Little India to kolejna etniczna dzielnica w Singapurze. Oddalona od Arab Street zaledwie o kilkanaście minut spokojnego spaceru. Przechadzka dodatkowo daje możliwość zajrzenia w małe boczne uliczki gdzie toczy się zwykłe życie mieszkańców tego miasta. Tutaj już nie ma takiego ładu i porządku jak na głównych ulicach ale też nie można powiedzieć, że jest brudno. Jednak im bardziej w bok tym bardziej miejska przestrzeń wydaje się bardziej „oswojona”. Nie wszędzie i nie zawsze singapurski porządek udaje się utrzymać. Choć nawet duże blokowiska biją po oczach swoimi kolorowymi elewacjami. Czasami przestrzeń dookoła wydaje się być makietą a nie rzeczywistością i prawdziwym miastem. Wszytko jest mimo wszystko znakomicie utrzymane.

Po kilkuminutowym spacerze pomiędzy sklepami w których sprzedaje się artykuły, których nazw nawet nie znam szybko przenosimy się w trochę inny świat. Zapach ulicy jest wyraźnie odczuwalny to zapach palących się kadzidełek w przydomowych, przysklepowych, małych ołtarzykach poświeconych hinduskim bogom. Coraz więcej restauracji z których zapach curry roznosi się po okolicy choć pomiędzy nimi jakieś dziwolągi jak np. restauracja „Dżungla”, (jakieś dzikie słonie i żyrafy i Indianie straszą z elewacji). Sklepy już są mniej eleganckie niemal wszystkie bardziej przypominają jakieś składy czy magazyny. Nie ma w nich klimatyzacji a produkty to generalnie hinduskie 1001 drobiazgów. Fantastyczne miejsce na odkrywanie Indii pomiędzy sklepowymi koszami i półkami. Jaka radość w odkrywaniu produktów o których człowiek nawet niemiał pojęcia, ze istnieją!

Na ulicach coraz więcej kobiet ubranych w sari. Robi się coraz bardziej kolorowo i klimatycznie. Nigdy nie byłem w Indiach ale właśnie tak sobie je wyobrażam. Co prawda pewnie takie Indie czyściutkie i wymuskane nie są, ale dzięki tym wszystkim sklepikom z przyprawami i art. spożywczymi typowymi dla Indii, ludziom którzy niemal wszyscy są ubrani w tradycyjne stroje, straganami za kwiatami potrzebnymi w świątyniach itp. wyraźnie czuć tutaj atmosferę orientu i przenosimy się zmysłami do tamtego kraju. Ten obszar miasta przenosi mnie w zupełnie inny wymiar. Idąc ulicą czuję się trochę jak przybysz z zewnątrz, który nagle przeniósł się do zupełnie innego miejsca na ziemi. Jeszcze pół godziny temu na ulicy królowały arabskie klimaty a tutaj Indie i to wszystko w ciągu zaledwie 30 minut.

Oczywiście globalizacja dotarła i na Re ulice. Miejscami ciężko przejść wąskim chodnikiem pośród sklepów z chińską tandetą, która aż wylewa się na zewnątrz. Kusi, korci, zniewala wieloma promocjami w stylu kup 3 zegarki a czwarty dostaniesz gratis itp. Jednak mój wzrok chętniej zatrzymuje się na witrynach sklepów gdzie można kupić przepiękne jedwabie. Orgia kolorów, cekinów, złotych nici, błysk szkiełek i kamyków. Kobiety w sari delikatnie „dzwonią” złotą biżuterią, ręce albo stopy mają wymalowane pięknymi wzorami z henny. Fantastycznie to się odbiera, słoni brakuje! Choć tutaj zamiast słoni bardziej czci się obecne gwiazdy bolywoodzkich mega produkcji. Plakaty z pięknymi dziewczynami i chłopakami zerkają na mnie niemal z każdej ściany w każdym sklepie a i czasami ciężko z kimś rozmawiać bo trzeba przekrzykiwać się pomiędzy nagraniami z indyjskiej top ten!  Bolywood rządzi :).

