Popołudnie spędzamy już na „swojej” plaży Anse Aux Pins. Mała spokojna plaża po wschodniej stronie wyspy daje poczucie odosobnienia i spokoju. Cała plaża jest tylko dla nas. Chwytając te nieliczne chwile słońca staramy się ciągle podtrzymywać nasze dobre humory, choć jest z tym coraz trudniej. W takich miejscach gdzie właściwie nie ma niczego trudno aktywnie zorganizować sobie czas. Pozostaje czytanie książek i błogie lenistwo :).

Odpływ spowodował, że nasza plaża zrobiła się dużo, dużo większa. Płytki ocean ciągnie się nawet na kilkanaście metrów od brzegu. Dla dzieciaków musi to być raj. Mogłyby pluskać się w płytkiej wodzie bez przerwy. Nam pozwala brodzić z nudów w tą i powrotem i wypatrywać jakiś morskich żyjątek czy podpatrywać ptaki, które przylatują tutaj na łatwy posiłek pośród odsłoniętych kamieni i raf. Dostrzegłem nawet czaple zastygłe w polowaniu na mniejsze ryby, które utknęły na nagłej płyciźnie.

Przy złej pogodzie i braku w okolicy jakiekolwiek knajpie przydaje nam się kuchnia, którą mamy w pokoju bo przynajmniej możemy objadać się do woli no i blisko do lodówki :). Takamaka ratuje nam samopoczucie, jak zwykle w deszczowe dni na tych wyspach. Tutaj na Mahe zła pogoda utrzymuje się niestety znacznie dłużej niż na La Digue. Dosyć wysokie góry zatrzymują chmury i nawet silny wiatr ich nie przegania. Całe pięć dni naszego pobytu tutaj to ciągłe wypatrywanie słońca, niestety bez większych osiągnięć.

Ten rejon wyspy służy głównie miejscowym.  Tutaj życie biegnie swoim leniwym rytmem. Małe doki, czasami bardzo skromne sąsiadują ze starymi kolonialnymi rezydencjami tworząc mieszankę dawnego i nowego. Wiele domów jest opuszczonych a obok powstają murowane wille, nie zawsze niestety ładne. Wyspa się rozwija ale czasami odnoszę wrażenie, że wraz z podnoszeniem się standardu życia Seszelczyków ubywa tego co wyspie najpiękniejsze – unikalności. Powoli Mahe zmienia się w wyspę jakich tysiące na świecie, jedynie plaże są tutaj ładniejsze niż gdziekolwiek indziej.

Turyści w tej części wyspy właściwie nie bywają. Nie mają po co. Nawet plaże w tym rejonie są wąskie i raczej nikomu nie przypadną do gustu gdy porównamy je z tymi ładniejszymi, bardziej znanymi. Jest jednak jedna przewaga wschodniej strony wyspy. Panujący tutaj spokój. To miejsce dla wszystkich tych, którzy szukają podczas wakacji samotności, spokoju, wyciszenia. Tutaj znajdą to wszystko aż w nadmiarze. Dla mnie osobiście niestety nie jest to najlepszy wybór.

Po spokój i ciszę pojechałem na La Digue. Wszystko czego oczekiwałem po tamtej wyspie spełniło się w stu procentach. Od Mahe jako wyspy najbardziej zurbanizowanej oczekiwałem większej różnorodności i dostępności atrakcji. Tymczasem na wschodzie nie ma nawet chodników dla pieszych. Wschodnie wybrzeże pokonuje się jedynie samochodem w drodze na lotnisko czy w drodze do stolicy wyspy. Nie ma tutaj nawet jednej kawiarni czy restauracji.

Seszele należą do bardzo bezpiecznego rejonu świata. Przestępczość jest niska a turystów się szanuje, generalnie nie oszukuje. Jednak te nasze krótkie wycieczki po wyspie pozwoliły na to aby zauważyć jak wiele domów ma kraty w oknach, jak wiele jest bram zamykanych na noc, płotów zakończonych drutami kolczastymi. Brama wjazdowa do naszej kwatery też jest zamykana na noc a psy raczej mają obowiązek odstraszać potencjalnych złodziei a nie bawić się z gośćmi. Psy właściwie są na każdym podwórku i to często groźne o czym świadczą tabliczki na bramach. Czy zatem te środki ochronne świadczą o tym, że bezpieczeństwo jest tylko pozorne?

Przez trzy tygodnie nie zdarzyła się oni jedna sytuacja gdy mogłem poczuć się zagrożony. Czułem się bezpiecznie, choć kilka razy mijaliśmy zagadujących do nas podpitych miejscowych. Nie byli agresywni, raczej upierdliwi. Jednak te wszystkie kraty, płoty, bramy, psy dają do myślenia. Być może Mahe jako duża wyspa boryka się z problemem włamań, bo inaczej po co ludziom te zabezpieczenia? Być może ten problem jest niewidoczny dla nas turystów, którzy jesteśmy tutaj tylko przez chwilę? Zapewne gdy mieszka tutaj większość obywateli tego państwa wśród nich jest jakiś procent tych, którzy nie koniecznie szanują cudzą własność.  Jak wszędzie, zresztą.

Leniwe popołudnie na plaży Anse Aux Pins dobiegało końca. Wraz z nadejściem wieczoru zrywa się coraz silniejszy wiatr i coraz mocniej pada deszcz. Dobrze, że chociaż ciągle jest bardzo ciepło. Temperatura jest tutaj niezmienna. Zawsze wysoka. Kolejna butelka Takamaki pokazuje swoje dno a to znak, że trzeba powoli iść spać. Jeszcze nigdy na żadnych wakacjach nie chodziłem spać tak wcześnie. Zazwyczaj wieczorem zaczyna się dopiero wakacyjne życie, tutaj po zmroku jest cisza i tylko od czasu do czasu przejedzie jakiś samochód albo zaszczeka pies. Nie możemy narzekać, że tym razem nie wyśpimy się podczas wakacji :).

Jeden komentarz do “Anse Aux Pins”

  1. Franc z Francji :

    świetne miejsce, chciałbym się tam kiedyś wybrać …
    a co to za kolorowy krab, niezłe jaja 😀

Skomentuj