Wczorajszy dzień i odkrycie tej zatoczki na Anse Cocos, która okazała się miejscem jak z bajki obudziła we mnie poczucie, że ta wyspa pewnie kryje jeszcze wiele takich miejsc. Wrócił pomysł aby ponownie podjąć próbę dotarcia do plaży, którą do tej pory widzieliśmy tylko z daleka – Anse Caiman. Próbowaliśmy dotrzeć już na tą plażę na samym początku naszego pobytu na La Digue. Niestety przedzieranie się przez las i skały okazało się wówczas dla nas zbyt trudne. Może uda się tym razem? Może znajdziemy inną drogę? Nie mogę się powstrzymać i musze spróbować ponownie. Chęć odkrywania tajemnic tej wyspy jest silniejsza niż mój zdrowy rozsądek. Nie mogę nie spróbować.

Jedziemy zatem na północ wyspy. Choć pogoda nadal nie jest wymarzona, bo od rana lekko kropi deszcz wyruszamy z nadzieją, że się w ciągu dnia rozjaśni. Wiemy już, że tutaj pogoda jest zmienna i poranne chmury dosyć szybko mijają wyspę. Pierwszy przystanek robimy przy Anse Patates. O tej plaży już pisałem. Jest jedną z najmniejszych na wyspie ale niezwykle uroczą. Lubię ją za jej kameralność choć jak zwykle o tej porze roku duże fale nie pozwalają na szaleństwa wodne w ocenie. Mimo braku słońca rozkładamy ręczniki na miękkim piasku i siedzimy wpatrzeni w ten cudowny krajobraz i baraszkujące dookoła nas kraby. Przy okazji bliżej oglądamy hotel Patatran, który wybudowano nad ta plażą.

 

Właściwie można powiedzieć, że Anse Patates jest plażą hotelową, bo z reguły są na tej plaży goście tego hotelu. Planując pobyt na La Digue mieliśmy zamiar zatrzymać się właśnie  tym hotelu. Okazało się jednak to niemożliwe, bo aby dostać tutaj pokój rezerwację trzeba robić dużo, dużo wcześniej. Na wyspie jest tylko kilka hoteli, więc z reguły wszystkie pokoje są wykupione przez biura podróży wysyłające tutaj swoich klientów. Patatran choć nie jest najbardziej luksusowym hotelem to według mnie jest na wyspie najlepszym.

Najlepszym z racji swojego bajecznego położenia. Właśnie na wysokim brzegu Anse Patates. Widok z tarasu hotelowego, gdzie znajduje się basen jest przepiękny. W nocy oświetlone skały i huk oceanu. Większość gości mieszka w małych domkach położnych wzdłuż drogi. Wygodne wille są tak położone, że z każdej z nich jest widok na ocean. Choć dostanie się do wielu domków wymaga trochę wysiłku bo wybudowano je na zboczu górskim, wiec do niektórych prowadzi wiele schodów. Na szczęście obsługa hotelowa wnosi walizki :).

Siedząc na plaży zastanawiam się jedynie dlaczego obsługa hotelu nie sprząta śmieci, które zalegają na skarpie tuż przy plaży? Mimo, że na Seszelach jest coraz więcej plakatów nawołujących do utrzymywania czystości, dbania o środowisko naturalne to jeszcze dużo pracy trzeba włożyć aby zmienić mentalność mieszkańców. Plastikowe reklamówki spokojnie „powiewają” sobie między palmami tuż przy hotelu. Trochę to burzy obraz sielankowego raju i nie najlepiej świadczy o właścicielach hotelu, którym śmieci pod nosem nie przeszkadzają.

Nasyceni pięknymi widokami tej plaży wsiadamy na rowery i jedziemy dalej. Po wschodniej stronie wyspy, gdzie teraz jesteśmy, droga jest całkiem dobra więc rowerami jedziemy szybko i sprawnie. Nie ma tutaj też stromych podjazdów, więc nie męczymy się tak jak jadąc po zachodniej stronie wyspy. Oczywiście gdzieś na wysokości  Anse Banane spotykamy „naszego” ukochanego żółwia „Wielkiego Dżordża”, jak go nazwaliśmy. Tym razem ten olbrzym je śniadanie w towarzystwie kur! Kurcze to jest dopiero egzotyczna wieś – kury i żółwie – to takie normalne tutaj :)!

