Lot z Frankfurtu do Singapuru trwał około 11 godzin i choć (może to wydać się dziwne) nie lubię latać ten lot był inny. Nigdy podróżowanie samolotem nie sprawiało mi przyjemności poza samym faktem wysiadania z samolotu. Tym razem było troszkę lepiej a to za sprawą lotu olbrzymim Airbusem o symbolu A380. Ten największy pasażerski samolot świata w zależności od modelu może zabrać na swój pokład nawet ponad 800 pasażerów! Po raz pierwszy widziałem podstawione trzy rękawy do jednego samolotu. Spodziewałem się, że przy takim kolosie będą długie kolejki aby się dostać na pokład, tymczasem było szybciej niż zawsze. Już za bramką obsługa lotniska kieruje pasażerów w różne rękawy i dzięki temu nikt się nie pcha i nie czeka w kolejce. Wewnątrz samolot jest podzielony jakby na przedziały (na moje oko po około 100 miejsc w jednym takim przedziale). Każdy taki odcinek samolotu obsługują 4 stewardesy dzięki temu obsługa jest szybka i sprawna. Toalet na pokładzie jest tyle, że można się zgubić gdzie iść . Oczywiście centrum rozrywki w fotelach no już norma ale mi się podobał podgląd na kamery zainstalowane w kokpicie pilotów, pod samolotem i u góry na samolocie. Szkoda tylko, że większość lotu był a w nocy. Najważniejsze to jednak to, że w samolocie jest bardzo dużo miejsca. Fotele są wygodne a miejsca na nogi tak dużo, że spokojnie można je wyprostować. Po rozłożeniu fotela nie ląduje on pasażerowi, który siedzi z tyłu na kolanach. Co dla mnie bardzo ważne w samolocie jest o wiele ciszej niż w standardowym. Mnie ten ciągły szum silników zawsze stresował i denerwował a tutaj bardzo cicho, kabina pasażerska jest super wyciszona. Tak wielkim samolotem też mniej rzuca po drodze, więc turbulencje są mało odczuwalne. Po raz pierwszy w życiu przespałem większość lotu i nie czułem się po locie jakbym wyszedł z pralki. Lądowanie też odbyło się niemal niewyczuwalnie. Nie wiem na ile to zasługa umiejętności pilota a na ile dzięki tak olbrzymiej masie ten niemiły moment zetknięcia samolotu z ziemią tutaj był prawie niezauważony. Generalnie podróż bardzo wygodna i dzisiaj wiem, że warto nawet lekko dopłacić do biletu żeby lecieć A380 na długiej trasie, dla mnie bajka.  Różnica w samopoczuciu po locie wielka.

Po tych kilkunastu godzinach nawet w wygodnym samolocie dobrze jest stanąć na ziemi i powiedzieć sobie: właśnie wakacje się rozpoczynają! Lubię to uczucie gdy już wiem, że przed sobą mam „morze” przygody i odpoczynku. Lotnisko to zazwyczaj pierwsze miejsce na podstawie, którego wyrabiamy sobie zdanie na temat miejsca gdzie przylecieliśmy. Każdy port lotniczy jest symbolem kraju do którego przybywamy. Każde miasto stara się pokazać swoje najlepsze oblicze tym, którzy właśnie w nim lądują. W Singapurze postanowiono, że lotnisko ma przyćmić, zachwycić i onieśmielić każdego przybysza. Trzeba przyznać, że im się to udało.

Dla wielu pasażerów jest to tylko lotnisko tranzytowe w dalszej podróży po Azji ale właściwie nie trzeba go opuszczać aby poczuć czym jest Singapur. Już tutaj widać czym to państwo jest i co ma do pokazania. Porządek, świetna organizacja, znakomite oznaczenia, przyjazne wnętrza, dywanowe wykładziny (czyste), kwiaty, salony gier, ogrody palmowe, ogród orchidei, motylarnia, darmowe wycieczki po mieście (jeżeli lecicie Singapur Airlines), stawy ze złotymi rybkami, sklepy, szklane podłogi, miejsca gdzie można się nawet przespać, darmowe prysznice wszystko urządzone niemal jak wielkim centrum handlowo – rozrywkowym. Nawet basen do dyspozycji za niewielkie pieniądze w hotelu obok. Lotnisko to jest uważane za jedno z najlepszych, najbardziej przyjaznych pasażerom na całym świecie. Nie jest to wynikiem próżności Singapurczyków tak jest rzeczywiście. Lotnisko jest niewątpliwie powodem do dumy. Jest wspaniałe – temu nie da się zaprzeczyć.

Jednak pod tą warstwą przyjaznego, niemal luksusowego dla wszystkich lotniska kryje się coś czego chyba władze tego państwa nie chcą za bardzo pokazywać może nawet chcą ukryć. Lotnisko w Singapurze nazywa się Changi. Tym, którzy znają książkę Jemsa Clavell’a pod tytułem „Król Szczurów” (lub film nakręcony na jej podstawie) ta nazwa zapewne jest znana. Jednak dla tych, którym ta nazwa nic nie mówi, muszę cofnąć się troszkę do historii Singapuru.

