Ponad 200 lat temu Singapur był tylko dżunglą. Ponurą, prawie bezludną tropikalną wyspą. Historia Singapuru to saga wojny i rozpaczy, walki politycznej i przemian ekonomicznych. Od malarycznych lasów mangrowych po jedną z najlepiej rozwiniętych metropolii. Co przyciągnęło tutaj setki poszukiwaczy fortuny z całego świata? Dlaczego tutaj udało się urzeczywistnić sen o dobrobycie? Czy rzeczywiście się udało?

Ludzie zamieszkiwali tutaj znacznie wcześniej niż podaje oficjalna historia Singapuru. Wysepka u wybrzeży półwyspu Malajskiego do XII wchodziła w skład państw malezyjsko – indonezyjskich, które były częścią wielkiego imperium Sumatry. W XIV wieku wyspa była wielkim ośrodkiem handlowym znanym jako Temasek należącym do Malezji. Można ją znaleźć na wczesnych mapach chińskich. Niestety Jawajczycy zniszczyli ten ośrodek handlowy chcąc przejąć kontrolę nad handlem w tym rejonie świata. Dzisiejszy Singapur przeszedł w ręce królestwa Syjamu (dzisiejsza Tajlandia) aby w XV wieku znaleźć się ponownie w obrębie sułtanatu Malakka (dzisiejsza Malezja). XVI wiek to inwazje Europejskich kolonizatorów. Do Malezji przybywają najpierw Portugalczycy a w XVII wieku Holendrzy. Wszytko zmieniło się gdy pojawili się tutaj Anglicy.

Wpływy malezyjskie zawsze były tutaj bardzo silne i widoczne są do dzisiaj. Pierwsze miejsce jakie odwiedzam to dzielnica Kampung Glam i Arab Street. W 1918 roku Singapur należał do malajskiego sułtanatu Johor , którym władał szach Husajn Mua’zzam Shah ibni Mahmud Shah Alam. To właśnie on podpisał z Brytyjczykami traktat na mocy którego to właśnie oni przejmują wyspę. W zamian za to sułtan i jego rodzina otrzymał jako część zapłaty właśnie tą część miasta, którą odwiedzam. Władca wybudował tutaj swój pałac i duży meczet. Z czasem w okolicy osiedlało się coraz więcej malajskich i arabskich muzułmanów. Ten obszar miasta do dziś pozostaje centrum społeczności muzułmańskiej.

Arab Street i Muscat Street to najbardziej znane ulice w tej dzielnicy. Dookoła mnóstwo kawiarni, restauracji, sklepów i zwykłych niskich ale bardzo ładnych domów. Oczywiście w restauracjach dominuje kuchnia z krajów muzułmańskich: libańska, malajska, marokańska, egipska, turecka i chyba z każdego muzułmańskiego kraju świata. Wybór ogromny choć bardzo specyficzny. Jednak dla smakoszy takiej kuchni to istny raj. Można też w kawiarniach napić się piwa, bo przecież w Singapurze jest wszystko!

Moim celem jest meczet Masjid Sultan. W mieście jest ponad 80 różnych meczetów, porozrzucanych po różnych dzielnicach ale ten jest najważniejszy dla muzułmańskiej społeczności.  Budowę dzisiejszego meczetu sfinansowano w 1928 roku ze składek muzułmańskiej społeczności. Jest to drugi meczet powstały w tym miejscu. Pierwszy, wzniesiony w 1826 roku częściowo sfinansowała Kompania Wschodnioindyjska w ramach umowy dotyczącej odstąpienia Kampong Gelam Anglikom przez sułtana i oddania im praw do wyspy. Sułtan dostał także roczną rentę dla swojej rodziny. Po jego śmierci fortuna zaczęła topnieć i rozgorzały kłótnie pomiędzy spadkobiercami. W końcu lat 90 XIX wieku odbyła się rozprawa, w wyniku której sąd orzekł, że ponieważ żaden z członków rodziny nie ma prawa do sukcesji sułtanatu (!), ziemia powinna należeć do państwa. Rodzinie pozwolono zatrzymać dom, ale ponieważ nie był on ich własnością, potomkowie władcy nie mogli go wyremontować. Przez lata popadał w ruinę. W końcu rząd wyrzucił mieszkańców i rozpoczął tworzenie muzeum podkreślającego wkład Malajów i sułtana w rozwój kultury Singapuru. Czy sułtan oddając wyspę Brytyjczykom spodziewał się, że tak skończy jego rodzina!? Już w XIX wieku władze tego państwa – miasta pokazywały swoje „pazurki”.

