Na wycieczkę do miasta pora i pogoda zawsze jest odpowiednia. Niezrażeni ciągle padającym deszczem w kolejny dzień wsiadamy w autobus i jedziemy zwiedzać ponoć najmniejszą stolicę świata – stolicę Seszeli Victorię.

Jak na współczesne standardy cywilizowanego świata, Victoria pozostaje maleńką stolicą. Choć się rozrasta jak każde miasto na świecie nadal jest to stolica „kieszonkowa”. Leży na wschodnim wybrzeżu, około 8 kilometrów na północ od lotniska, z jednej strony granicząc z górami, z drugiej zaś z morzem. Miasto wyrosło wokół naturalnego portu, osłoniętymi sąsiednimi wysepkami Ste Anne, Moyenne, Ronde, Longue i Cerf.

Pierwszą osadę w tym miejscu założyli w 1778 roku Francuzi, którzy wybudowali bazę wojskową. W początkowym okresie kolonizacji wyspy, uznane przez mocarstwa kolonialne za peryferyjną, mieszkańców była ledwo garstka, a osiedle rozwijało się bardzo wolno. Nazwano je po prostu L’Etablissement („osada”) i dopiero w 1841 roku nazwę tę zmieniono na część angielskiej królowej Wiktorii.

Dzisiejsza Victoria jest głównym ośrodkiem handlowym na Seszelach i w godzinach pracy ulice są pełne ludzi i samochodów. Najstarsza część miasta, u podnóża gór, to dzielnica wąskich uliczek i osobliwych chodników, które co kawałek na przemian wznoszą się nad kanałami burzowymi i opadają ku rynsztokom. Obok ciągną się eleganckie, acz trochę nadgryzione zębem czasu francuskie budowle w stylu kolonialnym. Bardziej okazale wyglądają współczesne aleje „nowej” Victorii, wybudowane na osuszonych nadmorskich bagnach. Kiedyś większość wyspy stanowiły właśnie bagna pełne żyjących tutaj krokodyli. Dzisiaj z tych bagien zostały już bardzo nieliczne fragmenty a o krokodylach wszyscy zapomnieli, dawno wszystkie wyginęły.

W tej „nowej” stolicy chodniki są szerokie i płaskie, a co kawałek rozpościera się jakiś ładny ogród, fontanny czy trawnik pełen kwiatów. Wszystko co należy zobaczyć w stolicy jest w zasięgu krótkiego spaceru. Właściwie wystarczy pół dnia aby poznać to miasto. Ja bardzo żałuję, że nie wynajęliśmy hotelu na te pięć dni właśnie w mieście. Tutaj jest wszystko czego brakuje mi Anse Aux Pins. Podczas gdy pogoda nie dopisuje tutaj z pewnością byśmy się nie nudzili.

Samo śródmieście zwiedza się szybko i łatwo. W samym centrum przy głównym skrzyżowaniu ulic, wznosi się Clok Tower. Wieża zegarowa z 1903 roku. Zbudowano ją jako pomnik królowej Wiktorii, by uczcić uzyskanie przez Seszele statusu samodzielnej koloni królewskiej. Wieża zegarowa nie jest duża i trochę rozczarowuje, bo przedstawiana jest na wielu pocztówkach, folderach jako symbol stolicy ale przecież tutaj nic nie jest  wyższe od palm. Zegar swoją stylistyką przypomina swój pierwowzór z Londynu – tzw. „Małego Bena”, który stoi na skrzyżowaniu Vauxhall Bridge Road i Victoria Street, w Westminster w centrum Londynu.

Niedaleko zegara stoi piękny kolonialny budynek z roku 1890, w którym dzisiaj swoją siedzibę ma Sąd Najwyższy. Zwłaszcza zdobienia górnych balkonów są przepiękne. Dookoła mnóstwo zieleni. Z chęcią przysiadamy na ławce pod palmą aby popatrzeć na tutejsze gwar ale jednocześnie gdzieś musimy schronić się przed deszczem. Obok jest fontanna, którą wieńczy kopia niewielkiego popiersia królowej Wiktorii. Oryginał, obecnie przechowywany w Muzeum Historii, odsłonięto w 1900 roku z okazji 60 – lecia panowania brytyjskiej królowej.

