Siłą Singapuru jest jego etniczność. Choć większość dzisiejszych mieszkańców tego państwa to obywatele pochodzenia chińskiego i w wielu miejscach miasta odnosi się wrażenie, że jest się w (bogatych) Chinach to nie zabrakło tutaj dzielnicy, która państwo Środka miałaby skupiać w jednym miejscu. Zazwyczaj China Town, które istnieją w wielu dużych miastach na świecie, pozwalają przenieść się nam niemal do Chin. Atmosfera i życie w tego typu dzielnicach zawsze bardzo mocno nawiązuje do ojczyzny jej mieszkańców. Niemal każde China Town, które widziałem w miastach różnych zakątków świata zachwycało mnie swoją wyjątkowością. Zawsze była to swego rodzaju enklawa orientu pośród zwykłego życia. Tutaj w Singapurze jest jednak inaczej.

W 1882 roku sir Raflles nakreślił plan zagospodarowania miasta, które powstawało wówczas wzdłuż rzeki Singapur. Wyznaczył dzielnice dla każdej z grup etnicznych, których przedstawiciele tłumnie przybywali w poszukiwaniu pracy i osiedlali się tutaj. Te wytyczone wówczas granice do dziś oddzielają poszczególne części miasta. Na południowym brzegu rzeki usytuowano składy i magazyny, a za nimi, biura i rezydencje chińskiej społeczności kupców i robotników pracujących przy obsłudze handlu rzecznego i morskiego. Raffles nazwał ten teren China Town.

Na początku to właśnie tutaj biło serce miasta. Wzdłuż ulic wyrosły rzędy domów ze sklepami na parterze i mieszkaniami na górze. Stłoczeni na małej powierzchni Chińczycy żyli po kilkanaście osób w jednej izbie. Skromnie ale z sercem tworzyli tą namiastkę swojej ojczyzny budowali potęgę kolonii. Teren ten szybko zasłynął jako dzielnica hazardu, klubów i palarni opium. Osiedlali się tutaj także Hindusi, którzy zazwyczaj byli pracownikami w dokach. Zrodziła się tutaj, jakbyśmy to dzisiaj nazwali „szemrana dzielnica”. Niezbyt bezpieczna ale zapewne pełna życia i fascynująca.

Ponoć do lat 70. XX wieku chodzenie po ulicach tej dzielnicy było przeżyciem ekscytującym i niebezpiecznym zarazem. Możemy sobie tylko wyobrażać jak wyglądał tamten świat, bo dzisiaj nic już z niego nie zostało. Dzisiaj senna i spokojna dzielnica, czysta do bólu w niczym nie oddaje charakteru tamtejszego China Town. To chyba jedyna na świecie tak porządna, czysta, poukładana chińska dzielnica. Właściwie nudna jeżeli spróbujemy sobie wyobrazić to co dziać się musiało na tych wąskich ulicach jeszcze 50 lat temu.

Na parterach jednopiętrowych budynków mieściły się warsztaty chińskich rzemieślników i artystów. Praca odbywała się na oczach przechodniów. Dookoła handlarze sprzedawali żywność i wszystko to co potrzebne było w gospodarstwie domowym. Obwoźne garkuchnie „ciągnęły” za sobą zapach chińskich przypraw, który mieszał się z ludzkim potem i zapachem kadzidełek palonych by zapewnić sobie przychylność licznych bóstw. Ci bardziej wykształceni, umiejący czytać i pisać świadczyli swoje usługi na chodnikach, pisząc listy za drobną opłatą. Gospodynie domowe robiły pranie tuż nad rynsztokiem w upale i hałasie otaczającego ich świata. Czyste pranie powiewało rozwieszone na bambusowych palach susząc się w tropikalnym słońcu. Życie dookoła wrzało, tylko koty leniwie przeciągając się na dachach domów wygrzewały się spokojnie w słońcu.

Dzisiaj tego świata już nie ma. No chyba, że za ostatni symbol starego Singapuru uznamy pranie suszone na kijach wetkniętych w dziury na elewacjach wieżowców, które powiewa niczym flagi 1 majowe :).  Mieszkania są małe i nie ma miejsca na suszarki. Kiedyś takie bambusowe stojaki stały po prostu na chodnikach. Dzisiaj jeszcze gdzie nie gdzie można zobaczyć takie obrazki sterczących w niebo kijków z praniem. Coraz rzadziej, bo i pralki są z suszarkami a i pralnie co krok. Trudno się dziwić, bo przecież czasy się zmieniły a Singapur w ciągu ostatnich 50 lat zamienił się w zupełnie inny kraj. Pomiędzy rokiem 1871 a 1931 populacja ludności  mieszkającej w Singapurze wzrosła z niecałych 100 tysięcy do ponad 500 tysięcy a dzisiaj jest ich ponad 4,5 miliona.  Wszystko zaczęło się zmieniać gdy na przedmieściach rząd wybudował dużą ilość mieszkań po przystępnych cenach. Ludzie opuścili brudną i ciasną China Town przenosząc się do tzw. New Town. Tam, na przedmieściach żyje się wygodniej. Na szczęście China Town nie przepadło zupełnie. Rząd Singapuru dużym nakładem środków finansowych odnowił wiele starych sklepików w celu ratowania historycznego charakteru dzielnicy, są one dziś zajęte przez biura prawników, architektów, firmy marketingowe, reklamowe itp. Wszędzie jest biznes.

