianym budynkiem z niewielkim dziedzińcem. Jej konstrukcja odzwierciedlała mieszankę wpływów chińskich i indyjskich. Ciekawostką jest, że do dzisiaj świątynia ta jest przykładem harmonii pomiędzy Buddyzmem a Hinduizmem. Jednak ta świątynia zapisała się również jako wyjątkowe miejsce podczas II wojny światowej. Chronili się tutaj okoliczni mieszkańcy przed bombardowaniami. Budda chyba chronił to miejsce bo świątynia wyszła z tej dziejowej zawieruchy bez szwanku. Świątynia pełniła również funkcję przerzutów informacji i listów do Anglii od brytyjskich jeńców wojennych z prośbą o pomoc. Trochę taki punkt oporu przeciwko Japończykom.

Po przekroczeniu głównego wejścia od razu w oczy uderza ogromny posąg Buddy ustawiony na środku ołtarza. Posąg ten waży 300 ton a sięga 15 metrów wysokości. Naprawdę robi na mnie duże wrażenia zwłaszcza, że jest w jaskrawo żółtym kolorze. Świątynia często nazywana jest również „Świątynią Tysiąca Świateł” a to ze względu na to, że Buddę otacza aura światła, które zapalane są zawsze wieczorem. Zaskakują tutaj  widoczne również wizerunki bogów znane z hinduizmu. Znajdziemy wizerunki Ganesha i Buddy z czterema twarzami, który podobny jest do hinduskiego boga Brahmy. Wewnątrz, po prawej stronie ołtarza, ustawione są figurki dziecięcych bodhisattwów („Szukających Oświecenia”, istoty, które osiągnęła doskonałość w dziesięciu cnotach). Wierni składają im w ofierze zabawki i słodycze a wokół podstawy postumentu widnieją malowidła przedstawiające sceny z życia księcia Siddharthy, szukającego oświecenia zanim stał się Buddą.

Za ołtarzem znajduje się posąg Buddy umierającego pod świętym drzewem Bodhi (nie wolno w tym miejscu robić zdjęć). Natomiast po lewej stronie od ołtarza można obejrzeć replikę odcisku stopy Buddy. Stylizowany ślad Oświeconego wyryty jest w hebanie i macicy perłowej a sprowadzony ponoć z samej Góry Adama z Cejlonu. Ciekawe jest również koło fortuny. Można nim zakręcić (odpłatnie). Trzeba jednak pamiętać, że mężczyźni muszą kręcić kołem w prawo a kobiety w lewo. Odpowiada to kierunkom w jakich płynie żeńska i męska energia. Na tarczy umieszczone są symbole zwierząt chińskiego zodiaku. Każde z nich ma swoje charakterystyczne cechy i wskazanie któregoś z nich przez koło odpowiada ponoć o losie naszej fortuny. Niestety nie udało mi się dowiedzieć jak zakręcić aby koło zatrzymało się na najbardziej sprzyjającym nam znaku :).

4 komentarzy do “Świątynia Tysiąca Świateł”

  1. Ty to faktycznie jestes „swiatyniolubny”…:)Widac,ze je naprawde zwiedzasz i ze Cie bardzo fascynuja …Ja to zazwyczaj rzucam okiem i biegne dalej..:)

  2. Jakoś tak mam, że w tego typu miejscach lubię być 🙂 Odkąd pamiętam zawsze lubiłem atmosferę kościołów 🙂 Gdy po raz pierwszy pojechałem do Tajlandii to każdego dnia wszystkich męczyłem kolejną świątynią w Bangkoku. Potem przylgnęło do mnie powiedzenie, ze dla mnie dzień bez Buddy jest dniem straconym 🙂 No i tak mi zostało 🙂 Ciężko ze mną wytrzymać 😉

  3. a tam zaraz ciezko wytrzymac….kazdy ma swojego bzika…J a uwielbiam cmentarze,nawet w HongKongu znalazlam niesamowity cmentarz z cudnym widokiem na cala zatoke.

  4. często koło cmentarzy są jakieś świątynie więc byśmy się dogadali 🙂 Ale chyba to tak trochę jest, że poprzez religię (zwłaszcza inną niż w Polsce) jak i przez cmentarze można próbować poznawać kulturę innych ludzi w innych krajach. W końcu nie samymi palmami człowiek żyje 🙂 Choć te ostatnie tez lubię 🙂

Skomentuj