Wielkie, złote kopuły zwieńczone półksiężycami i gwiazdami odbijają się na tle nowoczesnych wieżowców. Meczet zaprojektował Irlandczyk, Denis Santry, pracujący dla firmy architektonicznej Swan and McLaren.  Oczywiście aby wejść do jakiegokolwiek meczetu na świecie trzeba być odpowiednio ubranym. Zasłonięte muszą być nogi i ramiona a buty muszą być pozostawione na zewnątrz. Tutaj przy wejściu dostaje się długie do samej ziemi, niebieskie okrycia. Również kobiety mogą wejść do meczetu. Wewnątrz jest czyściutko aczkolwiek dość skromnie. Nie wolno wejść do dużego, centralnego pomieszczenia, które przeznaczone jest tylko dla modlących się.

Można robić zdjęcia ale należy przestrzegać spokoju i ciszy. W hallu jest również wystawa poświęcona historii braci muzułmanów. Trochę zdjęć i stare egzemplarze Koranu. W meczecie jest niemal pusto. Zaledwie kilkoro turystów. Wstęp jest darmowy, trzeba jedynie trafić w czasie gdy nie odprawia się tutaj modłów bo wówczas zwiedzanie jest zakazane. Meczet robi bardzo dobre wrażenie. Skupienie i cisza panująca wewnątrz pozwala na chwilę odpocząć i poznać troszkę tą inną stronę Singapuru. Wielokulturowość a co za tym idzie różne religie w tym mieście – państwie koegzystują obok siebie bez żadnych problemów. To wielka wartość, której tak bardzo brakuje we współczesnym świecie. Rząd Singapuru z pełną premedytacją tak kierował ludźmi, którzy przecież przyjechali tutaj z różnych stron Azji, przywożąc ze sobą swoją religię, zwyczaje, że nauczyli się oni szacunku dla innych. To widać w tym mieście na każdym kroku. Nikomu tutaj nie przeszkadza, że na jednej ulicy stoi świątynia buddyjska, hinduska, kościół katolicki i meczet. Nie ma na tym tle żadnych konfliktów. To wielki pozytyw dla tego miasta.

Po obejrzeniu dzielnicy, która tak naprawdę mało ma w sobie arabskich klimatów ale za to jest bajecznie kolorowa, przysiadam pod meczetem aby odpocząć i spokojnie popatrzeć na ulicę, ludzi i wszystko co dzieje się dookoła. Przy okazji można napić się wody z małego kranu na terenie meczetu.  Woda z kranu wszędzie w Singapurze nadaje się do picia. Jest czysta i nic nam nie grozi. Choć sam Singapur nie ma w swoich zasobach nawet kropli słodkiej wody. Wszytka sprowadzania jest z Malezji. Takich miejsc gdzie za darmo można napić się wody jest w mieście sporo. Dzięki temu w tych upałach zwiedza się troszkę lepiej no i troszkę oszczędza.

Gdy tak siedzę pod meczet przychodzi szkolna wycieczka. Pani nauczycielka opowiada dzieciom o meczecie (przy okazji ja podsłuchuję) i na koniec prosi o zrobienie zdjęcia złotej kopuły. W tym momencie każde dziecko sięga do tornistra i wyciąga… ipod’a i pstryka fotkę! Szczęka mi opadła. Kiedy u nas w szkołach dzieci będą mogły tak zwyczajnie korzystać z osiągnięć współczesnej techniki? Małe dzieci bez żadnych problemów obsługują najnowsze gadżety i jest to dla nich takie normalne. Wszystkie urządzenia mają nalepkę z jakimiś numerkami co świadczy o tym, że jest to własność szkoły. Niezależnie więc od zasobności rodziców szkoła gwarantuje dzieciakom takie urządzenia.

