Niemal w samo południe docieramy do naszej nowej kwatery. Tym razem postawiliśmy na apartament położony we wschodniej części Mahe przy plaży Anse aux Pins (wymawiamy mniej więcej : a są pę). Wysoki biały mur oddziela cały ośrodek od ruchliwej ulicy. Jamelah Apartaments robi na nas bardzo pozytywne wrażenie.

Choć na dzień dobry przybiegają do nas dwa duże psy aby nas obwąchać, co troszkę paraliżuje nasze ruchy. Nie wiadomo czego się spodziewać ale okazało się, ze psiska są pokojowo nastawione i po prostu witają nowych gości. Szybkie formalności w recepcji i dostajemy klucze do narożnego pokoju nr 2. Cały ośrodek to właściwie dwa jednopiętrowe budynki. Nasz pokój jest na pierwszym piętrze i ma wspaniały widok na ocean. Mało tego okazuje się, że ocean widać z każdego okna (no może poza łazienką) a pióropusze palm prawie wchodzą do środka gdy otwieramy balkon i wszystkie okna.

Kwaterę rezerwowaliśmy wcześniej oczywiście przez Internet. Oferta była bez wyżywienia a cena była znacznie niższa niż skromniejszej kwatery na La Digue. Tutaj płacimy 35 euro od osoby za dobę. Wcześniej przy rezerwacji musieliśmy wpłacić zaliczkę na konto w Londynie. Nie wiem dlaczego akurat w Londynie ale taki numer konta dostaliśmy od właścicieli. Na Mahe konkurencja jest znacznie większa niż na La Digue dlatego łatwiej znaleźć kwaterę w przystępnej cenie. Na pewno zapłacimy za dobę tutaj mniej niż na pozostałych wyspach.

Pokój okazał się dosyć duży, może urządzony bez przepychu ale za to ładnie i wygodnie. Kuchnia wyposażona we wszystkie sprzęty jakie potrzebne są do przygotowywania posiłków, duża łazienka i co ważniejsze z ciągłym dostępem do wody w tym również gorącej. Na La Digue takich luksusów nie ma :). Wszędzie czyściutko, świeże kwiatki, działająca klimatyzacja, bezprzewodowy internet za darmo, wiatrak na suficie i dosyć duży balkon. Spodobało nam się bardzo. Generalnie standard dobrego hotelu 3 gwiazdkowego. Nawet przez moment przeleciało nam przez głowy, że moglibyśmy mieć tutaj takie wakacyjne mieszkanko. Pomarzyć zawsze wolno :). Jednak najważniejsze dla mnie było to, że mieszkaliśmy praktycznie na plaży. Dom stoi tak blisko oceanu, że wystarczy zejść na dół i poranną kawę można pić na leżaku. Tego oczekiwałem i to dostałem, reszta była nieważna.

Co do położenia naszej kwatery, to niestety ta część wybrzeża nie jest jeszcze rozwinięta turystycznie. Oznacza to tyle, że poza małym sklepikiem naprzeciwko naszej kwatery prowadzonym przez hindusa, w którym właściwie niewiele można kupić  (jedynie cola jak dla nas)  niczego w okolicy nie ma. Żadnego przyzwoitego sklepu, kawiarni czy restauracji. Za to tuż pod bramą jest przystanek autobusowy miejskiej komunikacji.

Ponieważ nie mamy tutaj żadnego wyżywienia postanawiamy znaleźć jakiś lepiej zaopatrzony sklep i zrobić zakupy. Okazało się, z najbliższy sklep to jakieś pół godziny piechotką od nas. No cóż trzeba było iść. Pierwsza rzecz, która nie spodobało mi się na Mahe to brak w wielu miejscach chodników dla pieszych. Mało kto chodzi tutaj pieszo a drogi są kręte i wąskie. Trzeba uważać gdy idzie się ulicą bo kierowcy raczej też wolno nie jeżdżą. Kontrast pomiędzy cichą i spokojną La Digue a dużą i gwarną Mahe jest dosyć duży. Nagle znaleźliśmy się ponownie w świecie pełnym hałasu, trąbiących aut, śmierdzących spalinami autobusów, spieszących się ludzi. Zaledwie kilka godzin temu opuściłem La Digue  a już tęsknię za tą magiczną wyspą. Za tym spokojem i sielską atmosferą.