Jednak chyba najbardziej pociągają czarne oczy Hindusek. Podkreślone mocnym makijażem dosłownie potrafią zahipnotyzować. No i jeszcze te długie błyszczące, kruczo czarne włosy! Momentami czuję się niezręcznie gdy mój wzrok krzyżuje się z czarnymi oczami Hinduski, której się przyglądałem, miąłem nadzieję, że ukradkiem.  Nieładnie tak wpatrywać się w obcych ludzi ale tutaj na szczęście odwzajemniają to uśmiechem. Sam spacer pośród tych ludzi, sklepów, restauracji, zapachów, kolorów, dźwięków bolywoodzkich hitów to już duża przyjemność.

Ta część miasta, chyba jako jedyna w Singapurze powstała spontanicznie. Tak wybrali sami emigranci z Indii. Pozostałe etniczne dzielnice zostały w tych miejscach gdzie teraz są stworzone przez rząd poprzez odgórną regulację. Przybyli do Singapuru Hindusi sami właśnie w tej części miasta zakładali swoje firmy i budowali domy. Pod koniec lat 20 XX wieku zbudowano piece do wypalania cegieł i wapienniki. Tutaj produkowano większość materiałów budowlanych potrzebnych na rozbudowę maleńkiego państwa – miasta. Jednak również obfitość rosnącej tutaj trawy i dostęp do wody przyciągała hinduskich hodowców bydła. Rozwinął się dzięki temu handel bydłem oraz różne usługi. Bydło na przykład było wykorzystywane do obsługi maszyn do mielenia pszenicy i pras, które wyciskały olej z sezamu. Na żyznych okolicznych ziemiach założono wiele plantacji ananasów, których skórki stanowiły dobrą paszę dla bydła. Warunki do mieszkania i utrzymania się w tym miejscu były zatem sprzyjające, co ściągało tutaj kolejnych emigrantów. Powstawały drogi i domy. Coraz bardziej rozwijały się usługi dla coraz większej ilości ludzi tutaj mieszkającej. Trzeba było zaspakajać potrzeby ciągle rosnącej populacji, która już  w XIX wieku była szacowana na 13 tysięcy hinduskich osadników. Zatem nie dziwi fakt, że istniało zapotrzebowanie również na miejsca kultu religijnego aby mieszkający tutaj ludzie mogli poczuć się jak w domu.

Główna ulica w Little India to Serangoon Road, nie ma zbyt wiele chodzenia, wszytko jest w zasięgu spokojnego spaceru bo ulica nie jest zbyt długa. Jednak nawet w zwykły dzień, przed południem spory tutaj tłum. Ponoć w niedzielę, która jest jedynym dniem wolnym dla wielu emigrantów z Indii i Bangladeszu ulica pęka w szwach. Ciężko się tutaj poruszać w tych nieprzebranych tłumach ludzi, którzy ruszają w miasto aby coś zjeść, zrobić zakupy czy po prostu spotkać się z przyjaciółmi. To zdecydowanie centrum tego obszaru. Również przy tej ulicy, pod numerem 141 znajduje się pierwsza hinduska świątynia do której zaglądam. Jest to świątynia Sri Veeramakaliamman.

Wybudowana przez hinduskich pionierów jest jedną z najstarszych świątyń hinduskich w Singapurze a pierwszą w tym rejonie miasta. W tej hinduskiej świątyni wierni modlą się przede wszystkim do małżonki Siwy, Kali niszczącej niewiedzę, utrzymującej porządek świata i błogosławiącej dążącym do poznania Boga. Wybór czczonego tutaj bóstwa nie jest przypadkowy. Kali jako potężna bogini, niszczycielka wszelkiego zła wyrażała ważną potrzebę wczesnych imigrantów. Musieli on czuć się bezpiecznie w nowym miejscu a Kali im to swoją opieką gwarantowała. Wybudowano zatem malutką, skromną wówczas świątynię ozdobioną tylko kilkoma płaskorzeźbami. Od tego momentu świątynia była wraz z bogaceniem się członków hinduskiej społeczności stale rozbudowana i upiększana. Przypuszcza się, że obecny kształt nadano świątyni w roku 1969 gdy jej rozbudowę rozpoczęli robotnicy pochodzący z Bengalu.