Singapur ma ponoć jeden z lepszych systemów szkolnictwa na świecie. Jednak system ten doprowadził do tego, że wykształcił całe masy ludzi pozbawionych własnego myślenia i kreatywności. System nauki pamięciowej obowiązujący w szkołach nie wychował twórczych obywateli. Taki system szkolnictwa pozwalał bardziej nad tym społeczeństwem panować. Gdy nastał XXI wiek zrobił się problem, bo już nie wystarczyło mieć armii posłusznych odtwórców. Potrzebni byli specjaliści ale kreatywni. Okazało się, że w Singapurze takich brakuje. Ratunkiem byli i są ściągani z Europy i innych części świata menadżerowie. Oferuje im się świetne warunki pracy i płacy ale przez to wytworzyła się już cała klasa „białych panów ery post kolonialnej”.  Rząd ten problem dostrzega gdyż jest to powodem napięć społecznych. Powoli system nauki się zmienia właśnie w stronę kreatywności, samodzielności.

Władze postawiły na innowacyjność, badania naukowe i nowoczesne technologie. W ostatnich latach wybudowano kilka ogromnych, super nowoczesnych kompleksów naukowych. Te najbardziej znane to Biopolis, Science Park i Fusionopolis dysponujące budżetami niemal nieograniczonymi. To przyciąga najlepszych naukowców z całego świata. Zwłaszcza teraz w dobie kryzysu profesorowie z prestiżowych uczelni jak Harvard czy Cambridge mają tutaj idealne warunki do pracy naukowej. Specjalistyczne instytuty badawcze znakomicie zarządzane przyciągają też polskich biologów, fizyków, którzy tutaj widzą szansę na niebywały rozwój. Wielu naszych rodaków ma nadzieje, że tutaj spełni się ich sen o Noblu. Wszystko dzieję się w Singapurze tak naprawdę nie w imię dobra światowego ale biznesu. Premier Singapuru ma nadzieję, że dzięki potencjalnym odkryciom jego Państwo stanie się jeszcze bogatsze.

Prawdziwa nauka zaczyna się już w przedszkolach gdzie maluchy uczą się angielskiego i najczęściej chińskiego (przedszkola są dwujęzyczne), matematyki (działania w zakresie do 20) , muzyki, plastyki i innych przedmiotów ścisłych. Każde dziecko, które kończy przedszkole umie pisać i czytać po angielsku. Zdarza się, że litery znają już trzylatki, ba ocenie poddawane są nawet dwu latki chodzące do żłobków. Taką historię opowiada jedna z Polek mieszkająca w Singapurze do której zadzwoniła jej koleżanka Czeszka zasmucona wiadomością, że jej córka z niedawnego testu przyniosła do domu karteczkę z wynikami a tam same oceny C (czyli dostateczne). Tylko za obecność dziecko otrzymało A (czyli dobry). Może i byłby to powód do zakłopotania gdyby nie fakt, że córka owej Czeszki ma lat – 2 (słownie dwa) i uczęszcza do żłobka!!! Co zatem oceniają u 2 latków, bo przecież nie umiejętność liczenia do 10?  Otóż, ocenie podlega: wspinanie się po drabinkach, chodzenie w linii prostej oraz „przyjemność z zabaw wodnych” – cokolwiek to oznacza! Wyścig szczurów w Singapurze zaczyna się już od kołyski!

W szkołach podstawowych obowiązuje system testowy. Dzieci zdają testy z postępów w nauce i w zależności od wyników są przypisywane do klas dla: dobrych czy słabych uczniów. Taki podział i segregacja wg potencjału intelektualnego ponoć ma służyć temu aby skupić się bardziej na indywidualnych potrzebach dzieci. Aby te najzdolniejsze rozwijać a tym najsłabszym pomóc. W rezultacie już maluchy są „programowane” do bycia najlepszym za każdą cenę. Dotyczy do zwłaszcza chińskich dzieci, których matki za cel życiowy postawiły sobie aby ich dziecko było kimś ważnym i dobrze zarabiającym. Czy dziecko powinno już na starcie swojego życia otrzymywać komunikat: skoro jesteś słabszy to jesteś gorszy? Z drugiej strony szkoły uczą tolerancji, dobrego zachowania i wychowania, szanowania cudzej własności i wielu, wielu dobrych i bardzo potrzebnych w życiu umiejętności.

