Ze względu na brzydką pogodę moje ambitne plany zwiedzania Mahe musiałem niestety zmienić. Postanawiamy iść  zatem na żywioł, gdzie dojedziemy tam będziemy zobaczymy co los wybierze. Taka forma zwiedzania ma ten plus, że niczego nie oczekujemy, na nic nie liczymy a wszystko co się wydarzy będzie nas cieszyło. Mimo tego, że deszcz kropi od rana i ciągle dosyć mocno wieje idziemy na przystanek autobusowy i ruszamy na odkrywanie tej wyspy.

Nawet nie wiemy jaki autobus gdzie jedzie, zupełnie nie mamy pojęcia o jakimkolwiek rozkładzie jazdy tutejszej komunikacji miejskiej. Postanawiamy wsiąść w pierwszy jaki się pojawi na przystanku. Bilet na miejski autobus kosztuje jakieś 50 groszy od osoby. Jaka cena taki i standard J. Powiedziałby, że bardzo lokalnie. Stan techniczny autobusu pozostawia wiele do życzenia ale skoro wypełniony jest po brzegi przez miejscowych to i my się nie stresujemy. Choć przyznam, że jazda takim gratem po tych wszystkich wąskich i krętych drogach w dół i w górę przyprawia o lekki zawrót głowy. Okazało się, ze autobus jedzie między innymi do plaży Anse Intendance.

Fajnie, to będzie nasz cel. Dowiadujemy się od miejscowych gdzie powinniśmy wysiąść. Autobus zatrzymuje się przy małej leśnej dróżce, która prowadzi już bezpośrednio na plażę. Łatwo się zorientować, że to właśnie to miejsce, gdyż jest tutaj spora reklama hotelu Banyan Tree. Ten ekskluzywny hotel położony jest właśnie przy Anse Intendance. Idziemy przez las i już nam się strasznie podoba. Dookoła olbrzymie drzewa, kwitną kolorowe kwiaty, śpiewają ptaki a gdzieś w zielonych zaroślach, pod jakimś domem stoi sztuczny… bałwan, jakby ciągle czekał na prawdziwy śnieg i Boże Narodzenie.

W miejscu gdzie jest parking samochodowy ścieżka się rozwidla i jedna jej część prowadzi w stronę hotelu a druga prosto na plażę. Wychodzimy z lasu prosto na lewą stronę cudownego łuku jasnego piasku. Ocena huczy aż uszy bolą, fale są dosyć duże ale nie ma się co dziwić skoro ciągle wieje mocny wiatr. Na szczęście przestało padać i nawet momentami wychodzi słońce. Plaża jest duża i piękna. Od razu widać, ze na Mahe plaże są większe niż na La Digue. Bardzo nam się podoba. Żałujemy tylko, że nie będziemy mogli zobaczyć tego cudu natury w pełnym słońcu gdy woda jest błękitna. Szkoda.

Długa, niemal nieskazitelna plaża jest cala we mgle, to drobinki wody unoszą się w powietrzu od rozbijających się o brzeg fal. Silny i sprawny surfer na pewno mógłby tutaj poszaleć na tych białych grzywach ale trzeba uważac aby nie wylądować na piętrzących się tutaj skałach. Jak na wielu seszelskich plażach, panujące tutaj warunki zależą od pory roku. Ocean jest najbardziej wzburzony, kiedy wieje monsun południowo – wschodni (od maja do października), występuje wówczas również silny prąd przydenny. Podczas monsunu północno – zachodniego (od października do kwietnia) fale są nadal duże, ale woda na tyle spokojna, by można w niej pływać. Plaża ta jest również popularnym miejscem piknikowym dla miejscowych. Zwłaszcza w weekendy przychodzą oni tutaj całymi rodzinami, rozkładają leżaki, koce, kosze z jedzeniem, gra muzyka. Plaża jest na tyle duża, że każdy znajdzie tutaj dla siebie spokojne miejsce ale na samotność nie ma co liczyć.

