Kiedyś przeczytałem gdzieś w Internecie, że na La Digue nie ma zachodów słońca. Zdziwiłem się, bo przecież słońce skoro wschodzi to i musi zachodzić i nie ma tutaj żadnego znaczenia w którym miejscu kuli ziemskiej jesteśmy. Oczywiście słońce na Seszelach też zachodzi a komuś kto to napisał chodziło pewnie o to,  że na La Digue nie ma możliwości obserwowania pięknych zachodów słońca. Nie ma tego płonącego nieba tuż przed zapadnięciem zmroku.

Rzeczywiście przez pierwszy tydzień nawet nie zwróciłem uwagi na to, że słońce świeci a potem momentalnie robi się ciemno jakby ktoś zestrzelił je z nieba. Być może jest to kwestia zachmurzonego nieba ale również, tego że słonce zachodząc chowa się za wyspę Praslin i dopiero tam kończy swoją wędrówkę dzienną po niebie na tej półkuli.  Tak czy owak nawet nie myślałem o żadnym romantycznym spacerze w ciepłych promieniach zachodzącego słońca. Pomyślałem, że nie wszystko można mieć, nawet będąc tutaj w raju.

Wieczorem, gdy zapadał zmrok czekaliśmy na kolację siedząc na tarasie naszego domu sącząc Takamakę i leniwie patrząc na ciągle pracujących ludzi przy budowie nowego domu naszych gospodarzy. Nagle przed nami, nad drzewami zrobiło się czerwono, pomyślałem że to być może jakiś pożar. Jednak szybko zdałem sobie sprawę, że oto właśnie dzieje się rzecz, której miało tutaj nie być. Piękny zachód słońca! Niebo zrobiło się czerwone jakby płonęły okoliczne lasy.

Złapałem aparat fotograficzny i jak siedziałem tylko w klapkach i kąpielówkach wskoczyłem na rower. Do wybrzeża z naszej kwatery może było raptem 5 minut jazdy. Nie pamiętam kiedy ostatni raz jechałem tak szybko rowerem. Wiem, że takie chwile trwają strasznie krótko a chciałem zdążyć na ten spektakl nad brzeg oceanu. Po drodze rozwalił mi się jeden klapek i musiałem pedałować boso. Stopa trochę bała i zastanawiałem się jak miejscowi mogą jeździć na rowerach właśnie boso?

Dojechałem do wybrzeża w momencie gdy słońce ciągle rzucało czerwone cienie na okolicę. Rower rzuciłem gdziekolwiek i tak mu nic nie będzie, już bardziej zdezelowany być nie może. Skoro przeżył mój ostatni upadek podczas zjazdu z Nid D’Aigles nic mu już nie zaszkodzi. Widok, który roztacza się przede mną jest wprost oszałamiający. Gdyby jeszcze nie te fruwające roje komarów, muszek i innych stworzeń było by cudnie. Niestety zrobienie zdjęć musze okupić kilkunastoma śladami po ukąszeniu komarów, rozciętą stopą o jakieś szkło lub porozrzucane kapsle a mnóstwo zdjęć ma białe plamki bo światło lampy odbija się we wszystkim tym co lata nad wodą. Jednak było warto – na La Digue są piękne zachody słońca!!! Znowu wyspa mnie oczarowuje.

Skomentuj