Ścieżka właściwie nie istnieje. Zostawiam za sobą bajkową plażę Anse Cocos i zanurzam się w gąszcz zielonej plątaniny gałęzi. Niesamowite jak w tym klimacie, ciepłym i wilgotnym, drzewa, krzewy bujnie rosną one nie rosną, one szaleją! Nie ma tutaj żadnej ingerencji człowieka, więc to co z biegiem lat upadło na ziemię tak zostało tworząc dosyć trudną do przejścia drogę. Drzewa też umierają ale zanim ślad po nich zaginie, tworzą bariery czasami niemożliwe do pokonania. Jednak szybko w ich miejsce wyrastają następne – ich dzieci, siostry, kuzyni. Co krok widać młode palmy, które na razie nieśmiało wypuszczają pierwsze zielone liście z trudem przebijając grubą skorupę orzecha, który zapewnia im wszystko czego potrzebują podczas tego budzenia się do życia. Pną się ku słońcu, którego zbyt dużo tutaj nie dociera.

Zapach grzybów, zbutwiałych liści otula człowieka jak płaszcz. Powietrz jest gęste, parne, gorące i szybko nasze ciało staje się mokre od potu, a to przyciąga roje komarów i muszek. Nie jest łatwo i przyjemnie. Jednak nadzieja na odkrycie kolejnego miejsca, miejsca schowanego przed ludzkim okiem wśród ogromnych granitowych głazów jest silniejsza niż te wszystkie krwiożercze stworzenia. Cóż może być lepszą nagrodą za trud włożony w wędrówkę niż urocza, mała zagubiona plaża? Plaża jak marzenie!

Plaża tylko nasza, odkryta przez nas i tylko my tam będziemy. Już wiem, że takich miejsc jest wiele na wyspie. Do niektórych dotrzeć można bardzo łatwo. Wystarczy zatrzymać się przy głównej drodze, wystarczy wytężyć wzrok a tuż obok, gdzieś za gąszczem palm ujrzymy skrawek białego pisaku. Jednak te  skrawki raju, łatwiej dostępne już tak  bardzo nie cieszą. Dotarcie do innych nie jest już takie łatwe. Będzie pot, krew i łzy ale za to jaka nagroda! Jednak, najważniejsze –  aby dotrzeć do każdej z nich potrzebny jest czas. Przyjeżdżając tutaj na dzień czy dwa sami skazujemy się na porażkę. Zachwycimy się głównymi plażami, odbiorą one nam wprawdzie dech i wprawią w zachwyt ale nie poznamy wyspy.

Brak czasu pozbawia nas możliwości odkrywania tajemnic tej wyspy. Pozbawia nas tej nagrody, gdy po mozolnym wspinaniu się po skałach stajemy na brzegu zatoczki jak ze snu. To właśnie te ukryte maleńkie plażyczki bez nazw, ukryte gdzieś pomiędzy niczego sprawiają, że La Digue jawi nam się jako raj. Idę samotnie. Lubię czasami odłączyć się od grupy i zostać sam. Nawet potrzebuję tego, choć kilka godzin. Nie muszę z nikim rozmawiać, nie muszę się nikim interesować, nie musze uważać na to aby komuś nic się nie stało, nie musze rozmawiać. Mogę zając się sobą a właściwie mogę nie myśleć o sobie tylko skupić się na otaczającej przyrodzie, na powietrzu, na dźwięku na zapachu. Puścić wodzę fantazji a czasami poczuć się jak dziecko, zagubione gdzieś w lesie na małej wyspie Oceanu Indyjskiego. Lubię tak!