Gdzieś przeczytałem, że system szkolnictwa w Singapurze jest para – faszystowski. Lekko mnie to przeraziło. Więc chciałem wiedzieć więcej. Jak to jest, że skoro edukacja jest na tak wysokim poziomie brakuje w tym państwie elit. Przyczyna okazała się prozaiczna i jak zwykle w tym Państwie sterowana odgórnie. Tak oto sprawę wyjaśnia autorka pewnego bloga, która mieszka w Singapurze (polecam zresztą jej bloga, bo pisze ciekawie i z humorem – „Azja od kuchni”) . „Uczą świetnie, ale to młode państwo które ma jeszcze za mało kadry kierowniczej własnej. Za kilka lat Singapur podziękuje ekspatom. Poza tym na studia idzie „sama górka” a byle taksiarz wie o polityce Sin więcej niż jeden absolwent socjologii w Pl. Wymagania są dużo wyższe na każdym poziomie. Poza tym studia są b. kosztowne i do czasu wprowadzenia bonu edukacyjnego niewielu było na nie stać. Odpowiednik naszego magistra ma zaledwie kilka % nie dlatego , że są leniwi tylko , że ich nie było stać na opłatę. ( Stypendium rządowe jedynie dla kilku % obywateli z najlepszymi wynikami). Teraz to się zmienia”. Troszkę mi się wyjaśniło, ale… z drugiej strony coś mi to przypomina. Przez 50 lat (bo tyle to państwo istnieje, niepodległe jest dopiero od 1965 roku) nie udało się wykształcić elit w tak małym państwie? Zgadnijcie sami jakie państwo i dlaczego nie chciało dopuścić do wykształciły się elity, które przecież mogą zagrozić władzy? Odpowiedź jest bardzo prosta. Czy i tutaj zastosowano ten sam mechanizm?

Jedno jest pewne Singapur a raczej jego władze zdają sobie sprawę z tego społecznego problemu. Mało jest wśród obywateli tego kraju (mimo dobrego wykształcenia) niezależności intelektualnej a bez tego w XXI wieku nie da się iść do przodu. Singapur nie miał innej drogi jak „importować” wiedzę połączoną z intelektem i kreatywnym myśleniem. Tak powstała, dosyć duża grupa tzw. ekspatów czyli białych, zagranicznych pracowników, doktorantów i studentów. Tworzą oni z boku społeczeństwa oddzielne środowisko. To na ogół ludzie zamożni, lub do takich aspirujący. Miejscowa klasa średnia stawia sobie ich za wzór w swoich dążeniach do sukcesu. Tymczasem to zjawisko to nic innego jak nowoczesny kolonializm. Expansi spijają egzotyczną śmietankę, blichtr szklanych wieżowców, lans ale też pracują po kilkanaście godzin dziennie. Traktują Singapur jak taki trochę tropikalny resort all inclusive. Bywanie na imprezach „dla białych” jest dla przeciętnego Singapurczyka nobilitacją i oznaką należenia do klasy lepszych, dowodem na to, że sukces jest w jego zasięgu. Po drugiej stronie są masy najemnych robotników z ościennych, biedniejszych krajów Azji. Nikomu nie przeszkadza, że żyją w slumsach na obrzeżach tego wspaniałego świata często w warunkach ubliżających człowiekowi. Swym potem i zdrowiem mozolnie budują ten egalitarny świat dla garstki uprzywilejowanych. Tylko o nich się nie mówi, nie pokazuje i nie dba. Po co? Skoro Singapurczyk ma wytłumaczenie, że i tak Ci ludzie mają lepiej niż we własnych krajach, więc powinni być szczęśliwi i wdzięczni ich krajowi, że daje im szanse na utrzymanie rodziny np. gdzieś w dalekim Bangladeszu . Singapur w każdej przestrzeni chowa to co nie jest oznaką dobrobytu, sukcesu i bycia naj. Polityka wizerunkowa jest w tym państwie bardzo ważna, a wizerunek może być tylko jeden – dobry.

Swego rodzaju inżynieria społeczna w Singapurze stała się dla władz narzędziem do stworzenia państwa i obywatela idealnego. Już wiadomo, że to się nie udało. Choć w dużej mierze obywatele Singapuru stali się narodem pokornym i znającym swoje miejsce w szeregu. Stali się narodem wybranym na kontynencie azjatyckim. Narodem, który pozwolił państwu decydować co jest dla nich dobre a co złe w zamian za bezpieczne i komfortowe warunki egzystencji może nawet dla większości. Stali się narodem, choć pochodzą z różnych kręgów kulturowych. Chińczycy, Malajczycy, Hindusi, Europejczycy, Australijczycy dzisiaj już dumnie mówią  o sobie My Singapurczycy i w tym wymiarze władze odniosły sukces.

Skomentuj