Wciśnięte pomiędzy nowoczesne drapacze chmur, małe jedno piętrowe domki wyglądają pięknie ale czar dawnych czasów odszedł bezpowrotnie. Dzisiejsze China Town można tak naprawdę przegapić. Gdyby nie nazwy ulic np. Pagoda Street i przewodnik w ręku pewnie nawet nie wiedziałbym, że to jest chińska dzielnica. Tym bardziej, że pierwszą świątynią na jaką trafiam spacerując ulicami to kolejna świątynia hinduska 🙂 ale też jest meczet, bo to przecież China Town :). Nawet śniadanie jem w hinduskiej knajpie, choć gdybym się uparł to mógłbym również spokojnie zjeść w chińskiej czy tajskiej. Jednak spośród kilku stoisk w Food Center jakoś najlepiej wygląda to oferujące hinduskie przysmaki.

Jakoś w chińskiej dzielnicy znowu wędruję ścieżkami hinduizmu. Niemal w sercu tej dzielnicy trafiam na świątynię Sri Layan Sithi Vinayagar. Zupełnie przypadkiem, bo nie planowałem jej zwiedzać. Choć już nacieszyłem oczy kolorami innych świątyń hinduskich to nie mogę się oprzeć kolejnej kolorowej wierzy. Świątynia ta została wybudowana w 1925 roku. Jednak jej historia jest dużo dłuższa i jak to zwykle bywa ciekawa. Wszystko zaczęło się od przybycia do Singapuru pewnego żołnierza tamilskiego pochodzenia z Indii. Ponieważ był człowiekiem bardzo rodzinnym przywiózł ze sobą posąg bóstwa Vinayagar (do końca nie mam pewności ale to chyba inna nazwa Ganeshy). Gdy ów żołnierz wracał do Indii postanowił zostawić w Singapurze swój święty posąg swoim rodakom i na jego prośbę społeczność hinduska buduje właśnie tą świątynię.

Pierwotna świątynia została wybudowana w pobliży kostnicy General Hospital oraz jednocześnie więzienia na Outram Road. Pod koniec I wojny światowej świątynia stała się miejscem bardzo licznie odwiedzanym przez żołnierzy i personel szpitala oraz personel więzienia. W roku 1920 rząd przejmuje ziemię na której stoi świątynia na potrzeby rozbudowy szpitala. Za otrzymane pieniądze od rządu oraz datki wiernych powstaje obecna świątynia. Jeszcze wiele razy świątynię przebudowywano. Ostatnia przebudowa pochłonęła ponad 3,5 miliona $. Chociaż świątynia znajduje się przy ruchliwej ulicy to w jej wnętrach a zwłaszcza ścieżkach wokół głównego sanktuarium bez problemu znajdziemy ciche i spokojne miejsca gdzie można odpocząć lub medytować. Jak przystało na prawdziwie hinduską świątynię odbywa się tutaj jeden z ważniejszych tamilskich festiwali – świąt. Natomiast sam Vinayagar doczekał się aż trzech różnych wizerunków czczonych w tej świątyni. Każdy kto chciałby żyć w dobrobycie i pokoju to właśnie o to powinien modlić się w tej świątyni.

Gdyby jednak ktoś szukał starych śladów dawnej chińskiej dzielnicy powinien pójść do Chinatown Heritage Centre. Kwartał starych domów – sklepów  przekształcono w centrum dziedzictwa kulturowego tej zabytkowej dzielnicy. Tylko tam już można zapoznać się z historią chińskich imigrantów przybyłych do Singapuru w poszukiwaniu pracy w początkach powstania kolonii. Zrekonstruowano tam nawet pokoje z domów zamieszkanej przez robotników części miasta, sklepy, pomieszczenia stowarzyszeń klanowych. Bez odwiedzenia tego miejsca trudno odnaleźć w singapurskim China Town choć troszkę uroku ojczyzny większości obywateli Singapuru.

Skomentuj