Ruszamy w prawą stronę na spacer.  Szybko okazuje się, że jest jeszcze jedna różnica pomiędzy plażami na obu wyspach. Tutaj z tej plaży zrobiono plażę hotelową. Z tego względu, że wybudowano tutaj ten ekskluzywny hotel jego infrastruktura zawładnęła okolicą. Bezpośrednio na plaży rozstawione są leżaki i parasole hotelowe. Na szczęście stoją one dyskretnie pomiędzy krzakami, zaroślami ale jednak. Gdyby to dotyczyło plaż europejskich czy karaibskich w popularnych kurortach powiedziałbym, że plaża jest pusta zapewne nawet nie zauważyłbym tych leżaków. Jednak La Digue gdzie plaże są puste gdzie nie ma tam żadnych sprzętów rozpieściło nas strasznie. Tego właśnie tego szukałem na tych wyspach i tego oczekiwałem również na Mahe. Czystej natury. No cóż Mahe jest już inne.

Również wybudowane na brzegach plaży czy na wzniesieniach nad nią budynki psują mi sielski wizerunek tego miejsca. Niby pięknie ale tak jakoś… Na dodatek krok w krok za nami chodzi ochrona z hotelu. Przecież jesteśmy tutaj prawie sami,  widać nas jak na dłoni i nie wchodzimy na teren hotelu, więc dlaczego tak nas pilnują i obserwują. Cały czar tego zjawiskowego miejsca pryska. Wiem, że narzekanie na tę plażę brzmi jakbym postradał zmysły, bo plaża jest przecież piękna. Po prostu mocno uderzył mnie kontrast pomiędzy „dzikimi” i pustymi plażami na La Digue a zagospodarowaną tutaj.

Mahe to duża wyspa, gdzie toczy się życie miejskie, jest dużo turystów. Mała La Digue to po prostu wieś gdzie jest spokój, cisza i wolne tempo każdego dnia. Dlatego nie bardzo odpowiadało mi szybsze życie, wśród tylu ludzi na ulicach, wśród samochodów i kopcących czarnym dymem autobusów. Tęskniłem za La Digue. Gdybym jako pierwszą wyspę wybrał Mahe byłbym zachwycony, bo kontrast do Europy na plus dla Mahe jest ogromny. Jednak ja najpierw pojechałem na sielską La Digue i teraz tutaj musze to odchorować. No tak, przyjemności należy dozować stopniowo. Nie zaczyna się od wisienki na torcie!  Mam co chciałem, zacząłem od najpiękniejszej wyspy a teraz kręcę nosem :).

Pokręciliśmy się trochę po tej plaży i czas było jechać dalej. Ponieważ znowu zaczęło lekko padać postanowiliśmy, że będziemy kierować się w stronę Anse Royal czyli w stronę gdzie mieszkamy. Będzie bliżej aby wrócić do „domu” gdyby rozpadało się na dobre. Wychodzimy na to samo skrzyżowanie gdzie wysiedliśmy z  autobusu. Mija około godziny a w żadną stronę nie jechał ani jeden autobus. Potem okazało się, że niektóre linie autobusowe jeżdżą tylko w godzinach porannych i potem dopiero po południu. Na taką właśnie trafiliśmy. Ponieważ staliśmy niemal w lesie a lekko padał deszcz uaktywniły się komary, które widocznie bardzo lubią krew białych turystów.

Autobusu jak nie było tak nie ma. Na szczęście zatrzymuje się jakiś umundurowany żołnierz, który jedzie pikapem i pyta się czy chcemy aby nas podwiózł. Oczywiście z chęcią korzystamy z okazji autostopu i wskakujemy na pakę. Jazda była świetna. Wiatr we włosach, podskoki na wybojach aż o mało nie wypadliśmy na drogę a my zanosiliśmy się śmiechem. Frajda świetna!

Okazuje się, ze miejscowi dosyć często zabierają na stopa turystów. Spokojnie wyspę można zwiedzać właśnie autostopem. Rozumieją, że nie każdy wypożyczy samochód a na autobusy też ciężko liczyć. Dlatego pomagają. To jest fenomenalne na wyspie. Przyjaźni i otwarci mieszkańcy zawsze chętni do pomocy.  Zatem stopem podjechaliśmy do skrzyżowania gdzie już było więcej linii autobusowych. Podziękowaliśmy za przysługę i… zmieniliśmy zdanie. Skoro można liczyć na pomoc miejscowych w transporcie to jedziemy dalej zwiedzać wyspę. Jakoś to będzie. Tymczasem podjechał następny autobus i zamiast na Anse Royal jedziemy znowu przed siebie. Nawet nie bardzo wiemy gdzie ale nie ma problemu dopytamy później. Takie zwiedzanie uzależnione od zupełnego przypadku bardzo nam się spodobało!

Skomentuj