 Miasto w 1942 r. było ciągle bardzo strzeżoną perłą w koronie Imperium Brytyjskiego. Anglicy wybudowali za ogromne pieniądze umocnienia i fort, który bronił dostępu do miasta od strony morza. Stacjonowało tam wówczas ponad 300 tysięcy żołnierzy. Od strony morza Singapur wydawał się nie do zdobycia. Jednak na władanie tą malutką wyspą położoną tak, że można było z niej kontrolować handel z Chinami i całą Azją chrapkę mięli Japończycy. Ruszyli poprzez Malezję gładko ją zdobywając i dotarli do Singapuru od strony lądu. Choć japońska armia była niemal o połowę mniejsza do brytyjskiej to Japończycy mieli genialnego dowódcę Tomoyuki Yamashitę (zwanego Malezyjskim Tygrysem). Wymyślił on fortel polegający na tym aby bombardować Singapur non stop mimo posiadania małej ilości amunicji. Brytyjczycy przez to sądzili, że mają do czynienia z potężną armią i w trosce o życie swoich ludzi poddali się bez walki. Japończycy pojmanych jeńców zamknęli w stworzonym przez siebie obozie koncentracyjnym, który nazywał się Changi. Większość z pojmanych jeńców straciła tam życie.

James Clavell w „Królu szczurów” napisał: „ Changi stało się plugawym, odrażającym więzieniem. Wokół bloków z celami prażone słońcem podwórza, wokół podwórzy wysokie mury. Za tymi murami, w blokach, piętro po piętrze ciągnęły się cele, które mogły pomieścić dwa tysiące więźniów. Ale teraz w celach tych, na korytarzach, we wszystkich kątach i zakamarkach żyło około ośmiu tysięcy ludzi.” Dzisiejsze lotnisko zbudowano w tym samym miejscu, w tej samej dzielnicy, w której stał najstraszniejszy obóz jeniecki Azji Południowo – Wschodniej. Miejsce, gdzie Japończycy zamęczyli tysiące ludzi. Za złe miano jeńcom prośby o jedzenie, prośby o leki, za złe prośby o cokolwiek. Za złe to, że w ogóle żyli. Zrobili z tego miejsca obóz gdzie ludzie umierali jak muchy. Changi w światowej historii to symbol największego japońskiego okrucieństwa. Dziś obozu już nie ma jest za to lotnisko.

Oczywiście nie zburzono obozu aby na jego szczątkach wybudować lotnisko aż tak daleko się nie posunięto. Jednak jakiego braku wrażliwości trzeba, jakiej pogardy dla ludzkiego życia, dla historii, dla pamięci tamtych czasów, aby wybudować ultranowoczesne lotnisko tuż obok miejsca kaźni tysięcy ludzi i jeszcze nazwać je dokładnie tak samo?! To tak, jakby wybudować centrum handlowo – rozrywkowe koło hitlerowskiego obozu zagłady w Oświęcimiu i nazwać je „Galeria Auschwitz – Birkenau”. W Singapurze w przypadku takiej nazwy lotniska jest to raczej zabieg świadomy niż zwykłe przeoczenie. Nowoczesny, współczesny Singapur nie chce pamiętać swojej brytyjskiej przeszłości. Próbuje zatrzeć wszystkie ślady tamtych czasów. Wiele pisał o tym włoski reporter, podróżnik i pisarz Tiziano Terzani, który przez jakiś czas mieszkał w Singapurze.

Ślady tego, że to państwo niechętnie wspomina momenty swoich porażek odnajdę jeszcze nieraz. Z lekkością i bez zastanowienia Singapur pozbywa się miejsc związanych z przeszłością na korzyść tych miejsc, które mają zaświadczyć o przyszłości i nowoczesności. Brytyjczycy wybudowali Fort Canning, który miał strzec miasta. Tuż obok powstało ich podziemne centrum dowodzenia. Jak już wiemy nie pomogło to odeprzeć ataku Japończyków. Podziemne bunkry zachowały się do dzisiaj i noszą nazwę Battle Box. Można było zwiedzać to miejsce mniej więcej do lat 60 XX wieku. Potem bunkier zamknięto i zapomniano o tym miejscu. Tylko dzięki determinacji pewnego dziennikarza, który nagłośnił sprawę zapomnianej historii obiekt po renowacji otwarto dla zwiedzających ponownie. W 30 lat po „zasypaniu” historii, a po ponad 50 latach od kapitulacji Singapuru bunkier otwarto ponownie. To jedno z nielicznych miejsc gdzie historia okazała się ważniejsza niż doktryna polityczna władz Singapuru. Jednak miejsce nawet dzisiaj nie jest ujęte w folderach dla turystów jako miejsce interesujące. Więcej miejsca w owych materiałach poświęcone jest centrom handlowym.

