Kolejny dzień niestety przywitał nas rano ciężkimi chmurami i lekko padającym deszczem. Wczorajsze przelotne deszcze okazały się zatem tylko zapowiedzią dzisiejszej brzydkiej pogody. Nie spiesząc się jemy śniadanie na tarasie i zastanawiamy się co ze sobą zrobić. Niestety na La Digue gdy nie ma słońca nie mam zupełnie pomysłu jak ciekawie wypełnić dzień. Nie ma tutaj zabytków czy z prawdziwego zdarzenia miasta aby pójść się gdzieś „poszwędać”  – są „tylko” plaże.

Postanawiamy zatem uzupełnić zapasy w najbliższym sklepie bo przewidujemy raczej, że będzie to dla nas „Takamaka Day”, czyli sączenie drinków i patrzenie przed siebie :). Przy okazji zaglądam do znajdującego się w La Passe biura podróży „Creole Travel”. Można tutaj wykupić lot helikopterem nad wyspą i klika wycieczek na okoliczne wysepki. Ja zadawalam się bezpłatną mapą wyspy bo przy takiej pogodzie i jednocześnie wysokich falach w okresie naszego lata pływanie małymi łódeczkami raczej odpada. Tym bardziej, że ja nie przepadam za wycieczkami morskimi.

Mimo padającego deszczu nie mogę usiedzieć na miejscu i postawiam wybrać się do tutejszego rezerwatu. Niestety mojego pomysłu na wycieczkę w deszczu nikt nie podchwycił, więc wsiadam na rower i jadę sam. Z mapy wynika, że musze jechać w kierunku hotelu La Digue Island Lodge przy którym droga odchodzi w lewo w głąb wyspy i prowadzi do rezerwatu Veuve. Rezerwat ten utworzono dla ochrony drzew Calophyllum inophyllum i migdałeczników morskich, nazwano zaś na cześć pięknej muchodławki seszelskiej, ptaka który jest symbolem wyspy.

Ptaki te gnieżdżą się i żerują właśnie na terenie rezerwatu. Vueve (po kreolsku) to „wdowa” , co odnosi się do wspaniałych, długich czarnych piór ogonowych samca, przypominających wdowi welon. Dla odmiany samica jest ich pozbawiona, ma natomiast kasztanowo – białe ubarwienie z czarnym „kapturem”. Muchodławki seszelskie były kiedyś ptakami pospolitymi na wyspach z grupy Praslin. Ale obecnie gnieżdżą się tylko na La Digue, choć ostatnio można je także zaobserwować na sąsiedniej Felicite. Ponoć z samego rana ptaki te można zobaczyć niemal wszędzie na nadmorskim płaskowyżu, wczesnym rankiem i późnym popołudniem szanse ujrzenia ich w rezerwacie są niemal stuprocentowe. Właśnie na to liczę jadąc w strugach deszczu. Całe szczęście, że jak zwykle jest bardzo ciepło, to jakoś ten deszcz łatwiej znieść.

Wstęp do rezerwatu jest bezpłatny. Można wjechać rowerem ale ja postanawiam pochodzić pomiędzy wielkimi drzewami pieszo. Zostawiam rower w rowie i wchodzę do lasu. Choć jest wczesne przedpołudnie w lesie jest niemal ciemno. To za sprawą zachmurzenia ale i też tego, że przez liście rosnących tutaj drzew nie wpada zbyt wiele światła. Jest strasznie parno, nie ma tutaj żadnego ruchu powietrza mam wrażenie, że wszedłem do sauny. Niestety padający deszcz sprawił, że ścieżki są bardzo śliskie i właściwie po kostki chodzę w błocie.  Zastanawiam się czy to dobry pomysł? W podjęciu decyzję, że raczej kiepski pomogły mi komary. Całe chmary tych uciążliwych owadów obsiadł mi ręce i nogi.  Uciekałem z tego lasu chyba szybciej niż jechałem w tą stronę na rowerze! Nie ma mowy aby tam spacerować i wypatrywać ptaków podczas takiej pogody. Zawsze gdy padał deszcz i rosła wilgotność komary zachowywały się jakby nie jadły od miesięcy!

Niestety muchodławki seszelskiej dzisiaj nie zobaczę. Usiadłem przy drodze pod olbrzymia palmą, która trochę chroniła mnie przed ciągle padającym deszczem i zastanawiałem się co dalej? Nie maiłem ochoty wracać do domu mając nadzieję, że pogoda się poprawi. Deszcz zmienił się w mżawkę a na mapie zobaczyłem, że jest zaznaczona droga prowadząca na najwyższy szczyt wyspy, który jest już dosyć blisko (przynajmniej na mapie). Ok., już wiem co robić – jadę w góry! No, może góry to za mocno powiedziane. Wnętrze wyspy to strome zbocza porośnięte gęstym lasem. Droga, na szczęście betonowa, wznosi się bardzo stromym zboczem na Belle Vue, tuż pod najwyższym szczytem na wyspie Nid d’Aigles, który ma 333 metry n.p.m. wysokości. Ponoć z tego szczytu widoki są zachwycające. Wysiłek, który trzeba włożyć w dojazd rowerem w to miejsce jest niebotyczny. Nachylenie dróg jest tak duże, że nie ma mowy o tym aby wjechać do góry. Prowadzę więc rower i jestem tym razem wdzięczny, że pada lekka mżawka bo chyba pot spływa ze mnie większym strumieniem. Lekki deszczyk daje przynajmniej jakąś ochłodę. Bez sensu jest wspinać się po tej drodze i ciągnąc ze sobą jeszcze rower. Zostawiam go w pobliskich krzakach i dalej już idę sam.