Od zawsze ta świątynia służyła przede wszystkim hinduskim robotnikom właśnie. W dawnych czasach świątynia była znana jako „Soonambu Kambam Kovil” czyli mniej więcej „Świątynia Wapiennej Wsi”. To potoczna nazwa tej świątyni funkcjonowała właśnie ze względna to, że wielu jej budowniczych na co dzień pracowało przy piecach w których wypalano wapno w okolicy. Natomiast wapna używano jako domieszki do zaprawy z której powstawała świątynia. Pod koniec XIX wieku w świątyni odbywały się już pierwsze nabożeństwa. W miarę jak populacja indyjska rosła, świątynia była coraz bardziej miejscem gdzie nie tylko koncentrowały się sprawy wiary ale także stała się miejscem społecznych działań tej mniejszości. Zbiórka pieniędzy pozwoliła też na zaangażowanie kapłanów aby świątynia mogła być miejscem pełnego kultu. Z biegiem lat w świątyni pojawiały się nowe kapliczki i nowe posągi. Jednak zawsze najważniejszy był gliniany wizerunek Sri Kaliamman triumfującej nad złem. W 1908 roku nowy posąg bogini Kali został zamówiony i sprowadzony z Indii. W tym samym okresie powstały kapliczka bogini Sri Peiyachi Amman.  Dziewięć lat później dobudowano kapliczki Boga Ganesh’a i Subramaniam’a. W roku 1938 została dodana największa sala modlitewna, która ustaliła dzisiejszy wizerunek tego miejsca.

Na szczęście podczas drugiej wojny światowej naloty i bombardowania Singapuru oszczędziły tę świątynię i ludzi się w niej chroniących. Wyszła z zawieruchy wojennej bez szwanku. W październiku 1983 roku rozpoczęto kolejną renowację. Odkryto przy okazji część płaskorzeźb, które prawdopodobnie pochodzą z czasów pierwszej świątyni stojącej w tym miejscu. Renowacja kosztowała ponad 2 miliony dolarów i trwała ponad trzy lata. Świątynia dzisiaj zachwyca charakterystyczną wysoką wieżą  gdzie znajduje się wejście główne, ośmioma kopułami głównymi i kilkoma mniejszymi. Jednak najbardziej zachwycają bajecznie kolorowe płaskorzeźby, które zdobią świątynię na zewnątrz. Zachwycają, przynajmniej mnie.

Feria kolorów, setki postaci aż kręci się w głowie od zadzierania jej do góry. Zawsze lubiłem świątynie hinduskie właśnie za to, że są takie kolorowe –  jak z bajki. Często ocierają się w odbiorze blisko kiczu ale ja przecież odbieram te budynki jedynie jako architekturę a nie miejsce sakralne. Nie znam się na hinduskiej religii ale wiem, że każda z tych postaci jest ważna, że tutaj każdy może modlić się do wielu bogów albo do tego, którego pomocy w danej chwili potrzebuje najmocniej. Dlatego tutaj jest taka różnorodność, takie bogactwo w wyborze.

Wewnątrz, gdzie wchodzi się boso, również kolorów nie brakuje. Świątynia jest pełna ludzi. Modlących się w różnych miejscach, czekających w kolejce na błogosławieństwo kapłana. Lekki rozgardiasz, dużo się dzieje. Do tego głośna muzyka w rytmach raczej dla mnie obcych. Jakieś przeraźliwe trąbki, bębny, cymbałki. Atmosfera dziwna ale bardzo wciągająca. Zapach palonych kadzidełek aż drażni nozdrza. Wszystko miesza się z zapachem psujących się owoców, ryżu przynoszonych tutaj w darach dla bóstw. Czuję się tutaj trochę jak intruz.

