Wczorajsze nasze niepowodzenie w dotarciu na Anse Caiman wyspa wynagrodziła nam pięknym zachodem słońca. Okazało się, że była to zapowiedź nadchodzącego pięknego dnia. Dzisiaj od rana przepięknie świeci słońce. Pogoda wreszcie jest wymarzona. Czym prędzej jemy nasze śniadanie, pakujemy plecaki i ruszamy nad nasze ukochane miejsce na wyspie, na plażę Anse Cocos. Wreszcie będziemy mieli szansę zobaczyć tą piękną, ukrytą zatoczkę w pełnym słońcu. Ostatnio gdy tam byliśmy pogoda nas nie rozpieszczała zwłaszcza na Grand Anse.

Już od samego początku naszej drogi biegnie razem z nami pies. Na wyspie wałęsa się sporo psów. Nie wiem czy są one bezdomne (chyba tak) czy po prostu korzystają z wolności a na noc wracają do domów. Jednak wszystkie te psy są bardzo przyjazne i choć na początku podchodzę dosyć ostrożnie do tych psiaków to okazują się, że nie trzeba mieć obaw o ich ewentualne agresywne zachowanie. Psiak towarzyszy nam całą drogę, merdając ogonem  nie odstępując nas na krok.

Mijamy Grand Anse, nawet się na niej nie zatrzymując, śmigamy przez Petite Anse na której też się nie zatrzymujemy. Spieszy nam się do „naszej” zatoczki. Jesteśmy tutaj zupełnie sami nie licząc psa, który przybiegł z nami aż tutaj. Korzystamy z tej samotności zachłannie. Ocean jest spokojny, bo w tym miejscu zawsze jest spokojnie. Szalejemy w wodzie jak dzieci. Co ciekawe pies również wchodzi do wody i bawi się razem z nami. Na plaży rzucamy jakiś kij a pies biegnie i przynosi go nam do rąk. Dobrze, że mamy więcej wody i jakieś ciastka do jedzenia bo doszło nam utrzymanie przez cały dzień tej psiny. Nie zapowiada się, żeby zmienił zdanie i nas tutaj zostawił.

Zakładamy maski i podziwiamy piękne, kolorowe ryby, które pływają tuż przy skałach. Poza rybami pływa z nami oczywiście pies. Jest niesamowity. Nie boi się nawet głębokiej wody, choć gdy fala zalewa mu głowę trzeba go podtrzymać bo mam wrażenie, że zaraz się utopi. Niesamowity pies. Taka sielanka trwa około 2 godzin. Mamy całą zatokę tylko dla siebie. Znowu mieliśmy szczęście. W pełnym słońcu ten zakątek wygląda wręcz nieprawdopodobnie. Czuję się jakbym rzeczywiście odnalazł mityczny Eden. Sielankę przerywają następni turyści, którzy tutaj docierają.

 

Rozkładamy nasze ręczniki na skałach bo już wiemy, że za kilka godzin ten skrawek miękkiego piasku, który teraz jest wspaniałą plażą zniknie pod wodą. Przypływ zabierze plażę a my ciągle będziemy mieli własne miejsce do opalania na skałach. Trochę mi głupio bo te nasze rozłożone, kolorowe ręczniki na skałach ewidentnie nie pozwalają innym zrobić ładnego zdjęcia. Każdy w kadrze poza rajskim widokiem będzie miał „plamy” z kolorowych ręczników.  Obrzydlistwo :). Cóż, kto pierwszy ten lepszy!

Ponieważ znajdujemy się teraz na południowo – wschodnim wybrzeżu wpadam na pomysł, że być może od tej strony uda się dostać na ciągle nie zdobytą przez nas plażę – Anse Caiman. Z mapy wynika, że dzieli nas od niej tylko przylądek Ma Flore. Tylko?! No właśnie, te przylądki często okazują się nie do pokonania. Jednak myśl się pojawiła i nie daje mi spokoju. Gdyby udało się znaleźć drogę do Anse Caiman od drugiej strony, czyli od strony południowej być może okazałoby się, że znajdziemy drogę aby wyjść na Anse Fourmins, gdzie wczoraj po raz drugi nie udało nam się dostać do Anse Caiman od północy.

Przyglądam się mapie, badam okolicę i znajduję ścieżkę, ledwo widoczną wśród drzew, która prowadzi właśnie w tamą stronę. Teraz już nic nie może mnie powstrzymać! Skoro jest ścieżka muszę spróbować dotrzeć do Anse Caiman od tej strony. To moja ostatnia szansa. Wiem, że od północy nie przejdę a tutaj na Anse Coco  pojawiło się już kilkoro innych turystów i nie jest już tak sielsko. Idę poszukać kolejnej samotnej plaży, bo dla mnie urok tej wyspy to „własne” plaże i jeżeli mam je dzielić z innymi to psuje mi się humor :). Strasznie się rozpuściłem w tym raju. Zabieram butelkę wody i samotnie ruszam przed siebie. Wreszcie jakieś nowe przygody!

Skomentuj