Przynajmniej słońce pięknie świeci ale nie ułatwia to spaceru do sklepu. Pot leje się z nas ciurkiem. W sklepie (uf, jest klimatyzacja)  na szczęście udaje kupić się nam wszystko czego możemy potrzebować na najbliższe dwa, trzy dni. Ceny bardzo zbliżone do cen w Polsce, czyli tanio nie jest. Nie mamy jednak wyboru i musimy zaopatrzyć się zarówno w jedzenie na śniadania jak i na obiado – kolację, do tego obowiązkowo owoce, napoje, lody no i butelka Takamaki :). Cały ten „majdan” na własnych plecach trzeba przynieść do „naszego” domu. Wracamy zziajani i ledwo żywi. W kuchni szybko przygotowujemy jakiś posiłek z tak zwanych jedno –  garnkowych w ilości takiej aby przez najbliższe dwa dni nie trzeba było męczyć się codziennym gotowaniem. Na szczęście jest również kuchenka mikrofalowa więc odgrzejemy.

Najedzeni zasiadamy na balkonie ze szklaneczką naszego ulubionego rumu w dłoniach i spoglądamy na plażę u naszych stóp. O ile brak sklepów czy restauracji jest minusem tego miejsca o tyle plaża dużym plusem. Nie jest ona oczywiście tak bajeczna jak te na La Digue ale za to ma się ją w całości do dyspozycji tylko dla siebie. Miejsce jest cudownie spokojne. Plaża z jednej strony oddzielona jest od kolejnej małą rzeczką a z drugiej strony murek oddziela ją od najbliższych zabudowań. Mamy więc nasz prywatny kawałek piasku. Idealne miejsce dla rodzin z małymi dziećmi. Bezpiecznie, oddzielone od ulicy a ocean w tym miejscu długo, długo płytki i bez fal.

Siedzimy tak na tym balkonie i nie możemy się napatrzeć jak tutaj pięknie. Z jednej strony ocean i plaża a z drugiej strony dosyć wysokie góry pokryte gęstym lasem. Jak dla nas to koniec świata ale pozwalał za to po woli wracać do rzeczywistości po rajskim i spokojnym pobycie na La Digue. Wydaje mi się, że niezbędnym warunkiem mieszkania tutaj jest wynajęcie samochodu i wówczas miejsce jest perfekcyjne. Spokój na co dzień a auto pozwala szybko się przemieszczać po dużej wyspie jaką jest Mahe.

Mahe jest największą i najgęściej zaludniona wyspą Seszeli, mieszka tutaj około 90% Seszelczyków. Powierzchnia wyspy wynosi 158 km2, a najwyższe wzniesienie ma 905 m n. p. m. Wyspa ma 27 kilometrów długości i maksymalnie 8 kilometrów szerokości, można więc ją objechać samochodem w ciągu nawet jednego dnia. Drogi są dosyć dobrze utrzymane ale bywają strome i wąskie. Poza tym ruch lewostronny wymaga od nas większej uwagi za kierownicą. Wyspa jest gównie zasiedlona na wybrzeżu północnym i właśnie wschodnim, gdzie znajduje się nasza kwatera. Wyspa generalnie rozbudowuje się wokół stolicy, więc charakter całości archipelagu zostaje zachowany. Najwięcej turystów przebywa jednak na wybrzeżu zachodnim gdzie porozrzucane są liczne hotele, pensjonaty i kwatery prywatne.

Niestety po południu słońce schowało się za ciężkie chmury i lekko zaczął kropić deszcz. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że jest to zapowiedź tego co czeka nas przez kolejne 5 dni. Przyzwyczajeni do ciągłych, krótkotrwałych zmian pogody na La Digue pomyśleliśmy, że pewnie i tutaj za chwilę się rozpogodzi. Niestety słońce nie pokazało się już na dłużej niż godzinę dziennie aż do końca naszego pobytu na wyspie. Zapewne gdyby nie zła pogoda zupełnie inaczej odebrałbym Mahe.  Niestety w deszczu i na dodatek w przy silnym wietrze nawet Seszele nie wydaja się takie piękne :(. Tak wyglądała mniej więcej pogoda w czasie naszego pobytu na Mahe ( tutaj przynajmniej nie padało).

Skomentuj