Z szeroko otwartymi oczami, ze zdziwieniem obserwuję to wszystko co dzieje się wokoło mnie. Trzeba uważać żeby nie wpaść na kobiety, mężczyzn klęczących na ziemi niemal w każdym miejscu świątyni. Mam wrażenie, że ze swoim aparatem i głupią miną tylko tutaj przeszkadzam. Zawsze w takich miejscach staram się być „niewidzialny” aby nie zakłócić swoją obecnością sakrum. Jednak zawsze wiem, że nie jest to możliwe. Tak chyba jak ja musiał czuć się przysłowiowy słoń w składzie porcelany. Gdzie nie pójdę tam jestem widoczny jak na świeczniku, mogę komuś przeszkadzać. Nawet nie wiem czy tutaj jakoś należy się przeżegnać czy wykonać jakikolwiek inny gest szacunku. Staram się obserwować to wszystko co się tutaj dzieje stojąc gdzieś z boku i dyskretnie fotografować niezwykłe wnętrze, bo ludzi nie mam odwagi. Nie chcę „zaglądać” im w twarze swoim obiektywem podczas tak intymnej chwili jaką jest modlitwa. Choć kusi bardzo, uchwycenie na zdjęciu tego skupienia, chwili pokory i momentu błagalnej prośby. Nie umiem, nie mam odwagi.

Wolę się skupić na architekturze. W głównej sali znajdują się trzy ołtarze. Ten największy, pośrodku jest poświęcony Kali – która rozpościera swoje 16 ramion a zdobi ją naszyjnik z ludzkich czaszek. Piękne i przerażające! To jeden z wielu licznych wizerunków tej bogini. Po bokach znajdują się dwa mniejsze ołtarze poświęcone jej synom – Ganesy z głową słonia (jest to jeden z najczęściej czczonych Bogów w hinduizmie. Bóg, który potrafi usunąć wszelkie przeszkody z naszej drogi życiowej) i Muruganowi, czterogłowemu bóstwu o postaci dziecka. Jakie to inne, jakie to piękne. Obiecuję sobie po powrocie do domu poczytać więcej na temat tej religii, bo skoro ma tyle różnych bogów, bóstw to musi być niezwykle interesująca. Może następnym razem będę przynajmniej coś rozumiał z tego co dzieje się w takich świątyniach.

Po prawej stronie od głównego ołtarza stoi dziewięć posągów, które przedstawia dziewięć planet. Tutaj też można się modlić do określonej planety! Do tej, która akurat ma moc by pomóc w rozwiązaniu konkretnego problemu. Jak bardzo musi być zmęczony nasz Bóg skoro sam musi we wszystkim pomagać! Tutaj każdy jest wyspecjalizowany w innej dziedzinie. Może dzięki temu są bardziej skuteczni 🙂 ? Tylko jak się połapać, który jest od czego? Na dodatek tutejszych bogów można przekupić składając im dary. Piękne i kolorowe wieńce z kwiatów są niemal wszędzie ale też sporo jest jedzenia – od ryżu i owoców zaczynając do mleka w kartonach kończąc.

W oczy rzuca się pojemnik, w którym leży cała sterta kokosów. Okazuje się, że rytualnie niszczy się tutaj kokosy aby w ten symboliczny sposób „zniszczyć własne ego”. Musimy zniszczyć własne słabości gdy prosimy boginię Kali o wskazanie „drogi pokory”. Kokosy maja wydrążone dwa małe „oczka”, tak by mogły „widzieć” przeszkody w drodze do osiągnięcia pokory, które wierny chce zniszczyć. Ciekawe czy to działa, bo coś czuję, że pokory to i by mi się czasami przydało więcej? Może warto wrzucić tutaj kokosa?! Obserwując to wszystko w światłach dziesiątek kolorowych lampek zawieszonych w różnych miejscach czuję się jakby było Boże Narodzenie tylko zamiast tradycyjnej choinki są fantastyczne postaci dla mnie jak z bajki. Pomyśleć, że tak fantastyczny i jakże tradycyjny świat istnieje i ciągle jest tak żywy i ważny w Singapurze, mieście na wskroś skomercjalizowanym, nastawionym na radość życia wydawałoby się daleką od religii a jednak! To miasto podoba mi się coraz bardziej!

Skomentuj