Mimo tego, że droga nie należy do łatwych, jak zwykle skały i plątanina gałęzi to ciekawość  popycha mnie naprzód. Co prawda jest łatwiej iść niż od północnej strony, nawet komarów jest tutaj jakby trochę mniej. Nie trzeba wspinać się na granity, można poczuć się bezpieczniej. Dobre buty, woda i chęć odkrywania wystarczą. Po około 30 minutach wspinania się górę, schodzenia w dół i ponownego wspinania słychać już szum oceanu. Czyli już blisko do brzegu, do plaży? Skręcam w stronę pierwszych prześwitów lazurowej wody pomiędzy zielonymi pióropuszami palm . Czuję już na skórze pierwszy powiew lekkiego wiatru od oceanu. Jak naturalna klimatyzacja, zbawienna po wędrówce w tym dusznym i parnym lesie.

Wyszedłszy na brzeg, stanąłem i zaniemówiłem. Któryż to już raz, na tej wyspie zapiera mi dech w piersiach?! Jak tutaj pięknie! Nie jest to wyczekiwana Anse Caiman ale kolejny skarb na tej wyspie. Mały, stworzony tylko przez naturę naturalny basen. Woda krystalicznie czysta, cieplejsza niż ta w mojej wannie gdy biorę kąpiel i te kilka metrów białego piasku o konsystencji talku. Miejsce tak bajeczne, że znowu mam wrażenie, że to jakaś scenografia do filmu, który był tutaj kręcony i zapomniano ją usunąć. Gdy widzi się takie miejsca człowiek przeciera oczy ze zdumienia. Jednak nie, to wszystko jest prawdziwe, rzeczywiste!

Najbardziej zdumiewa mnie kształt największej skały niemal wyrastającej pośrodku tego oczka wodnego. Wielki granit musi tutaj leżeć setki lat, może miliony?! Pod działaniem deszczu, wiatru a przede wszystkim fal morskich nabrał niesamowitego kształtu. Woda, choć „miękka” sama w sobie jest potężnym narzędziem „rzeźbiącym” nawet te twarde granity. Dookoła mnóstwo skał, różne kształty, różne kolory, różne faktury ale ta jedna jest zupełnie inna niż wszystkie –  niesamowita. Przypomina mi choinkę, taką jaką stawiamy w naszych domach na Boże Narodzenie. Jest tylko większa i nie pachnie tak ładnie.

Wdrapuję się na tą przedziwną skałę, bez problemu chodzę po jej „balkonach” utworzonych poprzez uderzające w nią fale podczas sztormów. Z góry widok jest jeszcze ładniejszy. Szmaragdowy ocean tuż pod stopami a dalej szalejące fale. Skały skutecznie osłaniają ten zakątek. Jest tutaj cicho, spokojnie i jakoś nierealnie. Siadam na piasku i patrzę na ten cud natury. Po prostu siedzę i nawet nie myślę – tylko patrzę! To trochę tak jakby znaleźć się na innej planecie w miejscu o istnieniu, którego nawet nie mieliśmy pojęcia, że może istnieć. Gdybym tylko mógł spędził bym tutaj kilka dni. Przy tej skale, na tym skrawku piasku, pośród tych palm. Czy potrzeba czegoś więcej gdy znajdziemy się w takich okolicznościach przyrody? Dla mnie nie!

Jeżeli traficie kiedyś na La Digue, na dłużej niż tylko jeden czy dwa dni, musicie poszukać właśnie takich miejsc. Schowanych, nieznanych, czarujących jak z bajki. Mimo całego uroku głównych plaż, które są piękne, to właśnie te wszystkie miejsca „pomiędzy” sprawiają, że czujemy się tutaj jakbyśmy trafili do zaczarowanego świata, świata z bajki – pewnie tak musiała się czuć Alicja gdy trafiła na drugą stronę lustra! Znajdźcie „swoje” takie miejsca, jest ich na pewno mnóstwo a jeżeli nie będziecie miel sił przedzierać się przez skały i lasy albo zabraknie Wam czasu to drogę do tej zatoczki wskażę Wam skała, która jest bardzo charakterystyczna i widać ją już z pewnej odległości. Wypatrujcie „bliźniaków” patrzących w morze 🙂 ! To u ich stóp jest właśnie ten kawałeczek raju z granitową „choinką” albo spójrzcie na mapę i odnajdźcie Poite Ma Flore.

Skomentuj