Kolejny dzień, kolejny problem :). Oczarowani wczorajszym pobytem na Anse Source d’Argent raczej nie liczymy, że zobaczymy na wyspie jeszcze coś ładniejszego. Choć z drugiej strony przez te kilka dni już się przekonaliśmy, że La Digue zaskakuje tak bardzo, że to co wczoraj wydawało się niemożliwe dzisiaj kryje się za najbliższym rogiem. Zapada decyzja, że dzisiejszy dzień przeznaczymy na tzw. „trzy siostry”. Może jednak nas czymś zaskoczą?

Nazwaliśmy w ten sposób trzy palże położone na południowym – wschodzie wyspy, czyli Grand Anse, Petite Anse i  Anse Cocos.  Trzy zatoki zlokalizowane w jednym ciągu wybrzeża oddzielone są od siebie jedynie wzgórzami gęsto porośniętym lasem. Wiemy już, że aby tam dotrzeć trzeba się będzie trochę zmęczyć. Są to najdalej położone plaże od portu La Passe i trzeba pokonać drogę biegnącą niemal przez środek wyspy, czyli pokonać góry. Jedząc śniadanie przyglądamy się mapie zastanawiając się którędy tam dojechać tak aby zmęczyć się jak najmniej. Do wybory są tylko wie drogi  choć i tak obie w pewnym momencie się spotykają i dalej już prowadzi tylko jedna. Wydaje nam się, że lżejsza będzie ta, która odbija w głąb wyspy przy plantacji L’Union Estate. Alternatywę stanowi droga biegnąca do hotelu Chateau St Cloud ale z mapy wynika, że prowadzi bardziej po górzystym terenie. Wybieramy drogę łatwiejszą – przynajmniej tak nam się wydaje.

Program dnia ustalony, śniadanie zjedzone, plecaki spakowane czas ruszać, gdy tymczasem zaskakuje nas deszcz! Niestety dzisiejsza pogoda jest trochę jak w Bollywood – czasem słońce, czasem deszcz. Mimo wszystko postanawiamy trzymać się planu na dzień dzisiejszy i ruszmy. Jazda na rowerze w czasie deszczu nie należy do przyjemności ale w tym klimacie gdzie zawsze jest ciepło da się wytrzymać. Różnica tylko taka, że lepiej się rozebrać do stroju kąpielowego i tak jechać niż w przemoczonych ubraniach. Na szczęście po kilku minutach jazdy wychodzi słońce, więc nie mamy już dylematu jechać czy nie jechać?

Mijamy lądowisko dla helikopterów, bramę wjazdową na plantację i odbijamy w drogę prowadzącą w lewo w głąb wyspy. Na początku jest płasko i wydaje się, że to był dobry pomysł aby jechać właśnie tędy. Jedziemy przez bagnisty teren zwany La Mare Soupape. Nazwa wzięła się od soupap czyli kreolskiej nazwy żółwi błotnych zamieszkujących te tereny. Niesyty nie mam czasu na szukanie żółwi i sprawdzanie czy jeszcze tutaj żyją czy już wszystkie trafiły do miejscowych garnków. Tym bardziej, że komary dają o sobie znać! Za mokradłami droga zaczyna się wspinać coraz wyżej. W pewnym momencie niemal swoim oczom nie wieżę, bo przed nami droga wznosząca się niemal pionowo w górę! O kurcze w życiu nie da się podjechać na rowerze pod coś takiego! Na dodatek zrobiło się strasznie parno i duszno.