Jedną z rzeczy, która bardzo szybko rzuciła mi się w oczy to bardzo duża liczba kościołów bardzo różnych wyznań. Obok siebie stoją przeróżne świątynie czasami wzniosłe, duże a czasami wprost zwykłe budynki gdzie tylko tablica na froncie informuje, że ma tutaj swoją siedzibę jakiś kościół czy zgromadzenie. Nikomu to nie przeszkadza a świadczy o dużej tolerancji religijnej mieszkańców wyspy i ich otwartości na innych ludzi. Bardzo mi się to spodobało, bo jakoś nam ciągle tego brakuje. Na rogu Albert Street i Revolution Avenue stoi anglikańska katedra St Paul’s (katedra Świętego Pawła). Jest to najstarszy kościół na całych Seszelach, poświęcony w roku 1859. W 2003 roku ukończono obok nową katedrę, której część stanowi oryginalna wieża starej świątyni.

Z tego miejsca bardzo blisko jest do rzymskokatolickiej katedry Niepokalanego Poczęcia (Cathedral of the Immaculate Conception) wzniesiona w roku 1874. Wznieśli ją Francuzi w stylu kolonialnym, ale od tamtej pory została istotnie rozbudowana. W niedzielę na mszę przychodzą tłumy ale jest to, poza uczestnictwem we mszy świętej, również wydarzenie towarzyskie i okazja do spotkania ze znajomymi.

Nieco dalej przy tej samej ulicy warto zobaczyć chyba najbardziej imponującą budowlę w stolicy, Capuchin House (Dom Kapucynów). Wzniesiony w 1933 roku z pieniędzy szwajcarskich kapucynów i zaprojektowany przez jednego z mnichów, pełni funkcję seminarium duchownego, którego absolwenci uczą niekiedy w tutejszych szkołach.

My nasze kroki kierujemy na tutejszy targ. Zawsze takie miejsca są dla mnie szczególnie interesujące bo właśnie na lokalnych targach jak w soczewce skupia się życie miejscowej ludności. Już z daleka słychać bardzo głośna muzykę. To „ryczą” radia z zaparkowanych pod targowiskiem samochodów z których również sprzedaje się róże towary. Ludzi jest mnóstwo, gwar, różne zapachy ale przede wszystkim jest niesamowicie kolorowo.

Zamknięta dla ruchu samochodowego Markett Street daje przedsmak tego co czeka nas na Sir Selwyn Clark Market, zwanym też Victoria Market. Największy ruch panuje przy straganach z rybami, mimo tego, że cześć stanowisk już wyprzedała cały swój towar. Trzeba przyjechać tutaj wcześnie rano aby nacieszyć oczy tym wszystkim co okoliczni rybacy złowią w oceanie. Świeżo złowione barakudy, papugoryby, lisogłowy, tuńczyki, ośmiornice, kalmary i wiele innych stworzeń których nazwać niestety nie potrafię.

Ułożone w stosy banany, mango, arbuzy, mandarynki, papaje zachęcają do kupienia. Ceny są tutaj niższe niż w sklepach a towar prosto z sadów – świeży i pachnący. Pachnie egzotycznymi owocami i warzywami. Na innych straganach można kupić wszelkie przyprawy, starannie zawinięte rurki kory cynamonowej, paczkowany ostryż czy słoiczki z małymi, ale bardzo ostrymi czerwonymi lub zielonymi papryczkami chili. Najlepiej oglądać to z góry, z kolorowych schodów. Wówczas ogarniamy wzrokiem całe to bogactwo kolorów, zapachów i smaków. Widok fascynujący.

