Następnego dnia pierwszym porannym promem, który odpływa o 7.30 rano opuszczamy La Digue. Droga z naszej kwatery na przystań wydaje nam się jakaś krótsza niż gdy pokonywaliśmy ją gdy przypłynęliśmy tutaj. W ogóle w ciągu tych 2 tygodni naszego pobytu tutaj wyspa zrobiła się jeszcze mniejsza. Bardzo szybko można poznać tutaj niemal każdy zakątek i poczuć się jak w domu. No może nie jak w domu ale na pewno jak u dobrej cioci na wakacjach. Pobyt tutaj to właśnie jak wakacje na wsi tylko ta wieś jest bardzo egzotyczna.

Na przystani jesteśmy pierwsi. Za to stoją dwa promy. Ku mojemu zdziwieniu okazuje się, że oba promy płyną w tym samym kierunku. Załoga jednego informuje, że płynie na Praslin (to tym mieliśmy w planach płynąć) a załoga drugiego, że płynie na Mahe. Oba wypływają o tej samej godzinie. Lekko pogubiłem się z zakupem biletu La Digue – Praslin. Na ten prom, którym planowaliśmy płynąć bilety są sprzedawane bezpośrednio obok promu, ale jeszcze jest za wcześnie żeby go kupić. Natomiast na ten drugi bilet należy kupić w okienku w porcie. Już sam nie wiem, jak mam płynąć , którym promem? Tym bardziej, że wczoraj wieczorem chciałem kupić bilet właśnie w kasie w porcie ale Pani powiedziała mi, że bilety kupuje się przy promie przed rejsem.

Decydujemy, że skoro nagle pojawił się prom, który płynie na Mahe to wsiadamy na niego zamiast na prom na Praslin, gdzie i tak musielibyśmy się przesiąść aby popłynąć na główną wyspę. Po co zatem zawracać sobie głowę przesiadkami? Zastanawiam się jedynie skąd wzięły się dwa promy skoro na rozkładzie jest tylko jeden – ten na Praslin? No ale skoro załoga mówi to co mówi to wsiadamy.

Szybko idę dokupić bilet La Digue – Praslin (w okienku w porcie tym razem można!) i nieco zdziwieni, że na ten prom wsiada bardzo mało osób zasiadamy w wygodnych fotelach. Większość pasażerów wsiada jednak do tego drugiego promu. Ponownie pytam załogi i ta twierdzi, że nie ma problemu płyniemy również na Mahe. Podróż na początku jest spokojna i po kilku minutach zbliżamy się do Praslinu, który jak mi się wydaje powinniśmy już pominąć i płynąć bezpośrednio na Mahe. Tymczasem dobijamy do portu i ku mojemu zdziwieniu czekamy kilka minut aż dopłynie tutaj ten drugi prom, kursujący tylko na trasie La Digue – Praslin!

Okazuje się, że pasażerowie tamtego promu teraz przesiadają się do naszego. Zupełnie bez sensu ale przynajmniej nie musieliśmy przekładać walizek z promu na prom no i mogliśmy zająć sobie wygodniejsze miejsca, bo teraz gdy weszła reszta pasażerów wszystko jest zajęte. Okazało się, że niezależnie na który prom wsiądziecie na La Digue i tak będziecie dopływać najpierw na Praslin aby popłynąć stąd na Mahe. Różnica tylko taka, że my płynęliśmy bez przesiadki.

Na szczęście dalsza część podróży mija spokojnie. Nie ma tak dużych fal jak wówczas gdy przyjechaliśmy. Nikt na promie nie wymiotuje, więc spokojnie można wpatrywać się w toń oceanu i mijane po drodze wyspy. Mniej więcej około godziny 10 rano dopływamy na Mahe. Zastanawiamy się czy pojechać darmowym busem na lotnisko i stamtąd szukać autobusu do naszej następnej kwatery, która jest położona przy plaży Anse aux Pins po wschodniej stronie wyspy tak samo jak lotnisko. Będziemy mieli po prostu bliżej. Postanawiamy jednak od razu wsiąść w taksówkę (koszt to 20 euro) aby nie tracić czasu i jak najszybciej rozpocząć nasz 5 dniowy pobyt na Mahe, tym bardziej, że pięknie świeci słońce i mimo, że jest nam smutno, że opuściliśmy piękną La Digue liczymy na to, że Mahe również nas zachwyci.

Skomentuj