Z zaciśniętymi ustami pchamy nasze rowery pod tą górkę a pot zalewa nam oczy. Jeszcze jak na złość znowu pada deszcz. Po jaką cholerę nabrałem do swojego plecaka tyle butelek, które teraz wydają się ważyć dwa razy więcej? Zasapany, pogryziony przez komary, mokry już sam nie wiem czy od deszczu czy od potu wreszcie docieram na szczyt drogi. Ledwo żyję! Jest potwornie gorąco, parno bo dookoła gęsty las i nie ma tutaj żadnego powiewu wiatru choć to dopiero 9 rano. Okazuje się, że przed sobą mamy rozwidlenie dróg, którego nie ma na mapie. Nie wiemy, którędy jechać. Oczywiście nie mamy ochoty wspinać się z rowerami pod kolejną górkę i kombinujemy, że jeżeli wybierzemy dróżkę skręcającą w prawo to pewnie dojedziemy już na plażę. Według naszego wyczucia musimy być teraz w najwyższym miejscu, więc trzeba zjechać w dół na wybrzeże, to oczywiste(?)!

Tak też zrobimy i niestety trafiamy na drogę, która prowadzi donikąd a raczej do małego drewnianego budynku, który jest kościołem ale niestety wyznania o którym istnieniu do tej pory nie miąłem pojęcia. Większość mieszkańców wyspy to katolicy ale na wyspie żyją wyznawcy także wielu innych religii. No cóż, trzeba wrócić i jednak zjechać drogą, która prowadziła w lewo. Na szczęście droga szybko zaczęła opadać w dół. Za kolejnym zakrętem droga już łagodnie opadała w stronę wybrzeża. Co za ulga! Teraz można jechać. Lekki wiaterek działa niemal jak klimatyzacja. Wreszcie jazda na rowerze stała się przyjemnością. Jest cudnie :).

To już jest główna i jedyna droga prowadząca do plaży Grand Anse. Po drodze widać, że w głębi wyspy sporo buduje się nowych domów, widać że wyspa się rozwija. Tutaj także można podglądać zwykłe życie mieszkańców wyspy. Powolne, niespieszne z uśmiechem na twarzach. Choć w niektórych domach można wynająć pokoje to raczej w takiej odległości od portu mieszka mało turystów. Jednak gdyby komuś zależało na zakwaterowaniu bliżej „trzech sióstr” znajdzie tutaj bardzo, bardzo spokojne kwatery. Oczywiście i na tym odcinku drogi trzeba pokonać jeszcze przynajmniej dwa dosyć strome odcinki ale już jest łatwiej. Niestety nasza kondycja fizyczna nie należy do najlepszych, więc musimy czasami zsiąść z rowerów i je prowadzić. Jednak nagrodą jest dotarcie do największej plaży na wyspie – Grand Anse. Odpowiednia motywacja czyni cuda!

Niestety pogoda ciągle nie jest dla nas łaskawa. Co chwilę pada deszcz. W momencie gdy dojeżdżamy pod restaurację ulokowaną tuż przy wejściu na plażę leje dosyć mocno. Parkujemy rowery pod palmą i zastanawiamy się co robić dalej. Pokonanie tej drogi zajęło nam dobrą godzinę czasu. Jesteśmy zmęczeni pedałowaniem i ledwo łapiemy oddech. Z plecaka wyciągamy butelczynę Takamaki i zimny sok z mango może po małym drinku jakoś nam się umysłu rozjaśnią a przede wszystkim wyjdzie słońce? Chowamy się pod najbliższe palmy i odprawiamy „rytuał” butelkowy :). Niestety deszcz pada i pada. Jednak ten złocisty płyn o smaku wanilii i karmelu ( o zawartości % nie wspomnę, bo to przecież jest dopiero około 10 rano!) ma to do siebie, że człowiekowi robi się po jego spożyciu nieco lepiej, problemy stają się mniejsze i deszcz już tak nie przeszkadza. „Czary” zadziałały – idziemy na plażę! W momencie gdy wszedłem na Grand Anse dostałem niemal szoku i to wcale nie z powodu zbyt dużej dawki Takamaki czy nadmiernych ukąszeń komarów czy też udaru słonecznego czy wreszcie lejącego deszczu – po prostu to co zobaczyłem przed sobą powaliło mnie na kolana – dosłownie!

Skomentuj