Z takimi myślami stałem w kolejce w oczekiwaniu na wbicie wizy w moim paszporcie. Już pierwsze spotkanie z tym miastem pokazało, że czaka mnie tutaj wiele niespodzianek. Niemal czułem jak pod tymi szklanymi sklepieniami, pośród tych wszystkich kwitnących na lotnisku orchidei unoszą się duchy wszystkich tych, o których już dzisiaj się nie pamięta. Nie wspomina o nich nawet najmniejsza tabliczka a przecież w lotniskowym ogrodzie orchidei byłoby chyba odpowiednie miejsce aby uczcić ich pamięć? Może dzięki tym myślom mniej stresowałem się tym, że w kieszeni spodni przemycam paczkę papierosów, których tutaj nie można wwozić. No chyba, ze kogoś stać na olbrzymi podatek i cło, który naliczany jest od każdej sztuki wwożonych wyrobów tytoniowych. Państwo dba o zdrowie swoich obywateli windując ceny papierosów i alkoholu do niebotycznego poziomu i obarczając wwóz tych  artykułów szaleńczo wysokimi podatkami i cłami. Państwo tutaj dba o swoich obywateli – nawet bardzo!

9 komentarzy do “Changi airport i jego tajemnica”

  1. I tu sie zgadzam,bardzo malo jest o Fort Canning,malo informacji,bedac na miejscu bylo tam zaledwie pare osob,wejscie do Bottle Box to mala furtka ukryta w zywoplocie,wejscie jak do tajemniczego ogrodu,duzo czasu zajelo nam dojscie do tej furtki,bladzac alejkami ogrodow ,ze spoznilismy si ena ostatnie wejscie…:(Jak na singapurskie warunki miejsce raczej zaniedbane.

  2. powyzej mialo byc battle box nie bottle box….:-/

  3. Hej 🙂 Ja nie miałem czasu aby szukać tego miejsca, więc opieram się na tych informacjach, które są dostępne w prasie, książka czy filmach dokumentalnych. Jednak Ty potwierdzasz to z własnych doświadczeń. Dzięki 🙂

  4. Powiem Ci Adam,ze byles od tego miejsca pare krokow,widzialam to na Twoich zdjeciach..:)Ja znalazlam przez przypadek bo usiadlam gdzies na murku zeby odpoczac i zobaczylam pare strzalek w kierunku ogrodu ,parku i fortu..:)

  5. W takim razie szkoda ale tak to jest gdy na turyście ma zrobić wrażenie hiper nowoczesne oblicze tego miasta. To się udało w tym miejscu. Szkoda tylko, że historię ukrywają tak głęboko, bo Singapur nabrałby magii gdyby pokazywał swoją drogę od malarycznej wysepki do ultra nowoczesnej metropolii. Wówczas by mnie wciągnął, bo ja przede wszystkim lubię poznawać historię danego miejsca. Szukać jego duszy, a tak obleciałem, popstrykałem zdjęcia i jak najszybciej chciałem pojechać dalej.

  6. Resztki obozu Chiangi istnieją do dziś. Więzienie, wokół którego go zbudowano, pozostaje nadal czynne. Oczywiście nie można go zwiedzać (ani nawet fotografować, choć nikt tego nie jest w stanie wyegzekwować). Do zwiedzania są natomiast dawne zabudowania administracyjne i kaplica obozu. Jest to olbrzymie przeżycie dla wszystkich pamiętających Marlowe’a i Króla Szczurów, gdyż w tamtejszej ciszy czuje się niegdysiejszą atmosferę. Dojechać można jedynie taksówką z lotniska – praktycznie nie da się wytłumaczyć w który autombus wsiąść i jak trafić (koszt taksówki jest wszakże umiarkowany). Wrócić można autobusem prosząc kierowcę o wskazanie przystanku najbliższego stacji metra.
    Singapur jest wspaniały. Charakter więżowców, budowanych często nie tylko w centrum ale także na obrzeżach miasta, zamieniono z pojemnych pudeł na dzieła sztuki. Metro zachwyca przemyśleniem układu stacji przesiadkowych. I wreszcie kwatera Percivala i Chiangi to niezwykłe przeżycie dla każdego kto zna tamtejsze epizody II wojny światowej.

  7. Piotr bardzo dziękuję za dodatkowe informacje. Na pewno odwiedzającym Singapur i zainteresowanym tym miejscem się przyda. Dzięki i pozdrawiam Adam

  8. Elzbieta :

    Wspaniale komentarze ,cenne informacje ,widać ze w swoich podróżach poszukujesz czegoś głębszego i przygotowujesz się solidnie do nich,dziękuję ,że ja mogę z tego skorzystać.

  9. Elu, dziękuję za miłe słowa. Cieszę się, że jakieś informację Ci się przydały. Korzystaj jak najwięcej 🙂 Pozdrawiam Adam

Skomentuj