Na górnych kondygnacjach znajdują się sklepy z ubraniami, galanterią, rękodziełem, pamiątkami itp. Generalnie wszystko i nic. Sklepy tutaj oferują właściwie wszystko to co można dostać na każdym tego typy bazarze ale towar jak to zwykle bywa w dzisiejszych czasach made in China. My rozglądamy się przede wszystkim za jakimiś oryginalnymi pamiątkami. Skoro tak blisko jest Afryka, skoro mieszka tutaj tylu potomków afrykańskich niewolników mamy nadzieję, ze przetrwała także tamta kultura i sztuka. Niestety nic z tego typu wyrobów nie ma. Nie ma w całej Victorii. Jedyne co jest to zalew chińskiego badziewia. No cóż takie czasy – globalizacja.

Na targu spędziliśmy bez mała dwie godziny. Ja zazwyczaj  w takich miejscach  tracę poczucie czasu, uwielbiam takie miejsca niezależnie czy to w Addis Abebie czy gdzieś zupełnie lokalny targ na południu Etiopii czy też na Zanzibarze lub w Bangkoku. Wychodząc z tego miejsca kierujemy się w stronę pobliskiej świątyni hinduistycznej. Arulmigu Navasakti Vinayagar Temple poświęcona jest przede wszystkim Ganeshowi ale oczywiście jak to bywa w świątyniach hinduskich czci się tutaj przeróżne bóstwa w zależności od potrzeb i własnych potrzeb. Jest to pierwsza i jedyna tego typu świątynia na Seszelach. Te świątynie zawsze są pięknie dekorowane setkami rzeźb i szalenie kolorowe. Niestety nie wchodzimy do środka gdyż wewnątrz jest bardzo dużo ludzi a nie chcemy przeszkadzać.

Reprezentacyjna Fiennes Espelande to jedna z ładniejszych alei. Przy jej końcu stoi duży, nowoczesny gmach National Library (Biblioteka Narodowa), w którym na parterze mieści się Muzeum Historii. Zaraz przy wejściu można zobaczyć Kamień Własności, przywieziony w 1756 roku przez Francuzów jako symbol przejęcia wysp we władaniu Francji.  My jednak nie wchodzimy do środka i kierujemy się z powrotem w kierunku wieży zegarowej. Docieramy do Independence Avenue gdzie znajduje się Natural History Museum (Muzeum Przyrodnicze).

Również i to muzeum odpuszczamy bo jakoś bardziej interesuje nas ulica i to co dzieje się dookoła niż eksponowane w muzeum między innymi czaszki krokodyli. Docieramy do ronda z niezwykłym pomnikiem w kształcie stylizowanych trzech ptaków. W roku 1978 z okazji 200 – lecia osadnictwa na Seszelach na tym rondzie postawiono właśnie ten pomnik. Niedaleko stąd dochodzi się do Inter Island Quay, czyli portu, z którego odpływają promy i statki na inne wyspy archipelagu. Tutaj też można wsiadać na tradycyjne seszelskie szkunery kursujące między Mahe, Praslin a La Digue oraz wynajmować łodzie w biurach największych wypożyczalni. To właśnie na tej przystani najłatwiej dogadać się z rybakami aby zabrali nas za niewielkie pieniądze na La Digue. Oszczędzimy w ten sposób  sporo pieniędzy na oficjalnych promach i nie ma z tym większych problemów. Zawsze znajdzie się chętny do pomocy miejscowy rybak.

Spacerkiem wracamy w stronę centrum miasta żałując ciągle, że nie pomyśleliśmy wcześniej i nie wzięliśmy hotelu w stolicy. Byłby to znacznie lepszy pomysł niż nasz hotel. Na poszczególne plaże i tak trzeb jeździć autobusami a z dworca w stolicy przynajmniej mogli byśmy pojechać w każde miejsce na wyspie. No i w czasie brzydkiej pogody zawsze można posiedzieć w niezliczonych tutaj kawiarniach i barach a wieczorem zawsze znalazło by się miejsce z muzyką. Następnym razem na pewno zatrzymam się w najmniejszej stolicy świata.

Skomentuj