Przy Anse Fourmis kończy się droga. Dalej nie ma już nic. No właśnie, nic? Kilkaset metrów dalej widać plaże do której chcemy dotrzeć. Czy będzie równie piękna jak inne? Niestety drogi do niej nie ma, przynajmniej tak nam się wydaje. Tylko skały i gęste zarośla. Zostawiamy rowery w przydrożnym rowie i ruszamy w stronę ścieżki, która prowadzi w głąb tego granitowego  labiryntu. Tym razem mamy towarzystwo. Razem z nami idzie grupka Włochów. Ze zdziwieniem patrzę, że jeden z nich usiłuje wejść tam z rowerem a kolejna pani idzie w klapkach! No tak cali Włosi !!! Daruję sobie opisywanie  swojego zdania na temat tego narodu. Wielokrotnie miałem okazję przebywać z przedstawicielami Italii na wakacjach  i zawsze potwierdzali jedno. Trzeba trzymać się jak najdalej od Włochów!!!

Ruszamy pomiędzy skały zostawiając to głośne towarzystwo za sobą. Na początku wydaje mi się, że jakoś łatwiej nam się przedziera przez porośnięte gęstymi zaroślami zbocze i łatwiej pokonujemy wysokie na kilka metrów granitowe skały. Przechodzimy nad nimi, pod nimi, po nich. Uważnie, bo są śliskie i o wypadek łatwo. Ze złośliwym  uśmiechem na twarzy myślę jak radzi sobie pani w klapkach :)? Droga wydaje się łatwiejsza chyba tylko dlatego, że już ja znamy. Już raz tędy próbowaliśmy przejść. Teraz doszliśmy zdecydowanie dalej niż poprzednim razem. Nawet komary już nam nie przeszkadzają, choć gryzą jak najęte.  Gdzieś w prześwitach pomiędzy krzakami a skałami widać już Anse Caiman, już tak blisko! Niestety dalszą drogę zagradzają tak wysokie granity, że nie ma opcji żeby je pokonać. Obejść się nie da, bo z jednej strony już tylko stromy brzeg oceanu  a drugiej koleje zwały skał. Wspiąć się na nie byłoby szaleństwem.

Niestety musimy zawracać. Nie da rady tędy przejść. Albo nie potrafimy znaleźć właściwej drogi pomiędzy skałami albo brakuje nam odwagi. Powrotna droga okazała się trudniejsza, bo jakby bardziej dociera do nas co robimy. Nie jest najlepszym pomysłem próba pokonania tej drogi. Śliskie skały, zbutwiałe liście, spróchniałe gałęzie, które łamią się gdy próbujemy się ich przytrzymać, niesamowicie duszni i jeszcze kąsają komary. Powrót wydaje mi się trzy razy dłuższy niż ta sam odległość w stronę plaży. Strach ma wielkie oczy i paraliżuje każdy mój krok. Jaki ja jestem głupi, że znowu tutaj wlazłem. Jeżeli złamię nogę pośród tego labiryntu granitowych skał nawet mnie stąd nikt nie wyciągnie. Łatwo spaść kilka metrów w dół pomiędzy wielkie kamienie.

Mijamy „naszych” Włochów, którzy mozolnie przedzierają się naszym śladem. Widząc nasze miny pytają czy dalej jest łatwiej? Niestety nie jest. My drogi nie znaleźliśmy. Oni jednak idą dalej. Cóż, powodzenia! Za chwilę mijamy kolejną parę z tej grupy ale są w nieco innym położeniu. Pan siedzi na skale i próbuje powstrzymać krwotok z rozbitego kolana. Pani blada ze strachu ledwo trzyma się na nogach. Pytamy czy potrzebują pomocy ale mówią, ze dadzą radę. No tak właśnie może skończyć się łażenie tędy. Dobrze, że to tylko rozwalone kolano a nie złamana noga. Zmęczeni niemiłosiernie wychodzimy pokonani z tej plątaniny krzaków, drzew i skał. Znowu natura nas pokonała.

Na szczęście ta sama natura zadbała o miejsce na wypoczynek. Padamy niemal wycieńczeni pod naszymi ulubionymi palmami na Anse Furmins. Nigdzie się stąd nie ruszam. Zostaję na tej plaży. Jednak głowa ciągle idzie w prawo w kierunku na razie niedostępnej dla nas plaży Anse Caiman. Jestem bardzo ciekawy czy Włochom uda się tam dojść. Jeżeli tak, to czeka nas kolejna trzecia próba przedarcia się w tamtą stronę. Nie podaruję sobie. Weszło mi w głowę, że tamta plaża może być kolejną perełką czekająca na odkrycie. Po kilkunastu minutach Włosi wychodzą z krzaków, im także się nie udało. Więc jednak nie jest tak prosto. Na pocieszenie fundujemy sobie nasz ulubiony sok w naszej ulubionej (jedynej w tym miejscu) knajpce przy Anse Banane. Przynajmniej to nie wymaga od nas żadnego wysiłku.

Skomentuj