Cichy port La Passe, stolicę wyspy do tej pory mijaliśmy jedynie podczas jazdy na plaże. Po tygodniu pobytu postanowiliśmy zerknąć co tak naprawdę jest w miasteczku poza sklepami, do których jeździliśmy. Naszą uwagę przykuwają zwłaszcza katamarany i jachty zacumowane przy przystani. Zazdrościmy tej wolności pływania łódką pomiędzy wyspami. Jednak szybko przypominam sobie naszą podróż promem tutaj i szybko przechodzi mi ochota na „bujanie” się na oceanie :). Po drugiej stronie przystani za to zacumowanych jest kilka łódek, którymi mieszkańcy wyspy wypływają na ryby. Trzeba by przyjść tutaj rano aby zobaczyć całe bogactwo jakie daje tym ludziom ocean. Rano ponoć jest tutaj targ rybny na którym mieszkańcy i właściciele restauracji zaopatrują się w świeże ryby. Trzeba przyznać, ze tak pysznych ryb jak na La Digue nigdy jeszcze w życiu nie jedliśmy. Kawałek dalej codziennie rano sprzedawane są również świeże owoce i warzywa. Wprost od mieszkańców, świeże, pachnące i tanie.

W osadzie, bo to nawet nie miasteczko jest kilka ładnych, można by nawet napisać okazałych (jak na warunki tych wysp) budynków. Kiedyś były zapewne kolonialnymi rezydencjami gdzie mieszkali właściciele okolicznych plantacji plam kokosowych i wanilii. Budynki starzeją się z pewną taka gracją. Choć są zazwyczaj dobrze utrzymane to jednak czas i klimat odciskają na nich swoje piętno, ale dodaje im to tylko uroku. Dzisiaj zazwyczaj w tych budynkach są kawiarnie i restauracje, informacja turystyczna, kasy gdzie można kupić bilety na prom, wypożyczalnie rowerów itd.

Kilka taksówek czeka na pasażerów ale największą radość przyjezdnym sprawia wół zaprzężony do śmiesznej przyczepy przerobionej tak aby wozić ludzi – turystów. Można takim wołem z gracją przyjechać do hotelu albo wybrać się na wycieczkę po wyspie. Choć nie jest to tania atrakcja to jednak dosyć popularna wśród turystów. Spora grupka miejscowych chłopaków nudząc się okropnie próbuje szczęścia u co ładniejszych turystek. Ot, senny wakacyjny raj – przynajmniej dla nas.

Głowna ulica La Passe, jedyna zresztą, to właściwie tylko sklepy. Kilka spożywczych, biuro turystyczne i sklepy z lichymi pamiątkami dla turystów. Jedna stacja benzynowa, kasyno gry (szumnie nazwane na mapie Fun Park), jakaś dyskoteka, kilka banków i właściwie to wszystko. Wygląda na to, ze najpopularniejszym miejscem w „centrum” jest wielkie drzewo pod którym jest ławka. Na ziemi dookoła leżą setki kapsli wciśniętych pomiędzy lichą trawę jakby ich zadaniem było stworzenie dywanu pod nogami. Cóż taki miejscowy zwyczaj?

Całe zwiedzanie La Passe trwa może 30 minut. Idziemy na włoskie lody, które wcale nie smakują jak te w Rzymie i kończymy naszą wizytę w stolicy na zakupach. Trzeba uzupełnić zapasy Takamaki, soków, jogurtów na najbliższe kilka dni. Dla zainteresowanych kilka przykładowych cen:

– Takamaka kokosowa 0,75l – 160 rupii seszelskich (słaba, słodka, raczej jak likier, ale smaczna)

– soki w kartonie 1l – 35-45 rupii (bardzo dobre)

– Takamaka karmelowa 0,75l – 235 rupii (mocna i pyszna)

– piwo lokalne 0,3l – 50 rupii (małe i słabe)

– coca cola 1,5l – 25 rupii

– olejek do opalania – 365 rupii (mały i strasznie drogi, wysoki filtr)

– balsam po opalaniu – 260 rupii

Przelicznik: 1$ to około 17 rupii seszelskich.

W różnych sklepach różne ceny tych samych artykułów, ale różnice są małe. Generalnie lepiej jest płacić w walucie lokalnej. Bez problemu wymieniamy w banku nie jest pobierana żadna prowizja. Nam zdarzyło się, że zabrakło nam rupii a w sobotę bardzo wcześnie zamykają banki. Nie mogliśmy zatem wymienić waluty a musieliśmy zrobić zakupy. Okazało się, że bez problemu można zapłacić w $ czy w €. Jednak w sklepie przelicznik jest gorszy i sprzedawczyni wydając resztę  z dolarów w walucie miejscowej próbowała oszukać wydając mniej.  Cóż, jeżeli chodzi o pieniądze zawsze trzeba mieć oczy otwarte.

Skomentuj