Niestety na mapie nie ma zaznaczonych dokładnych dróg. Trochę błądzę aby odnaleźć tą właściwą. Bywa, że po 15 minutach wspinaczki niemal na czworaka dochodzę tylko do czyjegoś domu i musze wracać. Jak można mieszkać tak wysoko? Jak tu się dostać codziennie jeżeli nie ma się samochodu? Za to widok z okien fantastyczny! Spotykam dwie dziewczyny, które podobnie do mnie szukają właściwej drogi. Postanawiamy połączyć siły i podzielić się zadaniami. Każdy idzie w inną stronę sprawdzić co dzieje się za zakrętem i spotykamy się za dwadzieścia minut pod kapliczką, która jest na rozstaju dróg. Znowu trafiła mi się droga, która prowadzi donikąd. Niestety, dziewczyny wróciły ledwo żywe i też niczego nie znalazły. Została tylko jedna niesprawdzona droga, więc postanawiam, że pójdę tamtędy. Dziewczyny odpuściły twierdząc, że nie mają już sił na dalszą wspinaczkę. Dobrym znakiem jest, że właśnie z góry po drodze którą idę zjeżdża samochód z turystami. Takim to dobrze! Jeżeli ktoś się będzie tutaj wybierał to radzę pomyśleć właśnie o taksówce bo pewnie gdy świeci słońce to ta droga pokonywana pieszo może wykończyć każdego.

Rzeczywiście widoki po drodze są przepiękne. Szkoda tylko, że zalegająca mgła i nisko wiszące chmury ograniczają widoczność. Gdzieś daleko widać wyspę Praslin i linię brzegową La Digue. Wszystkie wschodnie plaże jak na dłoni. Jednak włażenie tutaj podczas złej pogody również nie jest dobrym pomysłem, bo widoki choć piękne to jednak nie tak jakby mogły być podczas gdy świeci słońce. Ledwo ciągnę nogę za nogą przekonując samego siebie, że warto iść wyżej skoro doszedłem aż tutaj. Szkoda trudu. Na szczęście spotkam kogoś z miejscowych i  pytam o drogę. Chłopak pokazuje mi drużkę przez las, która prowadzi na sam szczyt Nid d’Aigles. Ponoć jeszcze 5 minut marszu i będę u celu!

Niestety drużka w lesie, bardzo stromo pnie się pod górę. Znowu dopadły mnie komary a na dodatek jest ogromne błoto i ta wspinaczka robi się i nieprzyjemna i lekko niebezpieczna. Łatwo się poślizgnąć na tym błocie i zjechać kilkanaście metrów w dół. Poddaje się! Nie mam ani siły ani ochoty wspinać się po błocie skoro i tak widok z góry zasłonią chmury. Chyba to również nie był najlepszy pomysł. Ciężko wymyślić coś fajnego na La Dique gdy pada deszcz. Miałem chociaż nadzieję, że droga w dół nie będzie już tak męcząca. Przecież schodzi się zawsze łatwiej niż wchodzi – ponoć.

Może i tak jest ale nie tutaj. Strome drogi właściwie nie pozwalają schodzić a wymuszają zbieganie z nich.  Na mokrej i śliskiej betonowej drodze lepiej jednak nie zbiegać. Przyjmując jakąś dziwną pozycję, odchylenia od pionu, jakbym się zapierał schodzę w dół. Dobrze, że mam chociaż dobre buty. Po raz kolejny okazało się, że buty do windsurfingu znakomicie spisują się na mokrej drodze. Wreszcie doczłapałem się do miejsca gdzie zostawiłem rower. Nie mam siły iść pieszo i dalej i jeszcze prowadzić rower. Wsiadam na rower i postanawiam wolniutko, używając hamulca zjechać w dół. Nie przewidziałem tylko jednego. Na mokrej powierzchni nawet hamulce mi nie pomogą. Mądry Polak po szkodzie! Oczywiście gdy tylko ruszyłem rower z impetem zaczął jechać w dół i nie pomogło hamowanie. Rąbnąłem jak długi na drodze a rower wylądował w betonowym rowie kilkanaście metrów dalej!

Wystraszyłem się bardzo ale na szczęście nic mi się nie stało. Wybrudziłem się tylko błotem ale niczego nie obtarłem i niczego sobie nie złamałem. Uff! Wyciągnąłem rower z głębokiego na około 1 metr rowu, którymi odprowadzana jest woda deszczowa spływająca z gór i okazało się, że mój rower zniósł upadek nieco gorzej. Trochę się porysował, zbiła się jakaś lampka odblaskowa no i spadł łańcuch. No ładnie! Przez głowę przeleciała mi myśl, że jeżeli nie założę łańcucha to czeka mnie kilkanaście kilometrów prowadzenia tego roweru z górki. Zachciało mi się samotnych wycieczek! Ostatni raz zakładałem łańcuch pewnie kilkanaście lat temu ale na szczęście takich rzeczy się nie zapomina. Reanimowałem swojego rumaka i wybrudzony błotem i smarem, zły, przemoczony, pogryziony przez komary dotarłem do domu. Dobrze, że rano zrobiliśmy zapasy Takamaki bo całe popołudnie „topiłem” w niej swój smutek a reszta miała niezły ubaw słuchając moich opowieści z dzisiejszego dnia i wyprawy aby zobaczyć muchodławkę seszelską zakończoną oglądaniem panoramy wyspy z poziomu drogi. Ideał sięgnął bruku , bywa i tak :).

Skomentuj